• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Bardzo smutna katastrofa. O "Święcie Winkelrida. Rewii Narodowej" Teatru Wybrzeże

Łukasz Rudziński
11 czerwca 2018 (artykuł sprzed 4 lat) 
Opinie (24)
Widzów wchodzących na widownię "Święta Winkelrida. Rewii Narodowej", umieszczonej na Dużej Scenie, witają protestujący aktorzy. Widzów wchodzących na widownię "Święta Winkelrida. Rewii Narodowej", umieszczonej na Dużej Scenie, witają protestujący aktorzy.

Teatr Wybrzeże spektaklem "Święto Winkelrida. Rewia Narodowa" miał ambicję z humorem, ale dosadnie opowiedzieć o tematach ważnych. Jednak pełen kalek spektakl Marcina Libera, podobnie jak banalna, zgrana konstrukcja przedstawienia, zatrzymany jest na etapie próby, a całość balansuje na granicy kabaretu i kiczu, które co jakiś czas dzięki staraniom aktorów bywają przełamywane. Niestety, tylko na chwilę.



Wszystko zaczyna się we foyer. Do widzów zgromadzonych na pierwszym piętrze wychodzą aktorzy w barwnych i kiczowatych kostiumach teatralnych (przygotowanych przez Grupę Mixer). Przypominają w nich bohaterów z dworu Królowej Kier z "Alicji w Krainie Czarów": Burmistrz, jego żona, poeta, włóczędzy, halabardnicy - wszyscy oni wyglądają zabawnie i groteskowo podczas przemówienia Burmistrza witającego zgromadzonych na uroczystości gości.

Świętujemy właśnie 20. rocznicę bohaterskiego czynu Arnolda Winkelrida, który we własną pierś skierował włócznie wroga, torując drogę do wolności swojej ojczyzny. Dopiero później widzowie zajmują miejsca na widowni umieszczonej na scenie, przy akompaniamencie krzyczących i protestujących aktorów z transparentami typu: "Teatr Wyżebrze", "Miłość, Wolność", "Zbieram na odwagę", "Żądamy obietnic", "Aktorstwo to wielki zawód", "Wolne weekendy od teatru", "DeLIBERacja", "Dość poprawności politycznej".

Reżyser Marcin Liber i dramaturg Marcin Cecko postanowili wykreować na scenie swoje ironiczne alter ego (Marek Tynda - po prawej i Maciej Konopiński), tworząc "teatr w teatrze" - ukazując proces przygotowywania widowiska na cześć bohatera narodowego. Reżyser Marcin Liber i dramaturg Marcin Cecko postanowili wykreować na scenie swoje ironiczne alter ego (Marek Tynda - po prawej i Maciej Konopiński), tworząc "teatr w teatrze" - ukazując proces przygotowywania widowiska na cześć bohatera narodowego.
Zaraz potem okazuje się, że trafiliśmy na... próbę spektaklu teatralnego, którą prowadzą reżyser Martin i dramaturg Marten, nieprzypadkowo upozowani na duet reżysersko-dramaturgiczny przedstawienia: Marcia LiberaMarcina Ceckę. Obserwujemy twórców w procesie twórczym, usiłujących opanować grupę rozhisteryzowanych, skłóconych aktorów. Kwestię autotematyczne poświęcone doli aktorów, ich relacji z twórcami spektaklu i szereg zakulisowych działań, to kluczowe w wizji Libera i Cecki punkty odniesienia dla potraktowanej z przymrużeniem oka opowieści o bohaterze narodowym i symbolu lokalnej społeczności - tytułowym Winkelridzie.

Wśród masy poruszonych wątków "z życia artystów" znajdziemy m.in. przewrażliwienie na swoim punkcie i kompleksy (wejście Margaret), konflikt związany z wprowadzeniem "gościnnego" aktora do spektaklu (wątek Petera), kontekst społeczny - marzenia versus szara rzeczywistość i niskie zarobki nie wystarczające na godne życie (wypowiedź Alis). Zabawnie i udanie wypada rywalizacja o rolę Burmistrza pomiędzy trzema aktorami. W tym planie "teatru w teatrze" każdy z aktorów ma przypisany obcobrzmiący odpowiednik swojego imienia.

