Wiadomości

stat

Krzysztof Wojciechowski: Pokora do sceny, ale nie na scenie

"Pamiętam, jak ciężko było mi siedzieć przy fortepianie, kiedy koledzy zza okna krzyczeli 'Krzychu, dawaj na piłkę!'. Byłem pewien, że rzucę muzykę."
"Pamiętam, jak ciężko było mi siedzieć przy fortepianie, kiedy koledzy zza okna krzyczeli 'Krzychu, dawaj na piłkę!'. Byłem pewien, że rzucę muzykę." fot. Lucyna Pęsik/ Trójmiasto.pl

Nie spodziewał się, że jego przyszłość będzie związana z muzyką, aż do momentu, kiedy pierwszy raz przekroczył próg Teatru Muzycznego w Gdyni. Skończył Państwowe Policealne Studium Wokalno-Aktorskie im. Danuty Baduszkowej i od dziewięciu lat związany jest zawodowo z Teatrem Muzycznym. Z Krzysztofem Wojciechowskim rozmawiamy o kulisach pracy w teatrze, show-biznesie i o tym, co jest najważniejsze w zawodzie aktora.



Aleksandra Wrona: Słyszałam, że twoja przygoda z muzyką rozpoczęła się w szkole muzycznej. Na czym uczyłeś się grać?

Krzysztof Wojciechowski: Jako siedmiolatek zacząłem uczyć się gry na fortepianie. Namówili mnie do tego rodzice, którzy są muzykami i żeby mieć bliżej swoje dzieci, zapisali mnie oraz siostrę i brata do szkoły muzycznej. Umówili się z nami, że po skończeniu podstawówki sami zdecydujemy, czy chcemy dalej kształcić się muzycznie. Pamiętam, jak ciężko było mi siedzieć przy fortepianie, kiedy koledzy zza okna krzyczeli "Krzychu, dawaj na piłkę!". Byłem pewien, że rzucę muzykę, a jednak któregoś dnia usiadłem przy fortepianie, zagrałem jakiś utwór i pomyślałem: "Kurczę, lubię to robić! Jak to się stało?".

Grasz jeszcze czasem?

Bardzo często! Zarówno w Teatrze Muzycznym, jak i w studium wokalno-aktorskim, w którym pracuję jako akompaniator.

Jaka była reakcja twojej rodziny na to, że postanowiłeś zdawać do studium wokalno-aktorskiego, zamiast postawić na karierę akademicką?

Odbyliśmy kilka trudnych rozmów pt. "Krzysztofie, dlaczego nie Akademia Muzyczna? Przecież od siódmego roku życia zamiast grać w piłkę, grasz na fortepianie". Przeszkadzało im to, że jest to studium, próbowali zachęcić do Akademii Teatralnej, ale odkąd zobaczyłem "Hair" Wojtka Kościelniaka w Teatrze Muzycznym, marzyłem, żeby kształcić się właśnie tu. Na szczęście rodzice zawsze dawali mi dużą wolność, więc uszanowali mój wybór.

Zamarzyłeś o teatrze właśnie po zobaczeniu tego spektaklu. Jak wypadła konfrontacja marzeń o teatrze z rzeczywistością?

Nigdy nie wyobrażałem sobie, że teatr to tylko wieczna zabawa, ponieważ będąc w szkole muzycznej trochę otarłem się o ten świat. Miałem świadomość, że sztuka i bycie na scenie w znikomym ułamku wiąże się z kasą, blichtrem i fleszami aparatów, a w 95 proc. z ciężką pracą i wyrzeczeniami za niewielkie wynagrodzenie, dlatego musi opierać się przede wszystkim na pasji. Większym szokiem było dla mnie to, że musiałem wstać od mojego fortepianu i wyjść do ludzi. Otworzyć nowe rejony wrażliwości przed nimi. Grając na instrumentach człowiek zamyka się w sobie i oddaje energię instrumentowi, tu trzeba było wymieniać się tą energią z innymi ludźmi.

Pamiętasz swoje pierwsze dni w studium?

