Wiadomości

Jestem zlepkiem przeciwieństw - rozmowa z pisarką Małgorzatą Oliwią Sobczak

Małgorzata Oliwia Sobczak debiutowała baśnią, napisała powieść o Żuławach, a sławę przyniosła jej seria kryminałów - "Kolory zła": "Czerwień", "Czerń". Wkrótce ukaże się ich trzecia część.
Małgorzata Oliwia Sobczak debiutowała baśnią, napisała powieść o Żuławach, a sławę przyniosła jej seria kryminałów - "Kolory zła": "Czerwień", "Czerń". Wkrótce ukaże się ich trzecia część. Fot. Iwona Wojdowska

Urodzona w Gdańsku, pierwsze lata dzieciństwa spędziła we Wrzeszczu, kolejne w Gdyni. Studiowała w Poznaniu, mieszkała w Sopocie, teraz wyprowadziła się na Kaszuby. W szkole grała w siatkówkę, choć wolała gimnastykę artystyczną. Studiowała prawo, jak jej mama i siostra, choć szybko zmieniła kierunek na kulturoznawstwo. Debiutowała baśnią, napisała powieść o Żuławach, a sławę przyniosła jej seria kryminałów - "Kolory zła": "Czerwień", "Czerń". Wkrótce ukaże się ich trzecia część. O pisaniu, baśniach Andersena, magii i duchowości, o tym, co ją ukształtowało jako pisarkę, a także o roli wydawcy rozmawiamy z Małgorzatą Oliwią Sobczak.



Recenzje książek z Trójmiasta



Magdalena Raczek: Długo zastanawiałam się, czy zacząć naszą rozmowę od początku, czy od końca, jednak ciekawość we mnie zwyciężyła, dlatego też moje pierwsze pytanie dotyczyć będzie pani obecnej pracy. W tej chwili kończy pani pisanie trzeciej części z serii "Kolory zła". Rzecz ma się rozgrywać w Gdyni...

Małgorzata Oliwia Sobczak: Tak. Trzecia część "Kolorów zła" jest już właściwie napisana i złożona w wydawnictwie. Mamy już okładkę, a tym samym... wybrany kolor przewodni! Na razie nie mogę jeszcze niestety zdradzić, jaki - wszystko stanie się jasne prawdopodobnie późną zimą, gdy książka ukaże się na rynku. Trzeci tom, podobnie jak "Czerwień", związany jest z Trójmiastem - fabuła rozgrywa się przede wszystkim w modernistycznej przestrzeni Gdyni. Po raz kolejny akcja toczy się na dwóch skorelowanych planach czasowych: tym razem odbiorcy przeniosą się do roku 1988, gdzie bliżej poznają... a nie, nie będę wyprzedzać, ale jestem pewna, że bohater was zaskoczy! Na pewno nie zdradzę zbyt wiele, jeśli powiem, że w trzecim "Kolorze" znajdą się dwie zagadki do rozwiązania, czytelnik otrze się o środowisko mafijne i milicyjne, a tematem przewodnim będzie prostytucja. Będzie mniej mrocznie, za to zdecydowanie bardziej erotycznie (śmiech).

Czy poza serią pisze pani jeszcze w tej chwili coś jeszcze?

W połowie listopada w antologii Wydawnictwa W.A.B. zatytułowanej "Wigilijne opowieści" ukazało się moje opowiadanie "Cytrusy i migdały", które fabularnie łączy drugą i trzecią część "Kolorów". Głównym bohaterem tej kryminalno-romantycznej historii jest policjant Pająk, znany czytelnikom z "Czerwieni" i "Czerni". Co ciekawe, miłość, która go tam spotka, nie pozostanie bez wpływu na jego zachowanie w ostatnim tomie mojej serii. To taka moja świąteczna niespodzianka dla wszystkich fanów "Kolorów zła". Napisałam również historię kryminalno-erotyczną do innej antologii świątecznej pt. "Gorąca Gwiazdka. Niegrzeczne opowieści" (Lipstick Books). Zaczęłam też pracę nad zupełnie nową serią książek kryminalnych...

