Wiadomości

stat

Stracony sezon. Podsumowanie festiwalu R@Port

R@Port wygrał spektakl "Generał" Teatru IMKA w Warszawie. Jury przedstawieniu ukazującemu gen. Wojciecha Jaruzelskiego w zaciszu domowego ogniska przyznało nagrodę główną w wysokości 50 tys. zł. Natomiast honorowo (bez nagrody finansowej) wyróżniono spektakl "Był sobie Andrzej, Andrzej, Andrzej i Andrzej". Kontrowersyjny werdykt konkursu wpisuje się w nie najlepszy obraz całego festiwalu.



Najlepszym spektaklem VI R@Portu jury konkursu uznało spektakl "Generał", prywatnego Teatru IMKA w Warszawie. Na zdjęciu Marek Kalita w bardzo dobrej, tytułowej roli.
Najlepszym spektaklem VI R@Portu jury konkursu uznało spektakl "Generał", prywatnego Teatru IMKA w Warszawie. Na zdjęciu Marek Kalita w bardzo dobrej, tytułowej roli. mat. prasowe
Spektakl ukazuje generała Jaruzelskiego jako domowego despotę, osobę skomplikowaną, wielowymiarową w odróżnieniu od wszystkich pozostałych postaci, które nakreślone są grubą kreską i właściwe są tu zbędne.
Spektakl ukazuje generała Jaruzelskiego jako domowego despotę, osobę skomplikowaną, wielowymiarową w odróżnieniu od wszystkich pozostałych postaci, które nakreślone są grubą kreską i właściwe są tu zbędne. mat. prasowe
W werdykcie pominięto świetny kameralny spektakl lalkowy - "Żywoty Świętych Osiedlowych" Agaty Kucińskiej do tekstu Lidii Amejko, czyli błyskotliwy pomysł sceniczny na opisanie zupełnie nie scenicznej opowieści.
W werdykcie pominięto świetny kameralny spektakl lalkowy - "Żywoty Świętych Osiedlowych" Agaty Kucińskiej do tekstu Lidii Amejko, czyli błyskotliwy pomysł sceniczny na opisanie zupełnie nie scenicznej opowieści. fot. Magdalena Lopez-Pawlowicz
Najbardziej radykalną propozycją R@Portu były "III Furie" w reż. Marcina Libera z Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy, który przypomina nam o narodowych traumach owładniętej mitem bohaterstwa, bogoojczyźnianej Polski. Dla płaszcza z listem Polka zabija Polkę podczas II wojny światowej, zdeformowane dziecko staje się przedmiotem kultu i tortury w kościele, do tego obraz Polski B, a nawet C. To spektakl, który ma działać jak drzazga pod paznokciem.
Najbardziej radykalną propozycją R@Portu były "III Furie" w reż. Marcina Libera z Teatru im. Modrzejewskiej w Legnicy, który przypomina nam o narodowych traumach owładniętej mitem bohaterstwa, bogoojczyźnianej Polski. Dla płaszcza z listem Polka zabija Polkę podczas II wojny światowej, zdeformowane dziecko staje się przedmiotem kultu i tortury w kościele, do tego obraz Polski B, a nawet C. To spektakl, który ma działać jak drzazga pod paznokciem. fot. Karol Budrewicz
"Generała" nagrodzono za "ambitną, zarówno w wymiarze literackim, jak i teatralnym, próbę zmierzenia się z postacią, która wciąż wywołuje w Polsce kontrowersje", jak czytamy w werdykcie jury (Sławomir Mrożek, Jacek Sieradzki, Jacek Kopciński, Jacek Cieślak i Aneta Kyzioł). Przedstawienie wyreżyserowane przez występujących w nim aktorów Aleksandrę Popławską i Marka Kalitę jest wariacją na temat ostatniej nocy w domu Wojciecha Jaruzelskiego przed odczytaniem wyroku sądu, który miał skazać go i jego współpracowników za wprowadzenie i realizację stanu wojennego. Generał (nie jest wymieniony w tekście z nazwiska) spędza ten wieczór w otoczeniu swojej żony Barbary i najbliższych towarzyszy - Czesława (Kiszczaka) i Floriana (Siwickiego). Autor sztuki, Jarosław Jakubowski, skoncentrował się właśnie na "zapleczu" historii, łącząc fakty z fikcją. Dlatego żona generała jest sprowadzona do roli seksownej służącej, sam Jaruzelski jest impotentem, a jego córka okazuje się lesbijką.

Spektakl snuje się w żółwim tempie, oparty na dwóch świetnych kreacjach aktorskich - konsekwentnie budującego z każdego gestu i wypowiedzi postać Jaruzelskiego Marka Kality oraz wściekle nienawidzącego Polaków Kiszczaka (Janusz Chabior). Autor sztuki nie piętnuje Jaruzelskiego, nieco go wprawdzie ośmiesza, ale za to nadaje mu "ludzką" twarz, odbrązawiając mit anty-bohatera.