Nagość jest dla mnie elementem zawodu aktora, choć i tak ciśnie mi się na usta, że obnażenie ciała jest mniejszym ekshibicjonizmem, niż odsłanianie swojego wnętrza.
Oczywiście, przecież nie miałem pojęcia, jak wygląda teatr od kulis i czego będę się uczył. Łatwo przychodziły mi jedynie zajęcia muzyczne. Pamiętam, jak profesor Alina Lipnicka krzyczała na mnie "Krzysiek! Mów prawdę!", a mi się wydawało, że mówię prawdę, skoro nauczyłem się tekstu na pamięć. Jestem introwertykiem, ale szkoła nauczyła mnie, jak sobie z tym radzić. Moi koledzy i koleżanki z teatru też bywają introwertyczni, dobrze radzą sobie wtedy, gdy ktoś powie im, co mają mówić, ktoś inny co mają śpiewać, a reżyser uzgodni z nimi, gdzie mają iść. Miesiącami przechodzą trening aktorski, aby znaleźć w sobie emocje, które mają zagrać, np. być groźni lub śmieszni, a potem widzowie próbują utożsamiać to, co widzą na scenie z naszą prywatnością.

Chcesz mi powiedzieć, że aktorzy nie imprezują?

Nawet wrażliwi introwertycy czasem to robią! A tak serio, to zdarza się, że po spektaklu czujemy się, jakbyśmy wyszli z dobrej balangi. Jesteśmy emocjonalnie nabuzowani i nie potrzebujemy już więcej bodźców. Nauczyłem się, że żeby zachować zdrowie, trzeba odpoczywać w inny sposób, niż się pracuje, ja np. stronię od głośnej muzyki i ostrych świateł. Wolę czytać książki, oglądać filmy, grać spokojniejszą muzykę.

Miałeś opory przed nagością na scenie?

Nagość jest dla mnie elementem zawodu aktora, choć i tak ciśnie mi się na usta, że obnażenie ciała jest mniejszym ekshibicjonizmem niż odsłanianie swojego wnętrza. To drugie jest bardziej kosztowne i wstydliwe, więc skoro już zrobiłem taki krok, to odsłonienie ciała jest jedynie dodatkiem. Wolę jednak, kiedy nagość jest czymś uzasadniona, kiedy jest czymś więcej niż pokazaniem kawałka tyłka. Opór pojawia się w momencie, gdy nie wiem, po co mam się obnażyć.

Wspomniałeś o kulisach pracy w teatrze. Opowiedz o tym trochę więcej. Jak to wygląda? Co dzieje się między wejściami, jeśli macie dłuższe przerwy?

Nie wszystko mogę zdradzić, lepiej, żeby niektóre sprawy pozostały tajemnicą. Zazwyczaj za kulisami panuje niezły kocioł. Przykładowo w "Wiedźminie" w jednej scenie zlatuję jako kruk, a zaraz potem wychodzę jako Jeż. W tej niewielkiej przerwie aż cztery osoby naraz pomagają mi zmienić charakteryzację. Wiadomo, zdarzają się wypadki przy pracy, ale mamy tu od tego świetnych ludzi. Teatr Muzyczny jest jak mała fabryka albo miasteczko, możesz tu zjeść, przespać się, pobawić... a czasem nawet podejrzeć wynik meczu polskiej reprezentacji w piłce nożnej, ale to tylko w wolnej chwili i każdy ma na to swoje tajne sposoby.

Zdarza ci się, że postać, nad którą pracujesz, zostaje z tobą na dłużej? Zachowujesz się i myślisz jak ona?

Staram się tego unikać, bo to jedna z pułapek zawodu aktora, która prowadzi do problemów. Zawsze powtarzam, że nieważne, nad czym się pracuje, trzeba potem wyjść z teatru i zająć się czymś w stylu lepienia pierogów (śmiech). Chodzi o to, żeby wrócić do normalnego życia. Zawód aktora jest wspaniały, polega na dawaniu innym cząstki siebie, jednak trzeba pamiętać, że to wciąż jest zawód, nawet jeśli śmieszy to bankowców przy próbie zaciągnięcia kredytu.

Która z twoich ról była dla ciebie największym wyzwaniem?