Sławę przyniósł pani cykl kryminałów "Kolory zła" i chyba większość czytelników kojarzy panią już z tym gatunkiem, jednak mało kto wie, że debiutowała pani pięć lat temu baśnią "Mali, Boli i Królowa Mrozu". Wróćmy więc do początków: skąd pomysł, by napisać baśń, w dodatku baśń w zasadzie dla dorosłych?

Była mroźna zima. Wieczór. Leżałam na łóżku. Do pokoju wpadało światło ulicznej latarni stojącej nieopodal ogromnego kasztanowca. Patrzyłam, jak płatki śniegu wirują za oknem. I nagle w głowie zabrzęczały mi pierwsze zdania baśni: "Były sobie Mali i Boli. Cały świat się uśmiechał, gdy się poznały. Ich miłość była czysta i piękna. I każdy chciał takiej zaznać". Jest taka przejmująca scena w filmie "Candy" z Abbie Cornish i Heathem Ledgerem w rolach głównych, gdy tytułowa, rozbita wewnętrznie Candy, zaczyna pisać po ścianach mieszkania swoją intymną opowieść. "Once upon a time, there was Candy and Dan" - zaczyna się tymi słowami. I ja tę moją baśń usłyszałam w podobny sposób. Niemal tak, jakby to właśnie Candy wypowiedziała te słowa w mojej głowie. Pamiętam, że wstałam, wyszłam z psem na spacer, a gdy wróciłam, miałam już plan na książkę. Od razu usiadłam do pisania. W formie stylizowanej na baśń ukułam moją intymną opowieść, w której w symboliczny sposób wyraziłam wszystko, co w ówczesnym czasie czułam. Po latach mam wrażenie, że wstydziłam się wówczas opowiedzieć o tym w sposób dosłowny, realistyczny. Forma baśni była taką maską, która pozwoliła mi przebrnąć przez zwykłą, aczkolwiek bardzo uniwersalną historię o utraconej miłości. Z drugiej strony chciałam tej opowieści nadać wymiar kulturowy, zawarłam w niej więc szereg intertekstualnych odwołań, a film "Candy" to jeden z przykładów. W ten sposób puściłam do czytelnika przysłowiowe oko, pozwoliłam mu wziąć udział w swoistej zabawie.

Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła".
Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła". Fot. Iwona Wojdowska
Są tu z jednej strony bardzo czytelne odwołania, inspiracje i nawiązania do "Królowej Śniegu" Hansa Christiana Andersena, a z drugiej mnóstwo realizmu. Skąd pomysł na taki nieoczywisty miks?

"Królowa Śniegu" to oczywiście kluczowe odwołanie, jakie poczyniłam w moim utworze, taki punkt wyjścia, schemat, który bardzo szybko zaczynam odwracać. Andersen podobno nie znosił, gdy nazywano go "panem od bajek". W jego baśniach również znajdował się szereg motywów, które powinno się odczytywać przez pryzmat wiedzy o kulturze, jak i wątków autobiograficznych, które łatwo wyłapać, gdy zna się życiorys autora. W baśni "Mali, Boli i Królowa Mrozu" też nie brakuje wątków autobiograficznych, bo powstała ona w trudnym dla mnie czasie. Miałam w życiu taki moment, że musiałam zacząć wszystko na nowo. Zakończyłam wtedy wieloletni związek, przeprowadziłam się z Gdańska do Sopotu, wynajęłam kawalerkę, z dnia na dzień zostałam zdana na siebie. To był ciężki okres, pełen bólu i żalu, w którym wspomnienia gryzły codziennie jak zły pies. Ogrzewanie w tym moim nowym, malutkim mieszkaniu ciągnęło na potęgę, więc całą jesień i surową zimę, która szybko nastała, przesiedziałam przy niemal zimnych kaloryferach, otulając się kocami. To wtedy zaczęłam pisać. I ta historia, w której skonfrontowałam się z własnym cieniem, mnie uratowała. Wykonywałam w tym czasie masę innych symbolicznych działań - przykładowo zakopałam głęboko pod ziemią skrzynkę wypełnioną rzeczami, które należały do tej bolesnej przeszłości. Moja baśniowa Mali tak właśnie zakopała swój cień. Wtedy też poznałam mojego przyszłego męża. Pomagał mi lizać rany, nie był zły o tę moją walkę o siebie, którą nieustannie prowadziłam, czekał, wspierał, był prawdziwym przyjacielem. Ten proces transgresji nie tylko pozwolił mi ułożyć piękne, czyste życie, które obecnie mam. On mnie prawdziwie zbudował. Stworzył mnie jako pisarkę.

Po baśni przyszedł czas na "Ona i dom, który tańczy" - to kolejna pani powieść, gdzie znalazło się mnóstwo magii. Świat nadprzyrodzony, fantastyczny w tej powieści jest bardzo ważny. Chciałam zapytać, czy ta duchowa sfera jest dla pani ważna też w życiu?

Jestem osobą skrajnie emocjonalną, dlatego od zawsze zwracałam uwagę na elementy rzeczywistości, które trochę się z niej wyłamują, i często tkanka świata dzieląca realność i nierealność wydaje mi się bardzo cienka. Można nazwać to magią, ale też duchowością.
Nie zawsze to, co widzimy, jest jednowymiarowe, każdy przetwarza świat przez siebie samego.
Moja projekcja zawsze nakazywała mi widzieć drugie dno, nadawać rzeczom różne znaczenia, doszukiwać się we wszystkim pewnej metaforycznej opowieści. Moja żuławska historia o domu, który myśli, tańczy, przeżywa losy swoich mieszkańców, to przecież też tylko metafora. Nie trzeba odczytywać jej w sposób dosłowny. Czytelnik może sam wybrać, czy dom naprawdę żyje, czy zamieszkujące go kobiety jedynie tak ten dom sobie wyobrażają. Jako kulturoznawczynię zawsze ciekawiło mnie również to, jakie sensy nadawano rzeczywistości w innych czasach, w innych kulturach, stąd w powieści "Ona i dom, który tańczy", ale też w "Czerni" pojawiły się nawiązania regionalistyczne. Choć uważam się za osobę dość nowoczesną, cenię tradycję. A w tradycji ukrywa się wiele elementów fantastycznych i nadprzyrodzonych, o których w "globalnej wiosce" często się zapomina.

Pozostańmy jeszcze na chwilę przy tej książce. Jak się pracuje nad taką wielowarstwową, wręcz historyczną powieścią? Czy inaczej niż nad baśnią? Czy inne metody pracy są przy tworzeniu kryminałów?

Praca nad kryminałami od początku przebiegała bardzo planowo. Najpierw rozpisałam postaci, potem skonstruowałam poszczególne sceny. Dopiero wtedy przystąpiłam do pisania fabuły. Natomiast baśń i powieść żuławska powstawały niejako na bieżąco, pozwalałam prowadzić się historiom, które same do mnie przyszły. Ale pomimo dość spontanicznej metody tworzenia, jak i całej złożoności i wielowarstwowości powieści "Ona i dom, który tańczy", wszystkie wątki zostały skrupulatnie zamknięte, wszystko połączyło się na takiej samej zasadzie, na jakiej łączy się w "Kolorach zła". Na pewno nie jest to książka komercyjna, co uznaję za jej największą wadę, ale i zaletę. Mamy tam trzy przeplatające się czasy, trzy skorelowane, wzajemnie dopowiadające się historie, metaforyczny język, elementy magiczne. Nie jest to książka dla wszystkich. Albo się ją kocha, albo odrzuca; albo się przy niej płacze, albo się jej nie czuje. U większości czytelników rodzi totalnie skrajne emocje. No i dobrze. Jak śpiewa Mery Spolsky, której ostatnio namiętnie słucham, "bo najgorzej, kiedy odbiór jednolity". Cieszę się też, że przyszła do mnie właśnie w tamtym momencie. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że teraz nie potrafiłabym stworzyć takiej magicznej, poetyckiej, uduchowionej książki - moje życie na tyle ewoluowało, że nie jestem już tamtą osobą - nie jestem już tak krucha, rozedrgana, a to właśnie te uczucia nadały kierunek mojej żuławskiej powieści.

