Reżyserka Ewa Ignaczak rzuca Elektrę w objęcia szaleństwa i jednocześnie usiłuje wytłumaczyć jej motywacje i cierpienie na szereg różnych sposobów. Jednak spektakl "Obywatelka El" Teatru Stajnia Pegaza, chociaż mówi o ważnych sprawach, pozostaje nieczytelny i przekrzyczany.
Właściwe przedstawienie rozpoczyna się od... gdakania. Trzyosobowy chór kur, z piórami lub irokezem na głowach, znajduje się z boku po stronie widowni, Przedziwne nawiązuje do antycznego chóru to nie jedyne kurze akcenty. Dramat rozgrywający się pomiędzy Elektrą a jej siostrą Chrysotemis, również przerywany jest co jakiś czas przez głośne "ko, ko, ko", czy "kukuryku" dzielnego koguta, w którego co jakiś czas "wciela się" Piotr Srebrowski. Ten kurzy bełkot odbiera moc i powagę słowom Elektry, choć ta, gdy mówi o bólu, o hańbie, o planowanej zemście na matce za ojcobójstwo, ma ochotę wykrzyczeć swoje cierpienie każdemu prosto w twarz. Tym bardziej, że jej rodzeństwo, Chrysotemis i Orest, nieszczególnie się jej postawą przejmują.
Niespecjalnie mamy jednak szansę zapoznać się z racjami Elektry, bo spektakl "Obywatelka El" podejrzanie przypomina przegląd wszystkich możliwych pomysłów, jakie wpadły realizatorom do głowy. Każdy z zespołu aktorskiego gra inaczej - zadziorna, wręcz agresywna Chrysotemis Aleksandry Kani wygląda jak dziewczyna z blokowiska, zaś Piotr Srebrowski (jako Orest i informujący o jego śmierci posłaniec) to postać raz czysto groteskowa, innym razem na wskroś antyczna. Na ich tle nieobecna, zanurzona we własnym bólu i wiecznie spazmująca Elektra Beaty Szreder wygląda momentami wręcz kuriozalnie.
Wszystko zaś rozgrywa się w ascetycznej scenografii - nie-scenografii, składającej się z kilku różnej wielkości podestów i trzech drewnianych taboretów oraz kilku rekwizytów. Aktorzy grają raz serio, raz groteskowo, ciągle wchodzą sobie w słowo, wypowiadają niektóre kwestie równocześnie, wychodzą z roli, przekrzykują się, a w pewnym momencie Chrysotemis ogłasza, że idzie na "siusiu". Co raz słyszymy też mniej lub bardziej chóralne gdakanie.
Osobliwy pomysł Ewy Ignaczak kompletnie nie zdaje egzaminu nie tylko z powodu gigantycznego przeładowania formy nad treścią. Fatalnie prezentuje się manieryczna do granic wytrzymałości, ciągle przejęta, nadekspresyjna Elektra Beaty Szreder. Nieco lepsza jest konsekwentna, nieskomplikowana rola Aleksandry Kani. Jedynie Piotr Srebrowski budzi zaciekawienie - choć ma do wygrania najmniejsze epizody i raczej znajduje się w tle akcji niż w jej głównym nurcie, to właśnie momenty, gdy bierze czynny udział w spektaklu (o ile akurat nie gra koguta) należą do najlepszych w całym przedstawieniu.
W najlepszej scenie "Obywatelki El" znika cały inscenizacyjny zgiełk. Srebrowski sugestywnie, za pomocą kilku słoików obwiązanych sznurkami, przy pomysłowym akompaniamencie Kani, relacjonuje ostatnie chwile Oresta. Rozrzucona na setki kawałków układanka na ten jeden moment składa się w błyskotliwą całość. Szkoda, że Ewa Ignaczak nie zaplanowała takich momentów więcej. Bez szumu, hałasu wokół spazmującej Elektry wyłonił się zupełnie inny obraz "Obywatelki El". Udany jest również drastyczny finał, po którym słyszymy komentarz do spektaklu, w słowach ponadczasowej piosenki Czesława Niemena "Dziwny jest ten świat".
Świat nowego spektaklu Teatru Stajnia Pegaza jest istotnie bardzo dziwny. Szkoda, że wspaniały tekst tragedii Sofoklesa przykryty jest tak rozbudowaną, chaotyczną inscenizacyjnie całością, bo mam wrażenie, że realizatorom umknęło w natłoku pomysłów coś ważnego. A Elektra pozostała zamknięta w kurniku.

















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.