Tego typu odniesień i aluzji do sytuacji w teatrze, choćby w osobie przywoływanego dyrektora "Nasiona" podczas kolejnych wizyt ekipy technicznej, zabierającej próbującym stoły lub wnoszących elementy scenografii przygotowywanego widowiska - znajdziemy tu znacznie więcej. Innym piętrem odniesień, jakie serwują widzom twórcy, jest kontekst historyczny sztuki Jerzego Andrzejewskiego i Jerzego Zagórskiego i przywołanie za pomocą napisów czy głosów "z offu" spektaklu Kazimierza Dejmka z 1956 roku, w którym grał opowiadający o nim (w formie nagrania) nestor Teatru Wybrzeże Ryszard Ronczewski.

Oczywiście w teatrze reżyser z dramaturgiem zastali kryzys i manifestacje, które nie ułatwiają pracy nad widowiskiem.  Twórcy muszą więc zmierzyć się z mnóstwem komplikacji, podobnie jak w serialu "Artyści", z którego "zapożyczono" pomysł na przedstawienie. Oczywiście w teatrze reżyser z dramaturgiem zastali kryzys i manifestacje, które nie ułatwiają pracy nad widowiskiem.  Twórcy muszą więc zmierzyć się z mnóstwem komplikacji, podobnie jak w serialu "Artyści", z którego "zapożyczono" pomysł na przedstawienie.
Wreszcie, gdzieś w tle procesu powstawania spektaklu i aktorskich dylematów znajduje się motyw przewodni sztuki Andrzejewskiego i Zagórskiego, czyli historia bohatera wykreowanego na potrzeby bieżącej polityki oraz jego syna Konrada, który usiłuje odebrać ojcowiznę, czyli ziemię zagarniętą bezprawnie po śmierci Arnolda. Symbolicznie potraktowana łąka, którą chce odzyskać młody Winkelrid, stanowi pretekst do "intymnych" aktorskich wypowiedzi. Z kolei kafkowski motyw załatwiania sprawy urzędowej, przeniesiony w gdańskim spektaklu do gmachu teatru, wypada bodaj najbardziej przekonująco. To jednak wątek w gdańskim spektaklu zmarginalizowany, potraktowany prześmiewczo grubą groteską, podobnie jak cała fabuła "Śmierci Winkelrida".

Szczególną uwagę poświęcono pracownikom na co dzień nie występującym na scenie - garderobianej, charakteryzatorce, wspomnianej ekipie technicznej i przede wszystkim inspicjentowi (Jerzy Kosiła), włączanemu kilkakrotnie w przebieg spektaklu.

Jednak temu wybebeszeniu teatralnych szwów, autotematycznym zwierzeniom aktorów na zaaranżowanych przed widzami próbach i szczątkom tekstu Andrzejewskiego i Zagórskiego potraktowanym jako podbudowa osobliwego political fiction, towarzyszy zadziwiający chaos. Trudno wyłowić jakikolwiek sens z szyderczej fantazji Cecki i Libera na temat wystąpienia Polski z Unii Europejskiej, którego dwudziestą rocznicę (wraz z bohaterską śmiercią Winkelrida w walce z Unijnymi) w spektaklu przygotowywanym na naszych oczach się celebruje. W taki właśnie sposób przepisano tekst oryginału, w którym biedni szwajcarscy wieśniacy walczyli z wojskami carskimi. Podczas jednej z bitew w nierozważnej akcji życie stracił tytułowy Winkelrid.

Przed obchodami rocznicowymi, upamiętniającymi w gdańskim spektaklu rocznicę wystąpienia Polski z Unii Europejskiej, zjawia się syn bohatera, Konrad Winkelrid (w tej roli Piotr Chys, na zdjęciu najniżej). Przed obchodami rocznicowymi, upamiętniającymi w gdańskim spektaklu rocznicę wystąpienia Polski z Unii Europejskiej, zjawia się syn bohatera, Konrad Winkelrid (w tej roli Piotr Chys, na zdjęciu najniżej).
Oczywiście aktorom nie brakuje wiarygodności, gdy mówią o rozczarowaniu zawodem, niskimi płacami, cierpieniem wywołanym przedmiotowym traktowaniem czy brakiem uznania. Zapada w pamięć świetna tyrada Jacka Labijaka jako aktora drugiego planu z inicjatywą i pomysłem na siebie, brutalnie zgaszona przez dramaturga. Tak samo kończy się zaangażowanie Dżareda (Jarosław Tyrański). Ciekawy muzyczny wywód ma akompaniator spektaklu Michał Kowalski. Przekonujący w roli Petera i poety Gabriela jest Piotr Biedroń. Zgrabnie w rolę "nowego" w zespole aktorskim Pitera wchodzi Piotr Witkowski, czyli "krępy blondynek z Warszawy".

Z rolą Burmistrza z właściwą sobie swadą radzi sobie Grzegorz Gzyl. Bez zarzutu reżysera Martina i dramaturga Martena grają Marek TyndaMaciej Konopiński. Udany monolog narodowca-nacjonalisty ma Maggie Magdaleny Gorzelańczyk. W rolach z przygotowywanego spektaklu najciekawiej obok Gabriela prezentuje się Konrad Winkelrid grany przez Piotra Chysa, który swojego bohatera wyposaża w naiwność i szczerość, cechy obce w zdeprawowanym, zakłamanym i fałszywym światku aktorów przedstawienia. Konstrukcja spektaklu nie pozwala jednak aktorom zaistnieć na dłużej ani zbudować roli poza krótkim momentem ekspozycji.

Przekonujący w roli Petera i granej przez niego postaci Gabriela jest Piotr Biedroń. Jednak aktorzy nie mają zbyt wiele przestrzeni do tego, by zbudować swoje role. Przekonujący w roli Petera i granej przez niego postaci Gabriela jest Piotr Biedroń. Jednak aktorzy nie mają zbyt wiele przestrzeni do tego, by zbudować swoje role.
Natłok wątków przytłacza, sensy się rozmywają, a cały spektakl przypomina abstrakcyjny plac zabaw reżysera i dramaturga. Wielokrotnie płaszczyzny spektaklu nakładają się na siebie i trudno rozeznać, kto jest aktualnie kim w danym momencie. Wątki aktorskie i kwestie granych przez nich bohaterów połączone są wyjątkowo niechlujnie, a obraz całości co raz rozbijają nieoczekiwane dodatki w postaci sceny Nauczycielki (Małgorzata Brajner) z dziećmi, snu Pitera, czy protestu z zaklejonymi ustami, kojarzonego z konfliktem o Teatr Polski we Wrocławiu.

Spektakl przez cały pierwszy akt niemal pozbawiony jest scenografii - tę stanowi sama Duża Scena, prezentowana od zaplecza. Jedynie w drugim akcie szansę by się wykazać ma scenograf Mirek Kaczmarek. Również dzięki temu druga część jest dużo bardziej uteatralizowana, ale równie chaotyczna jak pierwsza odsłona spektaklu.

Twórcy wyraźnie inspirowali się serialem Pawła Demirskiego i Moniki Strzępki "Artyści" tworząc jego nieudolną wersję sceniczną. Spektakl sprawia wrażenie niedoreżyserowanego (niezrozumiałe kwestie kiwającego się chóru) i przeintelektualizowanego (nawiązania do polityki czy neoliberalizmu), pełnego abstrakcyjnych odniesień (wątek Ducha Ojca z konformistycznymi radami dla syna jako pastisz zjaw z "Wesela") bełkotu, z którego trudno wyłowić sens. Uderza wybiórcze i powierzchowne potraktowanie kluczowych tematów sztuki Andrzejewskiego i Zagórskiego zamienionych na prowadzoną w kabaretowym stylu zgrywę. Spektakl nie angażuje widza, a w ciągu trzech godzin trwania (m.in. przez uporczywe powtarzanie tych samych grepsów), zaczyna po prostu nudzić.

Choć paradoksalnie właśnie proces budowy ról obserwujemy podczas przestawienia, które twórcy potraktowali bardzo autotematycznie, ukazując teatr "od kulis". Na zdjęciu fragment próby z udziałem Pitera (Piotr Witkowski, po lewej), Czarlsa (Cezary Rybiński, w środku) oraz reżysera Martina (Marek Tynda). Choć paradoksalnie właśnie proces budowy ról obserwujemy podczas przestawienia, które twórcy potraktowali bardzo autotematycznie, ukazując teatr "od kulis". Na zdjęciu fragment próby z udziałem Pitera (Piotr Witkowski, po lewej), Czarlsa (Cezary Rybiński, w środku) oraz reżysera Martina (Marek Tynda).
Wszechobecna autoironia nie jest usprawiedliwieniem dla bełkotliwego przedstawienia, z którego warto zapamiętać kilka udanych aktorskich szarż i ogólną ideę, korespondującą z tekstem "Święta Winkelrida" - przestrogę poprzez kpinę, wyśmianie romantyzmu i romantycznego bohatera czy motyw kreowania polityki historycznej na zamówienie. To wszystko jednak rozpaczliwie mało, jak na skalę tematów i argumentów, po które sięga duet Liber-Cecko.

W przywoływanym dzięki osobie Ryszarda Ronczewskiego ważnym spektaklu Kazimierza Dejmka z 1956 roku chodziło o rozliczenie reżysera z fascynacji ideami komunizmu. O co chodziło reżyserowi "Święta Winkelrida. Rewii Narodowej" trudno stwierdzić. Być może o to, o czym dowiadujemy się po przerwie, gdy reżyser Martin mówi "Ja chyba zamarzam. Zamieniam się w pomnik". Może spektakl ma służyć odbrązowieniu artysty, być specyficzną formą detoksu? Szkoda tylko, że do tego eksperymentu posłużyli aktorzy Teatru Wybrzeże.

Spektakl

7.6
14 ocen

Święto Winkelrida. Rewia narodowa

spektakl dramatyczny

Miejsca

Opinie (24) 6 zablokowanych

  • syn biedronia w roli głównej!

    i kto mówił że się nie da? da się!

    • 8 21

  • "Wizja" reżysera. Nie ogarniam tych ludzi. Zamiast stworzyć jakieś dzieło, to

    dają popis swojej czasami dziwacznej fantazji. I wychodzi kicz.

    • 25 9

  • Jezu, choas chaosem pogania. Ludzie, nie idźcie na ten bełkot, szkoda czasu i kasy. (2)

    • 25 15

    • Czy teatr to jeszcze kultura czy... kompletny brak kultury? (1)

      To przykre, że - aby przedstawić swoje idee i emocje - trzeba użyć na scenie takiej ilości wulgaryzmów. Wydawało mi się, że idę do teatru, a nie pod budkę z piwem. I jeszcze karzą mi za to płacić. Czy język polski jest naprawdę tak ubogi, że ludzie kultury nie potrafią wyrazić myśli innymi słowami?

      • 3 1

      • Ortografia!

        Kulturalni ludzie wyrażając swoją opinię powinni nie robić błędów ortograficznych...
        Nawet, jeśli za bilety "karzą" (!) płacić, to nikogo nie zmuszają do ich zakupu i bywania w teatrze.

        • 1 0

  • swietny

    • 12 18

  • Równia pochyła

    Przykre.

    • 13 9

  • Porażka 100%

    ten teatr to dno, porażka, coraz gorzej

    • 15 14

  • Koszmarny kwartał trójmiejskich teatrów

    Czy to jakaś zmowa żeby robić chałę? Ostatnie produkcje to potwierdzają. W Teatrze Wybrzeże fatalne "Święto Winkelrida" i marny "Reset", w Miejskim w Gdyni bardzo słabe "Zabójstwo króla", w Muzycznym najgorszy musical od lat "Gorączka sobotniej nocy". Jedynym chlubnym wyjątkiem jest ostatni twór Opery Bałtyckiej, czyli "Orfeusz w piekle", który mimo ubogo brzmiącej orkiestry bardzo mi się podobał.
    Mam nadzieję, że ten kryzys twórczy zostanie szybko zażegnany i w nowy sezon wspomniane instytucje wkroczą z czymś naprawdę godnym uwagi.

    • 18 9

  • Świetny spektakl! To, że jest przedstawiony tak jednostronnie w złym świetle, nie świadczy chyba dobrze od redaktorze :( (4)

    Wstawiliście do recenzji artykułu słabe zdjęcia i mnóstwo narzekania.

    Zgodzę się, że dźwiękowo do dopracowania (w wielu wymiarach) - czasem z powodu mikroportów, czasem z powodu jeszcze słabego zgrania aktorów w scenach mówionych chórem albo mówienia w momentach gdy coś innego zagłusza tekst; to wszystko powoduje, że uciekają niektóre wątki, sensy i odniesienia.

    Spektakl na pewno nie dla każdego - dużo ironii, zabawa "teatrem w teatrze". Trzeba się do tego co nieco orientować w polskiej kulturze i sztuce oraz mieć szersze horyzonty wiedzy politycznej i historycznej niż tylko to co można usłyszeć i zobaczyć w radiu i telewizji.

    Słysząc idiotyczną dyskusję grupki starszych osób, które zamiast opuścić widownię blokowały przejście - nic sobie nie robiąc z oczekujących na przejście ludzi, można było wywnioskować, że oprócz braku kultury (dziwne że trafili do teatru na czas) nie mieli pojęcia o czym jest spektakl i poszczególne wątki :)

    Na szczęście były też osoby, które wszystko rozumiały a przy tym dobrze się bawiły, bo trzeba przyznać, że mimo dramatycznego wydźwięku spektaklu, było w nim jednak dużo humoru! :)

    Tak się złożyło, że byłem na spektaklu dwa razy i widać, że zespół potrzebuje jeszcze czasu aby się dobrze "zgrać", bo niektóre sceny były w punkt śmieszne za jednym razem, a za drugim już nie trafiały (inny rytm tekstu, intonacja itp.).

    Warto spektakl zobaczyć i ocenić samemu. Na pewno forma jest zaskakująca i nie jest nudno jak na "Nocy Iguany" albo "Płatonowie" :P

    • 19 16

    • byłeś na tym spektaklu 2 razy?!

      chyba KOwiec w zakładzie bilety na siłę wciskał

      • 4 2

    • nie widziałem nie odnoszę się do spektaklu ale do 'zasad' we współczesnym polskim teatrze (1)

      dlaczego aktorzy używają 'mikroportów'?

      jeśli ktoś nie ma głosu scenicznego, to może nie powinien występować w teatrze, kiedyś mikrofonów na scenie NIE było

      - bardzo dobrze to podsumował Seweryn (mniej więcej) - nawet szept można przedstawić na deskach tak, że jest słyszany w ostatnim rzędzie jako szept a nie jako krzyk

      • 2 0

      • niestety coraz częściej mikroporty są w teatrze

        Powody mogą być różne - są teatry, które rejestrują kamerami prawie każde wystawienie spektaklu - wtedy mikroporty są pomocne. Chociaż Teatr Wybrzeże chyba nie rejestruje każdego przebiegu.

        W tym spektaklu są też użyte pewne efekty dźwiękowe w niektórych momentach, które byłyby niemożliwe bez użycia jakiegoś mikrofonu, a czy jest to mikrofon podłączony do mikroportu czy też inny, to już pewnie reżyser zdecydował. Możliwe, że mogłoby się obyć z użyciem "zwykłego" mikrofonu dynamicznego w poszczególnych scenach, alby z podwieszonego mikrofonu z sufitu. Kto to wie? :) najważniejsze, żeby sobie poradzili z tą techniką na przyszłe wystawienia

        • 0 0

    • Aktorzy ratowali ten spektakl jak mogli.

      Konia z rzędem temu kto ogarnął wszystkie wątki i znalazł jakiś klucz w tym chaosie. Jaki sens miała np. recytacja kiwającego się chóru na końcu spektaklu ? Oświeć nas proszę. Do tego siedzienie 3 godziny na metalowych krzesłach na dusznej scenie w świetle lamp to była katorga.

      • 3 0

  • byłem, widziałem i z wieloma zdaniami autora się zgadzam, niestety....

    ... coś jest jednak na rzeczy, gdy Kazik śpiewa o oparach lepszych fajek czy o oparach wódki....

    .... chyba, że proza dnia codziennego jest taka, iż faktycznie biedni aktorzy z 3miasta i okolic, muszą w czymś takim występować, aby mieć na opłaty za czynsz i media, czy też móc sobie pozwolić na nienoszenie przez kilka dni tego samego biustonosza czy majtek....

    ....przykra spawa....

    • 13 9

  • Eee tam Marudzenie! mi sie podobało. Otaczający nas chaos wpisany jest w przesłanie sztuki, a redaktor sam sie pogubił

    Sztuka inna niż wszystkie, co nie znaczy ze trzeba od razu marudzić.

    • 16 10

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Festiwal Książki Psychologicznej

Do DNA

wystawa

Pobożni i cnotliwi. Dawni gdańszczanie w zwierciadle sztuki

wystawa

Sprawdź się

Sprawdź się

Która spośród oper, prezentowanych w ostatnich latach w Gdańsku, pokazana została premierowo w 1950 roku i jest uważana za początek działalności Opery Bałtyckiej?