Jakie zmiany w pani i pani życiu zaszły od tamtego czasu?

Obecnie jestem mamą, uczę się twardo stąpać po ziemi, być "tu i teraz", duchy schowałam w szafie. I to też przekłada się na styl mojej kryminalnej serii. Na pewno jednak nie żałuję, że "Ona i dom, który tańczy" powstała; zawarłam w niej ogromną część siebie i osobiście tę powieść lubię najbardziej ze wszystkich moich książek. Nie była komercyjnym strzałem, ale pozwoliła mi iść do przodu. Co więcej, kiedy pisałam tę książkę, żyli jeszcze moi dziadkowie. Praca nad "Ona i dom" stała się więc asumptem do wypytania ich o rzeczy, o które bym pewnie nigdy nie spytała, zgromadzenia opowieści, które nigdy nie zostałyby uwiecznione. Duch babci Ali i dziadka Kazika przenika karty tej książki. To bezcenna wartość.

Księgarnie w Trójmieście


Pomówmy teraz o miejscach. Żuławy, w których ulokowała pani swoją pierwszą powieść - są pani miejscem rodzinnym. Potem w "Czerwieni" Sopot, w którym pani mieszkała. W "Czerni" Kaszuby, gdzie pani obecnie mieszka. Teraz będzie Gdynia, w której się pani wychowywała. Dlaczego te przestrzenie są tak istotne?

Wybór miejsca, w którym rozgrywa się akcja moich książek, ma kluczowe znaczenie. Przestrzeń fabularna to kolejny bohater, warunkujący działania postaci. Wychowałam się na "Jeżycjadzie" Małgorzaty Musierowicz i ten sposób opisywania miejsca akcji jest mi bardzo bliski. Autorka zaraziła mnie miłością do poznańskich ulic, kamienic, parków, wiaduktów, a dla mnie stało się ważne to, by zarażać czytelników miłością do miejsc, które są mi drogie.

Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła".
Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła". Fot. Iwona Wojdowska
Ważny jest też czas: zanurzanie się w przeszłość zarówno w "Domu", jak i "Kolorach", jest niezwykle istotne dla motywacji bohaterów, budowania nastroju powieści, ale też fabularnie. Czy jest to trudne, by np. rekonstruować odległą przeszłość, której nie zna się z autopsji?

Nic nie bierze się znikąd. Nawet jeśli coś dzieje się przypadkiem, zawsze prowadzi do tego jakiś przyczynowo-skutkowy mechanizm, który pozwala temu przypadkowi zaistnieć. I mnie ten mechanizm, ten historyczny determinizm ogromnie ciekawi. Odnajdywanie go na kartach powieści daje mi wielką frajdę, choć oczywiście rekonstrukcja przeszłości wymaga dodatkowego przygotowania, pewnej dociekliwości, rzetelnego researchu. Ale gdy wszystko w pewnym momencie zaczyna się wiązać, gdy historia się zapętla... nie ma dla mnie, jako autorki, lepszego uczucia.

Porozmawiajmy teraz chwilę o stworzonych przez panią postaciach. Zacznijmy od prokuratora Leopolda Bilskiego. W kryminałach postać główną częściej odgrywają policjanci, komisarze, śledczy, adwokaci, prawnicy, a nawet dziennikarze czy psychologowie (profilerzy) niż prokuratorzy, nie licząc takich sław jak Teodor Szacki. Skąd pomysł na to, by głównym bohaterem uczynić właśnie prokuratora?

Wybór zawodu mojego bohatera okazał się bardzo prosty. Moja mama była studentką pierwszego rocznika prawa w Sopocie. Całe życie pracowała jako sędzia. Siostra po sędziowskiej aplikacji wybrała drogę radcy prawnego. Nawet ja rok studiowałam prawo, bo tuż po liceum wydawało mi się to najbardziej naturalnym wyborem. W naszym domu zawsze przewijały się osoby ze środowiska prawniczego, więc postanowiłam nie szukać daleko i bazować na tym, co najlepiej znam, czy też do czego mam najlepszy dostęp. Stąd w "Czerwieni" pojawili się sędzia Helena Bogucka i prokurator Leopold Bilski, którego postać rozbudowałam w kolejnych częściach. Oprócz zawodu Leopold Bilski niewiele ma wspólnego z Szackim - zupełnie inna mentalność, usposobienie i pomimo analogicznie dobrego gustu całkowicie inne upodobania modowe. Również w przeciwieństwie do bohaterów innych serii kryminalnych Leopold Bilski początkowo wydaje się bez skazy. Nie jest rozwodnikiem, nie ma kryzysu wieku średniego, nie ma problemu z alkoholem, nie pali papierosów, idealistycznie podchodzi do świata. Czytelnik nie dostaje więc "zużytego produktu", śledzi rozwój tej postaci wraz z kolejnymi częściami serii.

Wróćmy jeszcze do momentu, gdy była pani przed debiutem kryminalnym, a reklamy "Czerwieni" wraz z pani wizerunkiem wręcz opanowały miasto. Bardzo mocne wejście, trzeba przyznać, jak się pani wtedy czuła? Czy ta moc, jaką daje wydawca (choćby w odpowiednim marketingu), jest ważna dla pisarza?

O tak! Proszę mi uwierzyć, że wydawca potrafi dać ogromną moc. Nigdy nie zapomnę mojej pierwszej wizyty w wydawnictwie W.A.B. Usiadłam przy jednym stole z dyrektorem wydawniczym Marcinem Mellerem, dyrektorem promocji Maciejem Marciszem i redaktorką prowadzącą, intuicyjną wiedźmą, Agnieszką Trzeszkowską-Berezą. I nie tylko od razu poczułam się jak wśród swoich, ale też usłyszałam tyle uskrzydlających słów o "Czerwieni" i o mnie jako autorce, że mogłoby mi wystarczyć komplementów na całe lata.
W jednej chwili uwierzyłam, że mogę osiągnąć sukces. Uwierzyłam, że mogę być kimś, kim zawsze chciałam się stać.
To był najpiękniejszy dzień w całym moim życiu. Na płaszczyźnie zawodowej nikt nigdy nie dał mi takiej pewności siebie, nie otoczył taką opieką, nie ofiarował tylu cennych wskazówek, ale i konstruktywnej krytyki, która pozwoliła mi się rozwinąć, ile dał mi Marcin Meller. W całym W.A.B. nie brakuje zresztą niesamowitych, doskonale uzupełniających się osobowości, które napędzają maszynę. Pamiętam, że gdy przyjechałam do W.A.B. tuż przed premierą "Czerwieni", zanim dotarłam na spotkanie, zebrałam po drodze gratulacje od osób, których nigdy wcześniej w wydawnictwie nie poznałam. Przed windą, w windzie, na korytarzu. Czułam się jak w "Truman Show", jakby to wszystko było zainscenizowane. Zresztą to wrażenie towarzyszyło mi przez cały okres promocji "Czerwieni". Dopiero po ponad roku od premiery emocje zaczynają się stabilizować.

Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła".
Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła". Fot. Iwona Wojdowska
Powieści kryminalne to ostatnio gorący temat dla producentów filmowych. Obecnie na ekranach telewizorów widzowie mogą oglądać "Szadź" na podstawie powieści Igora Brejdyganta, w listopadzie pojawi się serial o Bondowskiej Saszy Załuskiej. "Kolory zła" wydają się doskonałym materiałem na serię filmów. Czy możemy spodziewać się ich ekranizacji? Kogo widziałaby pani w rolach głównych?

Jak tu coś powiedzieć, żeby za dużo nie powiedzieć? Proszę spytać mnie za kilka miesięcy! (śmiech). A kogo widziałabym w roli prokuratora Leopolda Bilskiego? Wizualnie to na pewno postać w typie Marcina Dorocińskiego lub Piotra Stramowskiego. Zresztą ci aktorzy świetnie sprawdzają się zarówno w rolach twardzieli, jak i wrażliwców, a mój bohater łączy w sobie te dwie natury. Helenę Bogucką mogłaby zagrać Agnieszka Dygant albo Agata Kulesza. Myślę, że obie doskonale wcieliłyby się w rolę chłodnej, surowej matki i pani sędzi - pozornie opanowanej, a tak naprawdę nieradzącej sobie z własnymi emocjami. W roli Mario widziałabym wielowymiarowego Jakuba Gierszała, który zdecydowanie udźwignąłby osobowość tego bohatera. Myślę, że Waldemara Milę doskonale oddałby Sebastian Fabiański. To typ niebezpiecznego łobuza, który ma w sobie ten szczególny pierwiastek pociągający kobiety. Patolog sądowy Tadeusz Dubiela.... Może Jacek Poniedziałek? Odpowiedni wiek, mógłby wpasować się zarówno w rolę perfekcyjnego lekarza medycyny sądowej, jak i amanta. Jeśli zaś chodzi o Monikę Bogucką... To bardzo specyficzny typ urody, który ja na potrzeby fabuły nazwałam typem "małpiatki". Idealnie wpisuje się w niego młoda Geraldine Chaplin - ma ten lekko zadarty nos i wysuniętą do przodu szczękę, o którą mi chodziło przy opisie tej postaci. Z polskich aktorek najbliżej tej bohaterki jest Julia Wieniawa, nawet jeśli nie idealnie pod względem wyglądu, to przede wszystkim w związku z jakąś taką sprzeczną energią, buntowniczością, która się w niej kryje. Natomiast kompletnie nie mam pomysłu, kto mógłby zagrać aplikantkę prokuratorską Annę Górską! Jestem bardzo ciekawa, kogo w tej roli widziałby potencjalny producent. To by było coś, kiedyś się o tym przekonać!

Mam nadzieję, że kiedyś faktycznie się o tym przekonamy. Wróćmy teraz jeszcze na chwilę do przeszłości i do Trójmiasta. Jak pani wspomina gdańsko-gdyńskie dzieciństwo? Urodziła się pani w Gdańsku, przez pierwsze lata mieszkała we Wrzeszczu. Jakie ma pani wspomnienia z tamtego okresu?

Z Wrzeszcza przeprowadziliśmy się do Gdyni, gdy miałam cztery lata. Z tych pierwszych czterech gdańskich lat udało mi się więc zebrać w głowie pourywane wspomnienia i obrazy. Pamiętam przede wszystkim nasze mieszkanie na czwartym piętrze kamienicy przy ul. Grażyny. Ciepłe światło wpadające przez okno do pokoju, gdy leżałam na zielonej wersalce, kredens, w którym mama chowała krówki, fakturę dywanu, na którym leżałam, oglądając wieczorynkę, łazienkę dzieloną z sąsiadami albo dzień, w którym wygrałam koncert termometrem na szklankach, rozlewając rtęć po stoliku (mama nie zdołała mnie wtedy przekonać do wypicia wody z solą, która miała pomóc na potencjalne zatrucie). Chyba najpiękniejszym wspomnieniem z tego czasu jest obraz, gdy wraz z mamą i siostrą wirujemy wieczorem do puszczanej z magnetofonu szpulowego muzyki - pamiętam, że czułam wtedy radość i bezpieczeństwo. Słuchałyśmy między innymi utworu "Si Sara" w wykonaniu Al Bano i Rominy Power, może dlatego zamawiamy go wraz z siostrą na każdym weselu, w jakim przyjdzie nam uczestniczyć.

Potem zamieszkaliście w Gdyni. Co pani pamięta z tamtych lat?

Dzieciństwo w Gdyni jest zdecydowanie bardziej namacalne. Chwarznieńskie lasy, w których niemal za każdą przebieżką znajdowało się końskie kości i niewybuchy z drugiej wojny światowej, bazy na drzewach i pod ziemią, gra w palanta letnimi popołudniami albo zjeżdżanie z całą brygadą na sankach po górkach na okolicznych polach, na których dziś stoją wielkie osiedla. Piwne oczy Tomka Leszczyńskiego, niezwykłego kolegi, mojej pierwszej miłości, który w pierwszej klasie dał mi złoty pierścionek. To on nauczył mnie jeździć na rowerze, grać w Tetrisa, skakać na rampie na rolkach pod Teatrem Muzycznym. Dzień, w którym Tomek umarł. Nigdy później na naszej ulicy nie bawiliśmy się tak, jak kiedyś...