Na pewno jedną z ważniejszych była pierwsza rola, czyli Willard Hewitt w musicalu "Footloose - wrzuć luz!" w reżyserii Macieja Korwina. Byłem wtedy na drugim roku szkoły, poszedłem na przesłuchanie i totalnie mi odbiło, zacząłem skakać, tańczyć, wygłupiać się... Do tego miałem wtedy długie włosy i pamiętam, że Maciej Korwin na każdym egzaminie mówił mi "Krzysiek! Dopóki nie zetniesz włosów, nie wpuszczę cię na scenę! Nie ma takiej możliwości!". Minął miesiąc i okazało się, że moje nazwisko widnieje na liście obsadowej. Przychodzę na pierwszą próbę i słyszę: "Willard Hewitt to taki wioskowy idiota, który nie potrafi tańczyć i ogólnie jest melepetą". Zrozumiałem, dlaczego dostałem tę rolę. Natomiast rolę najbardziej wymagającą aktorsko zagrałem w "Przebudzeniu wiosny". Miałem za zadanie zagrać szesnastolatka, prawiczka, który żyje w dość zamkniętym środowisku. Nad wieloma rzeczami musiałem popracować.

A jak było ze "Złym"?

Zły to w ogóle ciekawa historia! Już wcześniej miałem przyjemność pracować z Wojtkiem Kościelnakiem, więc znał moje możliwości. Zazwyczaj aktorzy zobowiązani są do chodzenia na wszystkie przesłuchania, ale Wojtek poprosił, żeby aktorzy, który z nim pracowali, wpisali się na listę chętnych, a on dobierze im role. W szkole uczono mnie, żeby zawsze chodzić na przesłuchania, dlatego namówiłem Wojtka, żeby pozwolił mi zaśpiewać numer. Kiedy skończyłem, Wojtek powiedział: "Krzysiek, wyjdź proszę z sali, pójdź do łazienki, zmocz włosy, zaczesz do tyłu, wróć tutaj i energicznie wejdź do sali, stań i nic nie mów". Wróciłem, a Wojtek stał z kamerą naprzeciwko drzwi, nakręcił mnie, podziękował i nic nie powiedział. Potem okazało się, że dostałem główną rolę, choć wcale nie byłem brany pod uwagę.

Męska część Teatru Muzycznego przeszła podczas przygotowań do "Złego" niemałą metamorfozę.

Zły nie jest superbohaterem w czerwonych gatkach, ale zdarza mu się rozwalić kilku kolesi, więc dobrze by było, żeby był w tym wiarygodny. Wojtek poprosił nas, żebyśmy w te kilka miesięcy przed premierą popracowali nad swoim wyglądem. To było świetne wyzwanie! Myślę, że wielu aktorów marzy o tym, żeby reżyser poprosił ich o schudnięcie, przytycie czy ogolenie głowy. To jeden ze smaczków tego zawodu. Zmieniłem zupełnie mój tryb życia, do tej pory zdarzało mi się wyjść z domu bez śniadania, iść na próbę, później do studium, a wieczorem na spektakl. Wracałem do domu o 23:30 po całym dniu niejedzenia i plądrowałem lodówkę. W teatrze pojawiła się siłownia, więc zacząłem ostro trenować, przez cztery miesiące ćwiczyłem, co drugi dzień, po trzy godziny dziennie. Do tego dobre odżywianie i zacząłem się dużo lepiej czuć.

Czy jest jakaś rola, w której czujesz, że mógłbyś pokazać pełnię swoich możliwości?

Najważniejsza, ale tak naprawdę najważniejsza jest praca. Po prostu. Już nie raz się przekonałem, że talent jest zaledwie ułamkiem tego wszystkiego.
Tak jak w teatrze dramatycznym można marzyć o Hamlecie, tak w naszej branży marzę o Judaszu w "Jesus Christ Superstar". Chciałbym zagrać też Valjeana w "Nędznikach", więc jeśli tylko pojawia się okazja, jeżdżę na przesłuchania. Niestety, czasami dopada mnie klęska urodzaju, a dyrektor Teatru Muzycznego przypomina mi wtedy, że to tej drużyny jestem częścią i to nasz teatr ma pierwszeństwo. Na szczęście nigdy nie jest to odmowa w stylu "Nie, bo nie". Kiedy musiałem zrezygnować z roli Judasza w Teatrze Muzycznym w Łodzi, zagrałem w zamian rolę Żaczka Przyjemniaczka w "Avenue Q". To była świetna robota, która przyniosła dużo radości i satysfakcji oraz wiele śmiechu.

Wspominałeś, że zawsze chodzicie na przesłuchania. Na naszym portalu pojawił się kiedyś komentarz dotyczący ciebie: "Jeden z najlepszych muzycznie, ruchowo i wokalnie aktorów Teatru Muzycznego startuje w 'pierwszej' fazie castingu. Reżyser, który go zna tak postępuje? Zapraszam tego pana do drugorzędnego teatru w USA, aby zobaczył, jak to się robi... Taka osoba jest zapraszana na ostatnia fazę castingu, przez szacunek dla jej osiągnięć".