Reżyseria spektaklu jest przewidywalna, bardzo przeciętna i pełna niekonsekwencji, jak rzekoma uniwersalizacja dramatu dyktatora na przykładzie szczegółowo odmalowanego "historyzmu" generała. Kuriozalnym i zupełnie niepotrzebnym bohaterem jest szwendający się po domu Jaruzelskich asystent generała, na którego reżyserzy kompletnie nie mają pomysłu. Przedstawienie Teatru IMKA jest w gruncie rzeczy monodramem Jaruzelskiego, rozpisanym na sześć postaci, pojawiających się na scenie niczym bohaterowie "Kartoteki" Różewicza.

Nagrodzenie i wywyższenie niezłego, choć z pewnością nie najlepszego spektaklu R@Portu, przekonuje, że podjęcie bulwersującego tematu historycznego pozwala dziś w polskim teatrze uzyskać sukces na skróty - niezależnie od poziomu spektaklu i tekstu wygrywa temat (podobnie było na III R@Porcie, gdy triumfował "Żyd" Teatru Polskiego w Bielsku-Białej).

W werdykcie pominięto najlepszy spektakl R@Portu - kameralne "Żywoty Świętych Osiedlowych" w reżyserii i wykonaniu Agaty Kucińskiej - aktorka odgrywa kilkoro bohaterów świetnego tekstu Lidii Amejko, ukazujących szare "osiedle z betonu" w sposób niezwykle błyskotliwy. Taki też jest spektakl Kucińskiej: dowcipny, pomysłowy, momentami wzruszający, gdy pewien osiedlowy "święty", Egon, postanawia zbawić grzechy "telewizyjne" szukając dla nich rozgrzeszenia, zaś momentami wzbudzający grozę, gdy inna osiedlowa "święta", Angelika, godzi się na poniewieranie czy gwałty i wyrzuca później z siebie gniew do zakręcanych słoików, który po jej śmierci trafią na pole minowe...

Aktorka sięga po najprzeróżniejsze formy lalkarskie - lalki żyworękie, jawajki, kukiełki, pacynkę. Opisywana betonowa dzielnica skupiająca szereg małych, dzielnicowych dramatów znajduje się wprawdzie na Śląsku, ale właściwie może być wszędzie, jak historie bohaterów, których z książki Lidii Amejko wybiera Agata Kucińska do swojej fascynującej, scenicznej opowieści.

Niestety tegoroczny R@Port okazał się jedną z najsłabszych edycji festiwalu. Zawiódł już dobór repertuaru konkursowego, w którym zabrakło trzech premier ostatniego sezonu z Teatru Polskiego we Wrocławiu. Ich nieobecność dyrektor programowy festiwalu Bogdan Ciosek tłumaczył brakiem odpowiednich lokalizacji w Gdyni. Z pewnością w konkursie znaleźć by się mogły też m.in. "Utopia będzie zaraz" w reż. Michała Zadary z Narodowego Teatru Starego w Krakowie, "Olga Tokarczuk z Wałbrzycha" w reż. Bartosza Frąckowiaka i Łukasza Chotkowskiego z Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu (adaptacja prozy, podobnie jak "Żywoty Świętych Osiedlowych") albo spektakle Teatru Wybrzeże - "Sprawa operacyjnego rozpoznania" w reż. Zbigniewa Brzozy i "Charlie bokserem" w reż. Piotra Cieplaka.

Oglądaliśmy za to w konkursie najskromniejszą (osiem spektakli) reprezentację inscenizacji polskich sztuk współczesnych od początku istnienia tego festiwalu, a obecność przynajmniej dwóch konkursowych propozycji - "EU""Książę Niezłom" - trudno wytłumaczyć względami artystycznymi czy choćby frekwencyjnymi. Inaczej niż w ostatnich dwóch latach, zaproszono też spektakle sprzed kilku sezonów: "EU" Tomasza Mana z 2008 roku oraz "Czekając na Turka" z 2009 roku. Nie najwyższy poziom tekstów VI R@Portu odsłania z kolei kryzys polskiej twórczości dramatopisarskiej, trafiającej na scenę. Zdecydowanie najlepiej wypadła adaptacja opowiadań "Żywoty Świętych Osiedlowych" Lidii Amejko i sztuka Andrzeja Stasiuka "Czekając na Turka". Nieźle prezentuje się jeszcze "Generał" Jarosława Jakubowskiego. Teksty pozostałych konkursowych propozycji wyraźnie odstają jakościowo i kompozycyjnie.

