Trójmiasto od lat 50. stanowi jedno z najważniejszych miejsc na jazzowej mapie Polski. Muzycy, organizatorzy imprez, fani jazzu, dziennikarze, publicyści - wszyscy oni tworzą tzw. jazzowisko. Taki sam tytuł ma księga autorstwa Stanisława Danielewicza opisująca historię jazzu w Trójmieście w latach 1945-2010.
"Jazzowisko" to opasły tom, w którym autor na ponad siedmiuset stronach szczegółowo opisuje, rok po roku, dzieje bohaterów trójmiejskiego jazzu. Zaczyna w sposób zaskakujący, we wstępie utyskując na fatum, które rzekomo wisi nad tutejszym środowiskiem. Według Stanisława Danielewicza wkład trójmiejskich jazzmanów w rozwój polskiej muzyki nie został dotąd należycie odnotowany. Według niego autorzy dotychczasowych publikacji na temat jazzu koncentrowali się na muzykach warszawskich, pomijając trójmiejskich. "Jazzowisko" ma te luki uzupełnić i oddać należyty hołd takim muzykom, jak Włodzimierz Nahorny, Helmut Nadolski, Eryk Kulm czy Andrzej Przybielski.
Danielewicz przywołuje także kulisy pracy organizatorów, managerów kultury i dziennikarzy. To w Sopocie za sprawą Leopolda Tyrmanda zorganizowano pierwsze powojenne polskie festiwale jazzowe. To w Gdańsku powstał miesięcznik "Jazz". W całej Polsce słynne były kluby Żak i Rudy Kot, w których w latach 50. i 60. przy jazzie można było przetańczyć całą noc.
Początki, jak to zwykle bywa z początkami, były trudne. Po I Festiwalu Jazzowym w Sopocie Jerzy Milian, który przyjechał z kwartetem Krzysztofa Komedy, wspominał: "Jakaż siła musiała być w tym festiwalu, skoro fani i my czasami też jedliśmy suchy chleb i pomidory. Wielu spało pod gołym niebem albo w koszach".
Prasa nie szczędziła wówczas słów krytyki, opisując fanów jazzu jako chuliganów, a ich zachowanie jako chamskie. Czasy to były egzotyczne, o czym może świadczyć skandal, jaki wywołali Bobek Kobiela i Zbyszek Cybulski. Aktorzy teatrzyku "Bim-Bom" przynieśli cztery mini-transparenty, każdy z jedną tylko literą, które układały się w obraźliwy dla systemu napis DUPA. Dzisiaj żaden dziennikarz, ani polityk nie zwróciłby na nich uwagi.
To nie jest książka, którą czyta się od deski do deski. Raczej kompendium wiedzy, do którego można sięgać w razie ochoty lub potrzeby. "Jazzowisko" potrafi odstraszyć nadmiernym przywiązaniem do szczegółów. Litanie nazwisk i dat pomogą jednak tym, którzy lubią wszystko mieć poukładane. Jeśli komuś obce jest zacięcie historyczne, może takie fragmenty przeskoczyć i wybrać się śmiało na połów anegdot i ciekawostek, od których w książce aż się roi.
Dzięki Danielewiczowi możemy się na przykład dowiedzieć, jakim wyzwaniem dla Anglików z zespołu Dave'a Burmana był przyjazd do Polski w 1956 roku. Brytyjskie władze solennie ostrzegały, że za żelazną kurtyną nie mają nic do gadania i nie będą w stanie pomóc muzykom, gdyby komuniści odmówili im powrotu do kraju.
W innych rozdziałach autor opisuje reakcje przechodniów, gdy Helmut Nadolski grał w Sopocie hejnał za kwadrans dwunasta oraz z czego składały się tzw. "refreshing drinks", które Dave Liebman przyjmował podczas jam sessions po koncercie w ramach Gdynia Summer Jazz Days.
Jest też w książce oczywiście rozdział poświęcony temu, co w trójmiejskim jazzie bardziej aktualne: Tymańskiemu, Trzasce, Możdżerowi, Jaskułke, Wojtczakowi, Sikale, braciom Mazolewskim i wielu innym.
Jako że święta za pasem, chyba nie trzeba dodawać, że "Jazzowisko" to świetny kandydat na prezent pod choinkę dla fanów muzyki improwizowanej. Stanisław Danielewicz, były publicysta "Dziennika Bałtyckiego" i korespondent "New Musical Express", pisząc "Jazzowisko" wykonał pracę godną Herkulesa tej improwizowanej historii. Czapki z głów.





















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.