Nie mogę zgodzić się z tą opinią, mimo że jest dla mnie pochlebna. W każdym teatrze, na całym świecie aktorzy muszą chodzić na przesłuchania. Na tym polega ta praca. Na castingi chodzą zarówno wszystkim znane gwiazdy, jak i mniej znani Krzysztofowie Wojciechowscy. Zawód aktora to ciągła walka o to, żeby pracować i jeśli komuś to uwłacza, nie powinien tego robić. Nikt nie zmusza mnie, żebym chodził na castingi. Może kiedyś będzie taki czas, że będę przebierał w rolach, ale to utopia. Nawet aktorzy telewizyjni wciąż chodzą na castingi do filmów, reklam czy seriali. Ich dorobek pozwala im jedynie na trochę lepszą pozycję startową.

A propos filmów i seriali, nie ciągnie cię do show-biznesu?

Nie bardzo. Po pierwsze jestem tu tak zajęty, że nie mam czasu o tym myśleć. Po drugie, muszę przyznać, że już tego liznąłem, brałem udział filmie i serialu, wiem jak to działa i nie czuję tego świata. W teatrze zakochałem się od pierwszego wejrzenia, z show-biznesem nie ma tej chemii. To bardzo dobrze widać na castingach telewizyjnych, bo zazwyczaj wypadam na nich strasznie kiepsko, spalam się jeszcze zanim zacznę. Rzadko jest tak, że ktoś nadaje się do wszystkiego, ja nie jestem w tym dobry.

Skoro nie telewizja, to może kariera solowa? Myślałeś kiedyś o nagraniu płyty?

Przeszło mi to przez myśl, ale na razie czuję, jakbym cały czas nagrywał płytę. Robimy dwie duże produkcje w sezonie, do tego praca w szkole, więc mam wrażenie, że gdyby ktoś postawił przede mną mikrofon, nagrałbym niejednego longplaya. Poza tym nagrywamy też płyty z muzyką ze spektakli. Praca w teatrze jest sinusoidą, teraz jestem na górce, cieszę się, że trwa, ale jestem gotowy na to, że kiedyś się to skończy i może właśnie wtedy nadejdzie czas na płytę.

Co radzisz studentom, którzy są na początku swojej ścieżki i marzą o karierze w Teatrze Muzycznym? Co jest najważniejsze?

Najważniejsza, ale tak naprawdę najważniejsza jest praca. Po prostu. Już nie raz się przekonałem, że talent jest zaledwie ułamkiem tego wszystkiego. Jeśli ktoś przestaje pracować, od razu to widać. Drugą ważną rzeczą jest pokora, dlatego że jest o nią trudno i łatwo ją zatracić. Zawsze powtarzam studentom, że ważna jest pokora do sceny, do ludzi, z którymi się pracuje, do materiałów, reżysera, uwag, a nawet desek na scenie. Natomiast kiedy wychodzi się już przed publiczność, pokorę trzeba zostawić w garderobie. Może to wyświechtane hasło, ale trzymam się go: "Pokora do sceny, ale nie na scenie".

Opinie (16) 5 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

14

listopada

22. Festiwal Jazz Jantar Gdańsk, Klub ŻAK

19

listopada

Mumio: Taki Miks Gdańsk, Stary Maneż

20

listopada

The World Of Hans Zimmer Gdańsk, Sopot, Ergo Arena

Rozrywka

Roboty z odzysku. Recenzja filmu "Terminator: Mroczne przeznaczenie"
Recenzja filmu "Terminator: Mroczne ..."
Świetny koncert Lao Che w Starym Maneżu
Koncert Lao Che w Starym Maneżu

Kulinaria

Kolejny browar rzemieślniczy w Trójmieście
Kolejny browar rzemieślniczy w Trójmieście
Niedzielne obiady i animacje w restauracji hotelu Radisson Blu
Rodzinny obiad w hotelu Radisson Blu

Planuj z nami tydzień

Nie tylko Święto Niepodległości. Planuj tydzień
Nie tylko Święto Niepodległości

Sprawdź się

Dwa spektakle Teatru Wybrzeże zarejestrowała Telewizja Polska w ostatnich kilku latach i wyemitowała w TVP Kultura. Jakie?