Trudno pominąć spektakle pozakonkursowe, ukazujące teatr polonijny. Anachroniczne, staroświeckie inscenizacje nurtu "Bliska Zagranica", kompletnie nic nie wnoszą do dyskusji o współczesnym polskim teatrze, bo dzielą je od niego lata świetlne. Zespołom z Wilna, Lwowa czy Czeskiego Cieszyna należy się wielki szacunek za pracę, jaką wykonują dla naszych rodaków za granicą, ale nie uprawomocnia to ich obecności na R@Porcie. Przy widowni zapełnianej w jednej trzeciej udało się za to osiągnąć co innego - zachęcić starsze osoby do wizyty w Teatrze Miejskim. Oczywiście R@Port powinien działać propagandowo i pozyskiwać widzów nie tylko dla festiwalu, ale też dla teatru. Nie powinno się to jednak odbywać kosztem festiwalu, który stracił w ten sposób istotną płaszczyznę odniesienia do europejskich realizacji polskiej dramaturgii.

Używając nomenklatury sportowej, ten sezon dla R@Portu okazał się stracony. Szósta edycja nie tylko nie przybliża go do festiwalowej ekstraklasy, ale powoduje, że jednej z festiwalowych wizytówek Gdyni grozi degradacja. Najważniejszym trójmiejskim festiwalem poświęconym polskiemu teatrowi stało się w tym roku Wybrzeże Sztuki. Warto już teraz zastanowić się nad tym co zrobić, by R@Port wrócił na właściwe tory.

Sławomir Mrożek razem ze swoją żoną Susaną Osorio Rosas.
Sławomir Mrożek razem ze swoją żoną Susaną Osorio Rosas. fot. Dorota Nelke
Gościem specjalnym Festiwalu R@Port i przewodniczącym jury konkursu był dramatopisarz Sławomir Mrożek, z którym rozmawiał Łukasz Rudziński.

Często zagląda pan do teatrów we Francji?

Sławomir Mrożek: Nie. Właśnie na tym polega dla mnie nowość sytuacji, w jakiej się tutaj znalazłem. Przyjechałem do Gdyni w dużej mierze dzięki moje żonie Susane, która namówiła mnie, aby skorzystać z zaproszenia dyrektora Krzysztofa Babickiego. Przyznaję, że nie spodziewałem się, że czeka mnie tutaj aż taka ciężka praca. Muszę przyznać, że ja mam zupełnie inną tonację i nie wszystkie przedstawiane na R@Porcie sposoby dramatów znajdują moje upodobanie. Na szczęście dramat wciąż jest teatrowi potrzebny i wierzę, że tak będzie zawsze.

Nadal wierzy pan w teatr?

Jak bym nie wierzył, to bym z panem nie rozmawiał. Pracuję od 60 lat i przez te 60 lat nagromadziło się mnóstwo moich tekstów, każdy ma jakąś historię. Tak się złożyło, że mnie połączono z Jarockim. I to było udane połączenie, mieliśmy po dwadzieścia kilka lat, obaj w Krakowie, gdzie się wszyscy znają. On zrobił parę bardzo dobrych spektakli, ale potem w miejsce moich sztuk zaczął pisać własne, co jest bardzo niebezpieczne dla autora.

Wiem, że napisał pan niedawno nową sztukę. Kiedy ją poznamy?

To zależy od mojej żony. Spontanicznie napisałem małą 52-stronnicową sztukę, gdy poczułem się lepiej po operacji, którą przeszedłem w Nicei. Jej tytuł roboczy to "Adam i Ewa w raju". Mam już problemy z pisaniem. Nie piszę np. listów, bo mam kulfoniaste pismo. Nie bardzo wiem jak bym miał je w tej sytuacji pisać. To jedno z ograniczeń, jakie przynosi nam starość.

Pana teksty do utwory, do których się wraca...

To żadna tajemnica - życie się kontynuuje przez życie, teatr się kontynuuje przez teatr. Czyli wiele tekstów zostało już napisanych. Człowiek wraca do nich nawet mimo woli, przepisuje je, wykorzystując swoje doświadczenia. To jest ciąg kontynuacji.

Opinie (24) 3 zablokowane

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

13

listopada

22. Festiwal Jazz Jantar Gdańsk, Klub ŻAK

15

listopada

JarmaRock Fest Gdańsk, B90

15

listopada

Narracje #11 Gdańsk Siedlce,

Rozrywka

Roboty z odzysku. Recenzja filmu "Terminator: Mroczne przeznaczenie"
Recenzja filmu "Terminator: Mroczne ..."
Świetny koncert Lao Che w Starym Maneżu
Koncert Lao Che w Starym Maneżu

Kulinaria

Jemy na mieście. W Skrzydlarni jest tanio, smacznie i szybko
W Skrzydlarni jest tanio, smacznie i szybko
Restauracja Cyrano et Roxane kończy działalność
Cyrano et Roxane kończy działalność

Planuj z nami tydzień

Nie tylko Święto Niepodległości. Planuj tydzień
Nie tylko Święto Niepodległości

Sprawdź się

Pierwszą sceną zawodową w Gdyni, wystawiającą spektakle jeszcze przed II wojną światową był: