Tomasz Chyła - według wielu osób zawód muzyka nie jest potrzebny

- Pamiętam, że uwielbiałem puszczać sobie koncerty na kasetach VHS i udawać, jak gram z muzykami z telewizora na gitarach, czy śpiewać do niewidzialnego mikrofonu. Jakbym podprogowo czuł, że będę stać kiedyś na scenie - opowiada dr Tomasz Chyła - skrzypek, dyrygent chóralny, wokalista i pedagog.
- Pamiętam, że uwielbiałem puszczać sobie koncerty na kasetach VHS i udawać, jak gram z muzykami z telewizora na gitarach, czy śpiewać do niewidzialnego mikrofonu. Jakbym podprogowo czuł, że będę stać kiedyś na scenie - opowiada dr Tomasz Chyła - skrzypek, dyrygent chóralny, wokalista i pedagog. fot. Sławek Wąchała

Jako dziecko "grał" na miotle i marzył o karierze gitarzysty w odjazdowej kapeli rockowej. Gdy z kaset VHS puszczał koncerty ulubionych zespołów, wizualizował sobie siebie na scenie przed tysiącami fanów. Tomasz Chyła co prawda rockmanem nie został, ale dziś zamiast gitary w rękach dzierży skrzypce, a często też batutę. I choć rock nadal w sercu mu gra, to artystyczne ścieżki zawiodły go w kierunku jazzu. Dziś uznawany jest za jednego z najzdolniejszych i najbardziej wszechstronnych polskich jazzmanów. Portalowi Trojmiasto.pl zdradził, czy artystę może cieszyć granie dla kilkudziesięciu osób, podczas gdy inni występują dla dziesiątek tysięcy i czy muzyk żyjący z wykonywania muzyki może sobie pozwolić na leżenie do góry brzuchem.



Lubisz jazz?

tak 68%
nie 26%
nie wiem - nie znam jazzu 6%
zakończona Łącznie głosów: 112
Ewa Palińska: Kiedy docierały do mnie informacje, że Tomasz Chyła przygotowuje nowy projekt, zawsze się zastanawiałam, na co postawisz tym razem - na jazz czy na chóralistykę. A tu niespodzianka - z twojego najnowszego krążka bije synergia.

Tomasz Chyła: Od samego początku tworzenia płyty "Da Vinci" w mojej głowie widniał pomysł na połączenie dwóch płaszczyzn muzycznych, w których pracuję na co dzień, czyli jazzu i chóralistyki. Ta płyta jest dla mnie pomostem łączącym obie te dziedziny. Wydaje mi się, że największym atutem tej płyty jest różnorodność, odkrywa się ją jak nieznane lądy. Można przy niej pokontemplować, jak i uwolnić żywioły. Częste zmiany nastrojów, bogactwo rytmów i harmonii mogą być zaskakujące, ale i wciągające. Ten album to takie laboratorium, w którym pracujemy nad wielkim eksperymentem. No i oczywiście muszę wspomnieć o tym, że do tego eksperymentu zaprosiłem dwóch nowych członków kwintetu - wszystkim dobrze w Trójmieście znanego, mojego przyjaciela Emila Miszka i nową nadzieję polskiego jazzu, niezwykle zdolnego i charyzmatycznego gitarzystę Krzysztofa Hadrycha, którego poznałem podczas prowadzonych przeze mnie zajęć na Akademii Muzycznej w Gdańsku.

"da Vinci" to album zespołu Tomasz Chyła Quintet, uznanego przez krytyków za jedno z najciekawszych objawień polskiej sceny jazzowej ostatnich lat. Posłuchaj fragmentu.

Od zawsze chciałeś zostać artystą czy w dzieciństwie miałeś inne marzenia?  

Pamiętam, że uwielbiałem puszczać sobie koncerty na kasetach VHS i udawać, jak gram z muzykami z telewizora na gitarach, czy śpiewać do niewidzialnego mikrofonu. Jakbym podprogowo czuł, że będę stać kiedyś na scenie.
Nie byłem typem dziecka, które marzyło o byciu strażakiem, policjantem, lekarzem itp. W domu na wsi było bardzo dużo muzyki. Ojciec amatorsko grał na gitarze basowej i klawiszach. Mama też bardzo lubi muzykę. Instrumenty były przy mnie od małego. Pamiętam, że uwielbiałem puszczać sobie koncerty na kasetach VHS i udawać, jak gram z muzykami z telewizora na gitarach, czy śpiewać do niewidzialnego mikrofonu. Jakbym podprogowo czuł, że będę stać kiedyś na scenie. Świadomie doszło to do mnie dopiero w liceum. W maturalnej klasie zdecydowałem się na studia muzyczne i poświęcenie się temu. Pamiętam, jak stojąc na sali koncertowej podczas któregoś koncertu z zespołem licealnym, pomyślałem sobie: "zawsze chcę stać po tej stronie". Już wtedy zacząłem doceniać to, jak wielki przywilej mają artyści, którzy mogą prezentować się przed publicznością.  

Tomasz Chyła wśród zwycięzców 19. Nagrody Miasta Gdańska dla Młodych Twórców w Dziedzinie Kultury



No ale nie wmówisz mi, że marzyłeś o tym, żeby nagrywać płytę będącą synergią improwizowanej muzyki instrumentalnej i kameralistyki wokalnej. Jak wyobrażałeś sobie wówczas dorosłego siebie, robiącego karierę muzyczną?

Kiedy jako dziecko stałem przed tym telewizorem, z miotłą zamiast gitary, marzyłem o tym, aby w przyszłości móc stawać na scenie przed ogromną publicznością. W sumie zawsze chciałem grać w jakiejś odjazdowej rockowej kapeli i co najważniejsze - jeździć w trasy koncertowe. Tak, wyjazdy w trasy to było coś, co wzbudzało we mnie jakąś nutkę ekscytacji i to była chyba ta sfera marzeń. Dzisiaj je spełniam. Może nie w takim wymiarze, jak kiedyś Led Zeppelin, Stonesi czy moi ulubieni R.A.T.M., ale czuję się spełniony, jak gram przed publicznością. Występowanie przed ludźmi mnie motywuje. Na scenie jestem inny niż poza nią. Coś się wówczas uwalnia. Tak jest w przypadku koncertów ze skrzypcami w rękach, ale również kiedy biorę batutę i mam zadyrygować chórem czy orkiestrą. W czasie występu jestem skupiony w 100 procentach na tym, co robię, bo tylko wówczas jest to prawdziwe. I nieważne, czy jest to koncert dla paru osób, czy dla kilku tysięcy (tak, jazzmanom też się zdarza).

- Na kierunku dyrygentura chóralna zamierzałem jedynie trochę czasu "przeczekać". Tymczasem to właśnie z dyrygowania zrobiłem doktorat, który odebrałem kilka tygodni temu - opowiada dr Tomasz Chyła. Na zdj. podczas promocji doktorskiej w swojej macierzystej uczelni - Akademii Muzycznej w Gdańsku.
- Na kierunku dyrygentura chóralna zamierzałem jedynie trochę czasu "przeczekać". Tymczasem to właśnie z dyrygowania zrobiłem doktorat, który odebrałem kilka tygodni temu - opowiada dr Tomasz Chyła. Na zdj. podczas promocji doktorskiej w swojej macierzystej uczelni - Akademii Muzycznej w Gdańsku. fot. archiwum prywatne Tomasza Chyły
Twoje marzenie z dzieciństwa się spełniło - zostałeś artystą! Jak wypada konfrontacja oczekiwań z rzeczywistością?

Heh, myślę, że wielu artystów trochę inaczej odnajduje się w rzeczywistości. Ja jestem typem człowieka, który musi cały czas działać. Mam taki charakter, że nie lubię zwalniać, dlatego moje oczekiwania są ogromne i wymagam od swoich działań jak najlepszych rezultatów. Jednak rzeczywistość czasami to weryfikuje. Mój przyjaciel kiedyś powiedział złote słowa, które troszeczkę mnie hamują w tym świecie: "lepiej jeść powoli małą łyżeczką, niż brać wszystko na raz". Tego się trzymam. Rzeczywistość jest dla mnie łaskawa, ale cały czas pracuję na to, żeby być w tym miejscu, w którym obecnie się znajduję. To nie jest proste zadanie.

Czy z "uprawiania" muzyki da się wyżyć? Pozwól, że zajrzę ci głęboko do portfela - co się składa na twój miesięczny budżet? Wielu ludziom wydaje się, że artyści zarabiają samym tym, że są. Kolejna grupa ludzi myśli, że zarabiają z płyt, ewentualnie z biletów na koncerty. I że zarabia się miliony!

Złote pytanie o żywotność muzyków. "Uwielbiam" je. Nie mam bardzo długiego stażu w branży muzycznej z racji wieku, ale przez ten okres potrafiłem wyrobić sobie jakąś teorię na temat tego, skąd się to bierze. Składa się na to kilka czynników. Niestety, jednym z nich jest brak świadomości u ludzi. Dzisiaj w Polsce jest bardzo głośno na temat ustawy reprograficznej, która wywołała wiele burzliwych rozmów.

Wielu moich znajomych, znakomitych instrumentalistów, porzuciło pracę muzyka na rzecz "normalnej" pracy. I wiem, że było to uwarunkowane głównie zarobkami. Ogrom pracy wkładanej dzień w dzień, aby być najlepszym w swoim fachu, nie przekładał się na miesięczną pensję.
Nie chcę się zagłębiać w samą ustawę, ale po komentarzach i reakcji społeczeństwa można wysnuć teorię, że duża część ludzi stawia muzyków na równi z artystami celebrytami, którzy zarabiają nie tylko na koncertowaniu i wydawaniu płyt, ale również na kontraktach reklamowych itp. Na co oczywiście zasłużyli swoją pracą. Druga strona z kolei często myśli o muzykach jak o "grajkach", którzy dorabiają na dworcach całej Polski i z uśmiechniętą miną czekają na wrzut do kapelusza. Muzycy chyba już z założenia nie mogą narzekać, bo przecież zawsze mogą ustawić się na sali koncertowej "Dworzec PKP". Może dlatego to pytanie o "przeżycie" w świecie jako muzyk pojawia się dosyć często. Niestety, według wielu osób zawód muzyka nie jest potrzebny.

Kolejnym z czynników jest stan zarobków w szeroko pojętej branży. Niestety, ostatnimi czasy wielu moich znajomych, znakomitych instrumentalistów, porzuciło pracę muzyka na rzecz innej pracy. I wiem, że było to uwarunkowane głównie zarobkami. Ogrom pracy wkładanej dzień w dzień, aby być najlepszym w swoim fachu, nie przekładał się na miesięczną pensję. Jest to bardzo przykre, zważywszy na to, że często jesteśmy odbierani jako ludzie, którzy przyjdą, wystąpią godzinę na scenie i wracają do domu odpoczywać.

Zakładam, że to leżenie do góry brzuchem i wypoczywanie pomiędzy koncertami nie dotyczy ciebie, bo liczba projektów, w których realizację się angażujesz, jest imponująca. Ta "wszechstronność" to wynik twoich szerokich zainteresowań i wewnętrznej potrzeby?

Czas na studiach i po ukończeniu Akademii nauczył mnie tego, że muzyk musi twardo stąpać po ziemi. Nasza rzeczywistość to nie sytuacja, w której coś spadnie z nieba i otworzy się nam korytarz do kariery czy samego zarabiania pieniędzy. Po studiach czasami ciężko odnaleźć się w tych realiach, dlatego też już w trakcie edukacji trzeba wpajać młodym adeptom, że sprawy należy brać od początku w swoje ręce i mocno wierzyć, że wyznaczone cele da się zdobyć. Według mnie wiara i konsekwencja w dążeniu do tychże celów jest kluczem. Takie myślenie doprowadziło mnie do tego miejsca, w którym obecnie jestem. Dzisiaj prowadzę dwa chóry, jeden zespół wokalny, prowadzę zajęcia w fundacji ludzi chorych na afazję, wykładam na uczelni, uczę w liceum, prowadzę własny kwintet i gram dodatkowo w wielu projektach jako skrzypek. Ponadto działam we własnym stowarzyszeniu, fundacji i jestem dyrektorem festiwalu chóralnego.

Jedną z muzycznych przystani Tomasza Chyły jest zespół wokalny Art'n'Voices. Posłuchaj utworu z ostatniej płyty, zatytułowanej "Midnight Stories".

Dlaczego ludzi nie interesuje dobra muzyka? Nie trzeba być ekspertem, żeby zauważyć, że to, co najpopularniejsze, koło dobrego nawet nie stało.

Nie do końca się z tym zgodzę. Jaka jest definicja "dobrej muzyki"? Każdy z nas ma prawo słuchać tego, co trafia w jego gusta. Oczywiście ja sam dostaję ataku alergii, jak słyszę pewien styl muzyczny, czy to w radiu, czy w telewizji. Kiedyś byłem bardzo buntowniczo nastawiony do tego, żeby zmieniać ludzkie poglądy w tej kwestii. Dzisiaj wiem, że pewnych rzeczy się nie przeskoczy. Artyści wykonujący tzw. sztukę wyższą powinni starać się docierać do szerokiej publiczności, ale nie na siłę. Pamiętam, jak kiedyś rozmawiałem z Tomkiem Dąbrowskim po jego koncercie. Grał solo w klubie Żak. Muzyka, którą wykonywał, była trudna, niezwykle subtelna i wymagająca skupienia. Publiczność niestety w większości była zajęta rozmową, a na sali panował niemały zgiełk. Podszedłem wówczas do Tomka z gratulacjami i powiedziałem, że współczuję mu grania w takich warunkach. On mi odpowiedział, że warunki były idealne! Bo ten koncert zainteresował prawdziwych słuchaczy. Ta sytuacja poniekąd odpowiedziała mi na pytanie dotyczące grania trudniejszej muzyki. Ludzie stawiający na artyzm mają misję i to jest piękne. s

Jak powstaje twoja muzyka? Jak przebiega proces twórczy? Piszesz pod wpływem natchnienia, "motywowany" deadlinem czy masz swój własny "bat"?

Jaka jest definicja "dobrej muzyki"? Każdy z nas ma prawo słuchać tego, co trafia w jego gusta.
Pablo Picasso mówił: "Inspiracja istnieje, ale musi cię zastać przy pracy". I tą zasadą kieruję się podczas swojej pracy twórczej. Komponowanie to też nauka - nie przychodzi samo. Każdy napisany utwór rozwija cię i prowadzi w kolejne, nieznane obszary. To taka droga bez końca. Do komponowania potrzebne jest ogromne skupienie i czas, dlatego po każdym ukończeniu danego utworu odczuwam ogromną satysfakcję. Niemniej wolę, jeśli mam wyznaczony deadline. Łatwiej mi się wtedy zmotywować do pracy.

Z kim pracujesz najchętniej? Czy ma to wpływ na obsadę utworów, które tworzysz? Rozpisujesz partie na konkretny skład czy dla konkretnych osób?

Praca w różnorodnych składach i z różnymi ludźmi to kolejna ogromna zaleta bycia muzykiem. My w Trójmieście faktycznie lubimy mieszać się ze sobą. Ja osobiście uwielbiam, kiedy jestem zapraszany do nowych projektów. Jest to sytuacja niezwykle rozwijająca, ale dająca też możliwość sprawdzenia siebie w nowych okolicznościach. Nie będę ukrywał, że najlepiej współpracuje mi się z ludźmi, których znam bardzo długo i z którymi pozostaję w relacjach przyjacielskich. Mówię tutaj głównie o moim kwintecie i zespole wokalnym Art'n'Voices. Oczywiście, ogromną radość sprawia mi też praca z moimi chórami. To jest współpraca z ludźmi, którzy nie żyją na co dzień z muzyki, tylko traktują to jako hobby. Pięknie jest obcować z osobami, które nie są "skażone" typowymi problemami trapiącymi muzyków.

"Muzyk bez płyty jest nikim" - rozmowa z Tomaszem Chyłą i Anną Rocławską-Musiałczyk z zespołu Art'n'Voices



Marzył o karierze skrzypka jazzowego, ale doktorat zrobił z dyrygentury chóralnej. Zobacz fragment koncertu odbywającego się w ramach przewodu doktorskiego Tomasza Chyły.

Którą z wielu licznych form aktywności muzycznej darzysz szczególnym sentymentem? Jesteś w ogóle w stanie wskazać, czy wolisz śpiewać, grać czy dyrygować?

W pewnym momencie życia postanowiłem sobie, że chcę grać na skrzypcach jazz. Głównym celem było dostanie się na studia na Akademię do Gdańska. Niestety, życie bardzo szybko zweryfikowało te moje plany i pokazało mi, gdzie jest moje miejsce w szeregu. Mój upór był jednak bezgraniczny i za trzecim razem udało mi się dostać na wymarzone studia. W międzyczasie, dość przypadkowo, trafiłem na kierunek dyrygentury chóralnej, na którym zamierzałem jedynie trochę czasu "przeczekać". Tymczasem to właśnie z dyrygowania zrobiłem doktorat, który odebrałem kilka tygodni temu. Byłbym bardzo niesprawiedliwy, mówiąc o którejś z dziedzin muzyki, że lubię ją bardziej. Dzisiaj każdą z nich uwielbiam i staram się oddawać jej w stu procentach, bo bez tego nie byłoby sukcesów.

Czy artystom wykonującym zbyt dobrą muzykę, żeby podobała się masom, marzy się sława? Chciałbyś, żeby na twoje koncerty przychodziły takie tłumy, jak na np. gale disco polo? Myślisz, że doczekamy się czasów, kiedy popularność muzyki będzie wprost proporcjonalna do jej jakości?

Jak graliśmy jam session, jeszcze parę lat temu, jako studenci, w jednym z klubów w Gdańsku, to ludzie czekali cały tydzień na to, żeby przyjść i nas posłuchać. Ten klub pękał w szwach. Może to dało mi wiarę w to, co robię dzisiaj. Wiarę w moją publiczność.
Uwielbiam grać dla dużej publiczności! Doświadczyłem już tego, występując z kwintetem na Woodstocku. To jest niesamowita energia. Oczywiście, że chciałbym, żeby na każdy koncert przychodziły tysiące. Doceniam jednak również sytuacje bardziej subtelne, kiedy w klubie mogę zagrać dla 40 osób. To są też magiczne doświadczenia, które nigdy nie przełożą się na wielkie sceny. Nie zastanawiam się nad tym, czy przyjdą czasy, kiedy popularność muzyki, którą wykonuję, się zwiększy. Szczerze, nigdy o tym nie myślałem. Wydaje mi się, że przez to, iż mieszkam w Trójmieście. Tutaj publiczność jest inna. Docenia to, co dzieje się w alternatywie, jazzie, szeroko pojętej improwizacji. Jak graliśmy jam session, jeszcze parę lat temu, jako studenci, w jednym z klubów w Gdańsku, to ludzie czekali cały tydzień na to, żeby przyjść i nas posłuchać. Ten klub pękał w szwach. Może to dało mi wiarę w to, co robię dzisiaj. Wiarę w moją publiczność.

Czego w muzyce byś nie zrobił? Na jakie poświęcenie się nie zdobędziesz nawet dla kasy i sławy?

Heh, mam na koncie dużo dziwnych występów. Kiedyś się ich wstydziłem, na szczęście już mi przeszło. To była jakaś głupia duma młodego buntownika, który uważał się od wszystkich lepszy. Wszystko, co robiłem, ukształtowało mnie jako człowieka i jako muzyka, ale rzeczywiście mam już ten przywilej, że do niektórych rzek nie muszę wskakiwać i nie muszę łapać każdej propozycji, z jaką ktoś do mnie zadzwoni. Swoje spędziłem na chałturzeniu jako nastolatek. Oj, jak ja tego nie lubiłem! Dzisiaj, patrząc na moich uczniów, stwierdzam, że miałem ogromny przywilej. Nie musiałem chodzić do pracy i martwić się o kasę. To był dobry czas dla mnie jako młodego człowieka. A co do tych poświęceń, to mam nadzieję, że nikt nie będzie mi kazał nigdy tańczyć przed kamerami. Tego nie zniosę.

Tomasz Chyła Quintet i nie tylko - Soundrive Festival podał line-up przyszłorocznej edycji



Czy twoja najnowsza płyta ma szansę spodobać się ludziom, którzy sympatyzują z mainstreamem? Czy szkoda tracić czasu, bo docenią ją tylko koneserzy?

Moja nowa płyta jest bardzo różnorodna i to może być jej ogromnym atutem. Na płycie można znaleźć piękne melodie, minimalistyczny spokój, ambient, rockowo-metalowe zrywy i nawet akcenty chóralne. Już sam fakt, że zostaliśmy zaproszeni przez tegoroczny festiwal Soundrive, świadczy, że ta muzyka ma szansę dotrzeć do szerokiej publiczności. Ale należy dodać, że muzyka mojego kwintetu mieści się w gatunku muzyki improwizowanej. Zawsze będzie trudniejsza do przesłuchania dla laika.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (61)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 10:00 - 16:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie
Design Oskara Zięty w zabytkowych wnętrzach Dworu Artusa i Domu Uphagena
Design Oskara Zięty w zabytkowych...
wystawa
maj 12-28.11
Gdańsk, Muzeum Gdańska
Chopin & Friends - Koncerty Fortepianowe
Chopin & Friends - Koncerty Fortepianowe
muzyka poważna
maj 13-30.12
g. 19:30
Gdańsk, Kościół Św. Katarzyny

Rozrywka

Kulinaria

Sprawdź się

Sprawdź się

Najstarszym zabytkiem w Sopocie, będącym jednocześnie oddziałem Muzeum Archeologicznego w Gdańsku jest:

 

Najczęściej czytane