Uczęszczała pani do szkoły sportowej, przynależąc do sekcji siatkarskiej. Czy wciąż lubi pani grę w siatkówkę?

Pamiętam ten dzień, w którym panie z "Czternastki" przyszły do lokalnej szkoły podstawowej zrobić wśród dzieciaków nabór. Byłam wtedy w trzeciej klasie - chudziutka, zwinna, bardzo rozciągnięta. Panie podniosły mi przy ścianie nogę do szpagatu i zawyrokowały, że nadaję się do sekcji gimnastyczek artystycznych. Podekscytowana wróciłam do domu i oznajmiłam to rodzicom, jednak oni zdecydowali, że gimnastyka artystyczna wiąże się ze zbyt wieloma wyrzeczeniami - dietą, treningami po godzinach, rywalizacją na konkursach. Więc tata zabrał mnie w tym samym roku na casting dla siatkarek. Też się dostałam, ale przez pięć lat szkoły z zazdrością patrzyłam na dziewczyny z sekcji gimnastycznej. Z zapartym tchem oglądałam ich zawody, czułam radość, gdy czasami moja sekcja miała zajęcia na ich sali. W siatkówce byłam przeciętna, za to świetnie mi wychodziło skakanie przez kozła, balansowanie na równoważni, gwiazdy, szpagaty i mostki. Zresztą do tej pory je robię, a nawet gdy ostatnio zaprezentowałam mojej dwuletniej córce mały układ, wskoczyła na pufkę i z miną uznania zaczęła bić mi brawo. Zrekompensowała mi tym wszystkie te niespełnione lata (śmiech).

Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła".
Małgorzata Oliwia Sobczak okrzyknięta nową gwiazdą kryminału, autorka serii "Kolory zła". Fot. Iwona Wojdowska
Po liceum wyjechała pani na studia do Poznania. Dlaczego akurat tam?

Poznań pokochałam już w podstawówce za sprawą "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz. Od razu poczułam niezwykłą więź z Borejkami, Roosevelta 5, Teatralką i wszystkimi innymi elementami świata przedstawionego. Natomiast po raz pierwszy zawitałam tam w ferie zimowe w drugiej klasie liceum, gdy wraz z przyjaciółką pojechałyśmy na Forum Teatralne. I okazało się, że Poznań z mojej wyobraźni jest dokładnie taki sam jak ten prawdziwy! Latem jeździłyśmy z kolei na Festiwal Malta. Już podczas tego pierwszego teatralnego wyjazdu narodziło się marzenie, by kiedyś w Poznaniu zamieszkać. Poznałam tam wspaniałych przyjaciół, na kulturoznawstwie uczyłam się fascynujących rzeczy. To były takie pierwsze lata samodzielności i cieszyło mnie wszystko: zwykłe zakupy na jeżyckim rynku, własnoręcznie przygotowana zupa pomidorowa, tramwaje, brukowane ulice, intelektualne wieczory filmowe, życie klubowe, które wtedy zaczęło raczkować, stypendium naukowe, które udało mi się otrzymać. Z drugiej strony strasznie tęskniłam za domem, za rodzicami, siostrą. Egzaminy za każdym razem zdawałam w przedterminach i gnałam do Trójmiasta na przedłużone do granic wakacje. Ale gdy znów wracałam do Poznania, a pociąg mijał ulicę Roosevelta 5, zawsze piszczałam z radości.

Z wykształcenia kulturoznawczyni i dziennikarka, z zawodu pisarka, okrzyknięta nową gwiazdą kryminału. Na koniec zatem nieco filozoficznie: kim jest Małgorzata Oliwia Sobczak?

