Wiadomości

stat

Hardcore'owy Szekspir w "Wiele hałasu o nic"

Spotkanie Don Pedro (debiutujący w Wybrzeżu Marek Tynda -  nz. pierwszy z prawej) - tutaj prawdziwego księcia nocy obnażonego do połowy, w czarnym skórzanym płaszczu - i jego gejowskich kompanów z rodziną Leonata, wygląda jak najazd Hunów na krainę miodem i mlekiem płynącą.
Spotkanie Don Pedro (debiutujący w Wybrzeżu Marek Tynda - nz. pierwszy z prawej) - tutaj prawdziwego księcia nocy obnażonego do połowy, w czarnym skórzanym płaszczu - i jego gejowskich kompanów z rodziną Leonata, wygląda jak najazd Hunów na krainę miodem i mlekiem płynącą. fot. Łukasz Unterschuetz

Najnowsza premiera Teatru Wybrzeże, "Wiele hałasu o nic", zaskakuje, może też zszokować. Robi dobre pierwsze wrażenie. Potem już tylko trwa, trwa i trwa.



Wydaje się, że tekst Szekspira jest prosty jak drut. On (Benedick) kocha ją (Beatrycze), ona kocha jego, ale oboje wolą toczyć pojedynki na słowa, niż wyznać sobie miłość. Związek Hero z Claudiem bazuje na namiętności mężczyzny oraz uległości i podporządkowaniu kobiety. Mimo intryg wszystko kończy się szczęśliwie, a obie pary trafiają przed ołtarz. Na poziomie fabuły to zwykły romans. Adam Orzechowski na kanwie tego dramatu buduje zupełnie inną historię.

Reżyser postanowił być "o krok przed Szekspirem". Każdą scenę wyostrzył, wydrenował z wszelkich pozytywnych elementów i zinterpretował w duchu teatru postdramatycznego. Oglądamy świat upodlony, splugawiony, zohydzony w każdym jego przejawie.

Już na poziomie scenografii (Magdalena Gajewska) coś jest nie tak - wielki romb parkietu ułożony na scenie kątem do widowni, w przeciwległym rogu zadarty jest do góry, jakby odstawał z podłogi. Ta nieprzystawalność z minuty na minutę się pogłębia. Nad aktorami wisi "żyrandol" zbudowany z setek mikrofonów, tworzących pogłos w "złowieszczych" kwestiach. Z parkietu wyrasta ukośna "wysepka" estradowej posadzki, a za nią pojawią się stojące, świecące wieloma barwami lampy. Tak wygląda przestrzeń kaźni, jaką reżyser zapewnia widzom.

Na tym tle widzimy świat pozbawiony uczuć, w którym przeważa upiorny katastrofizm. Już samo spotkanie Don Pedro (debiutujący w Wybrzeżu Marek Tynda) - tutaj prawdziwego księcia nocy obnażonego do połowy, w czarnym skórzanym płaszczu - i jego gejowskich kompanów z rodziną Leonata, wygląda jak najazd Hunów na krainę miodem i mlekiem płynącą. Don Pedro i jego świta są amoralni, rozerotyzowani, na zasadzie - "sex and fun" w wersji full. Ta homoerotyczna gromadka na dworze Leonata rozpoczyna kolejną zabawę, której ofiarami będą jego mieszkańcy.



Gdy Claudio (Łukasz Konopka) wyznaje księciu, że zakochał się w córce Leonata - ten obiecuje zdobyć dla niego jej rękę. Czyni to gwałcąc Hero (Emilia Komarnicka), a potem oddaje ją Claudiowi mówiąc zgodnie z tekstem: "chcę tylko nauczyć pisklęta śpiewu, a potem zwrócić je właścicielowi".

Kolejne kwestie między Claudiem a Hero także mają zupełnie niekomediowy wydźwięk. Claudio cedzi słowa podzięki przez zęby, a Hero milczy milczeniem zhańbionej kobiety. Intryga książęcego brata rozdzielająca tę parę jest w tej sytuacji dla Claudia zrzuceniem jarzma odpowiedzialności za swoje słowa. Również zarzut braku dziewictwa w scenie zaślubin nabiera dzięki temu zupełnie innego ciężaru. To najciekawszy wątek i pomysł inscenizacyjny tego spektaklu.

Pewnie wyszłaby Adamowi Orzechowskiemu odważna, kontrowersyjna inscenizacja, gdyby nie zdecydował się zatopić jej w banale najprostszych skojarzeń. Wyjątkowym kuriozum są sceny ze strażnikami. Ksiądz-konferansjer (Jarosław Tyrański) wykrzykuje do mikrofonu instrukcje dla książęcych strażników (jego odpowiednikiem w dramacie jest komendant straży), którymi są dwie medialne, emanujące sexem lalki. Nieudolne show, ubarwione nie wiadomo po co tandetnymi animacjami serafinów, migotliwym światłem i rockowymi przebojami, ma być zapewne pastiszem telewizyjnych widowisk. Jednak absurd i bezsens wejść "na żywo" przerywających depresyjne kwestie pozostałych postaci pozostają zagadką reżysera.

Postdramatyczny rodzaj teatru zaczerpnięty od Franka Castorfa zakłada, że ciągłość fabularna nie jest najważniejsza. Katastrofa nie może zakończyć się happy endem, więc reżyser kończy sztukę groteskowo i zupełnie inaczej niż Szekspir.

Pretekstowo potraktowany tekst dramatu niekiedy pomaga, ale przeważnie ciąży aktorom. Zbrukana Hero staje się postacią coraz bardziej groteskową. Nie wiadomo dlaczego zdeprawowani, pozbawieni zahamowań chłopcy księcia zaczynają nagle dbać o honor, przestrzegać zasad, które wcześniej świadomie łamali i skąd w nich pragnienie by się ustatkować.

Czemu Szekspir w interpretacji Orzechowskiego stał się brutalistą pokroju Marka Ravenhila, czy nawet Sary Kane? Przecież ich mięsiste, pełne agresji, seksu, przemocy i bólu egzystencjalnego teksty znacznie lepiej nadawałyby się do takich zabiegów. Parafrazując wybitnego szekspirologa Jana Kotta, "Szekspir jest jak gąbka, bo wchłania w siebie od razu całą współczesność". Szkoda, że współczesności w realizacji Adama Orzechowskiego nie udało się wchłonąć Szekspira.

Opinie (12) 5 zablokowanych

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Rozrywka

Miłość w czasach koronawirusa. Co z randkami w internecie?
Randkowanie w czasach koronawirusa

Kulinaria

Jedzenie na telefon: testujemy pizze, zupy i burgera
Jedzenie na telefon: testujemy dania
Zaglądamy do kuchni Olivia Star Top
Zaglądamy do kuchni Olivia Star Top

Sprawdź się

Pomysłodawcą Międzynarodowego Festiwalu Teatrów Plenerowych i Ulicznych FETA jest...?