mat. prasowe
Garrick Ohlsson, artysta który w swoim repertuarze ma wszystkie dzieła Chopina, siedząc na scenie jest władcą emocji publiczności
Za nami główna część obchodów 200. rocznicy urodzin Fryderyka Chopina. Chociaż to wciąż dopiero początek roku jubileuszowego i czeka nas jeszcze wiele znakomitych koncertów, to nie da się nie zauważyć, że ostatnie dwa tygodnie były czasem wyjątkowym - ze względu zarówno na poziom wydarzeń, jak i ich liczbę.
Wśród koncertów skupionych na jednym instrumencie - fortepianie - ciężko mówić o zróżnicowaniu, a jednak program obchodów został tak skonstruowany, żeby nikt nie poczuł się znużony. Były koncerty zarówno artystów młodych (Georgy Voylochnikov), jak i doświadczonych (Kevin Kenner), był znakomity koncert Chopina na instrumentach z epoki, były wystawy i czytanie poezji. Twórczemu kolorytowi przysłużyły się nawet różnice w klasie poszczególnych wykonań - rozpoczęło się od niespecjalnie udanego recitalu Dmitrija Gordina, wspaniałym zakończeniem urodzin Chopina był zaś koncert Garricka Ohlssona.
Pierwszą, pozamuzyczną jeszcze radość, przyniosła decyzja organizatorów, by przenieść recital z Sali Kameralnej do Sali Koncertowej i fakt, że publiczność po raz kolejny wypełniła prawie całe audytorium. Jeśli ilość słuchaczy zaczyna decydować o zmianie miejsca występu na większy, to znak, że zaczynają zachodzić przełomowe dla trójmiejskiego życia muzycznego zmiany, dodatkowo zaś słuchacze ci, przychodząc tłumnie na solowy recital (i to w środku tygodnia) udowodniają, że znają się na rzeczy.
Garrick Ohlsson bowiem, choć jego występ anonsowany był tak jak każdy inny, jest artystą z najwyższej światowej półki i o ile w przypadku innych występujących tu (również znakomitych!) solistów, koncerty w prestiżowych salach czy ze znanymi orkiestrami są pojedynczymi i bardzo eksponowanymi wyróżnieniami, o tyle dla Amerykanina przez przeszło 40 lat kariery były chlebem powszednim.
Artysta ma w swoim repertuarze wszystkie (!) dzieła Chopina, na gdańskim koncercie zaprezentował zaś Impromptu Fis-dur op. 36, Balladę As-dur op. 47, Fantazję f-moll op. 49, Nokturny z op. 27 i 9, Scherzo cis-moll op. 39 oraz Sonatę b-moll op. 35.
Jego interpretacje były zniewalające - pełne liryzmu, ale dalekie od egzaltacji; często ekstrawaganckie, ale nigdy nie pretensjonalne. Ohlsson należy do zanikającego już powoli gatunku starych mistrzów, w których grze odczuwa się pogardę dla emocjonalnego ekshibicjonizmu - to nie on ma się wzruszać, śmiać się, czy bać. On siedząc na scenie jest władcą emocji publiczności, to publiczność właśnie ma najsilniej przeżywać jego interpretacje i tak też było na Ołowiance.
Każdy zabieg stylistyczny zrealizowany przez niemal nieporuszonego przy fortepianie Amerykanina, każda fraza, każde rubato, każda pauza, a nawet przestrzenie pomiędzy utworami, były kreacjami, które, wraz z upływem recitalu, coraz silniej pochłaniały słuchaczy. Koncert zakończył się oczywiście owacją na stojąco i czterema bisami, a publiczność wyraźnie posłuchałaby ich jeszcze wiele, ale Ohlsson zamknął swój recital spokojnym Preludium A-dur op. 28, dając do zrozumienia, że pora wracać do domu. Publiczność to uszanowała i myślę, że podobnie jak ja, wszyscy wyszli z Filharmonii z miłym uczuciem słodkiego niedosytu.




















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.