Zawsze mówię, że jestem zlepkiem przeciwieństw. Od dziecka byłam chorobliwie nieśmiała, bałam się ludzi, stresowały mnie sytuacje społeczne. Gdy rodziców odwiedzali znajomi, moja siostra wychodziła na środek pokoju, tańczyła, recytowała wierszyki. Ja chowałam się za kanapą. Z drugiej strony okazałam się być świetnym przywódcą i organizatorem. Na podwórku mianowano mnie szefem bandy, a w pierwszym dniu szkoły gospodarzem klasy. Wiele czasu musiało upłynąć, żebym wyszła do świata. Na pewno pomogli mi w tym cudowni ludzie, których szczęśliwie spotykałam na swojej drodze. Wyjazd na studia do innego miasta też zrobił swoje. Powoli przełamywałam swoje społeczne opory, wychodziłam naprzeciw lękom. Finalnie skończyłam dwa kierunki studiów, jestem żoną, matką i... pisarką, choć jeszcze rok temu nie miałam śmiałości, by tak siebie określać. Sporo mnie kosztowało, by to wszystko osiągnąć - znacznie więcej niż osoby, które rodzą się z naturalną otwartością i komunikatywnością. Pamiętam zdziwienie mamy, gdy w pierwszym dniu szkoły podstawowej wybrano mnie na gospodarza klasy. Dziś nadal zdarza jej się na mnie spojrzeć z tą samą miną - gdy realizuję kolejne cele, gdy osiągam sukcesy, gdy wychodzę naprzeciw wyzwaniom. Myślę, że zadziwiam ją tak samo mocno, jak zadziwiam samą siebie.

Opinie (25) ponad 20 zablokowanych

Wszystkie opinie

  • Czytałam "Czerwień", niedawno skończyłam "Czerń"

    Bardzo polecam te książki - fajna lektura na jesień i sporo trójmiejskich smaczków :)

    • 22 9

  • to fajnie, że "pisarki" przyjaźnią się z "dziennikarkami"

    • 20 1

  • Kto ją okrzyknął gwiazdą? (1)

    jw.

    Tak na szybko szukam, to nawet żadnych nagród nie miała.
    Użycie słowa "gwiazda" jest tutaj niepotrzebne.
    Może zamiast "okrzyknięta nową gwiazdą kryminału" (co brzmi jakby w nim występowała) lepiej dać "okrzyknięta nowym odkryciem literatury kryminalnej" ?

    • 34 2

    • dooobra, ale jest ładna

      • 2 2

  • mroczna malgosia

    • 4 1

  • Przerost formy nad treścią.

    • 18 4

  • Po liczbie opini widać jakim jest odkryciem.

    • 20 3

  • Gratulacje!

    A ja jestem pod ogromnym wrażeniem literatury Pani Małgorzaty. Trzymam kciuki i życzę wszystkiego, co najlepsze.

    • 12 6

  • Opinia wyróżniona

    Czytalam wszystkie jej książki

    I polecam. Kazda jest inna,co powoduje,że czekam na następne. Czerwień to kryminal zaskakujący,bo z duzą iloscią postaci kobiet. Czerń uwielbiam!mocny,meski kawał kryminału. Ale dom który tanczy to moj faworyt!ale pewnie dla babek bardziej.piekny jezyk, trochę magii,legend magiczna książka. Czytajcie, potem oceniajcie

    • 10 8

  • Dlaczego

    Dlaczego artykuł o twórczości tej Pani pojawia sięśrednio raz na miesiąc ,przypadek ....?

    • 13 1

  • Stylizacje jak w Ameryce. (1)

    • 8 0

    • Co ty wiesz o Ameryce?

      • 1 4

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Rozrywka

Kontrowersje wokół działalności miejskiego artysty
Kontrowersyjna działalność artysty z Gdyni
Gdańszczanin w programie "Down the road"
Gdańszczanin w "Down the road"

Kulinaria

Ostry Cień Mgły i Forfiter. Odjechane nazwy dań z trójmiejskich lokali
Odjechane nazwy dań z trójmiejskich lokali
Obiady do domu. Zamów i spróbuj nowych rzeczy
Zamów obiady do domu

Sprawdź się

Pierwszą polską nazwą Muzeum Narodowego w Gdańsku było:

 

Najczęściej czytane