Rynek we Wrzeszczu jak pudełko czekoladek

artykuł historyczny
Kilka dekad temu targowisko we Wrzeszczu było miejscem magicznym - można tam było spełnić marzenia o posiadaniu modnych ubrań, elektronicznych gadżetów, kupić pirackie nagrania, a czasem po prostu delektować się pochodzącym z zagranicy "luksusem".
Kilka dekad temu targowisko we Wrzeszczu było miejscem magicznym - można tam było spełnić marzenia o posiadaniu modnych ubrań, elektronicznych gadżetów, kupić pirackie nagrania, a czasem po prostu delektować się pochodzącym z zagranicy "luksusem". fot. Michał Szymański / http://blog.szymanskich.net

Szczeniaki z kartonów, meble, dywany, źle uszyte dżinsy, pirackie kasety (również z filmami dla dorosłych), a nawet elektronika czy krany - jeszcze kilka dekad temu na targowisku we WrzeszczuMapka przy ul. Wyspiańskiego, zwanym potocznie rynkiem, można było kupić wszystko. Handlarze wystawiali swoje towary na czym się dało, nawet na kartonach czy składanych łóżkach. W czasie deszczu brodziło się w błocie po kostki, ale zakupy miały swój urok. Dla wielu też wizyta na wrzeszczańskim rynku była okazją do rozrywki i formą zabicia wolnego czasu.



Więcej takich historii znajdziesz naszym cyklu "Czy to pamiętasz?"



Czy robiłe(a)ś kiedykolwiek zakupy na Rynku we Wrzeszczu?

tak, wielokrotnie 80%
tak, ale tylko wtedy, kiedy było to absolutnie konieczne 10%
nie, ale jeśli będę miał(a) okazję, chętnie tam zajrzę 3%
nie i nie planuję - nie lubię takich miejsc 3%
nie, bo nie miałe(a)m i nie mam takiej możliwości 4%
zakończona Łącznie głosów: 1574
Dziś jest to po prostu plac ze straganami, gdzie lubi się zaopatrywać, głównie z sentymentu i przyzwyczajenia, szczególnie starsze pokolenie. Młodsi wybierają tradycyjne sklepy czy galerie handlowe. Jeszcze kilka dekad temu targowisko we Wrzeszczu było jednak miejscem magicznym - można tam było spełnić marzenia o posiadaniu modnych ubrań, elektronicznych gadżetów, kupić pirackie nagrania ulubionych zespołów, niedostępne w regularnej (i legalnej) sprzedaży, a czasem po prostu delektować się obcowaniem z pochodzącym z zagranicy "luksusem". To do tych czasów wczesnego kapitalizmu bywalcy wrzeszczańskiego rynku w swoich wspomnieniach wracają najczęściej. I są to z reguły wyłącznie miłe wspomnienia.

Każda dzielnica powinna mieć swój rynek



Geneza wielu inwestycji leży w potrzebach, a w odbudowywanym po wojnie Gdańsku oczywistym wydawał się fakt, że należy stworzyć mieszkańcom miejsce, w którym będą mogli zaopatrywać się nie tylko w jedzenie. Nie inaczej było w przypadku Wrzeszcza.

- Pierwsze, niejako spontanicznie zorganizowane targowisko we Wrzeszczu urządzono jeszcze w 1945 roku na placu Wybickiego (który przed wojną nazywał się Neu Markt, czyli Nowy Rynek, ale nigdy takiej funkcji nie pełnił) - pisze na swojej stronie internetowej Jarek Wasielewski, badacz i popularyzator historii Wrzeszcza. - Wkrótce władze urządziły bardziej cywilizowane targowisko na niezabudowanym terenie między ul. Gołębią i Kilińskiego. Położone nieco na uboczu ono także wkrótce przestało wystarczać. W 1949 roku postanowiono więc urządzić targowisko miejskie z prawdziwego zdarzenia.
Wybór padł na niezabudowany plac przy ul. Wyspiańskiego, róg ul. BiałejMapka, tuż przy nasypie kolejowym.

- Plac ogrodzono, wybrukowano i przeniesiono na niego część stoisk z ul. Gołębiej - opowiada Jarek Wasielewski. - Targowisko oddano do użytku w dniach 25-26 kwietnia 1950 roku. Z czasem zbudowano na nim także nowe stoiska. Jak podkreślał "Dziennik Bałtycki": "Przeniesienie targowiska z peryferii do śródmieścia (sic!) dla wielu mieszkańców skróci drogę na targ o 2 km". Kilka miesięcy po otwarciu okazało się, że nowe targowisko "załapie się" na plan 6-letni, w ramach którego zostanie rozbudowane - łącznie działać tam miało 180 stoisk (w tym 30 rybnych) i 190 straganów warzywnych. Targowisko zostało także skanalizowane i wyposażone w urządzenia sanitarne.

Aktualna lista targowisk w Trójmieście



Po latach nieposiadania niczego łatwiej cieszyć się czymkolwiek



Dziś, kiedy mamy łatwy dostęp do wszystkiego, trudno sobie wyobrazić, że jeszcze w latach 80. półki sklepowe (dosłownie!) świeciły pustkami. Kiedy trafiało się na dostawę, brało się to, co było - nie było czasu na zastanawianie się nad tym, czy to na pewno nasz rozmiar, czy kolor się podoba, czy dywan bądź meble pasują. Już samo upolowanie fantów było sukcesem - korzystanie z tego to kwestia kreatywnych przeróbek. Aż tu nagle, po upadku w Polsce komunizmu, na rynkach zaczęli pojawiać się handlarze, których oferta przyprawiała ówczesnych nabywców o zawrót głowy.

- Starsi czytelnicy doskonale to pamiętają, ale młodszym warto dopowiedzieć: początek lat 90. to były czasu dzikiego, huraganowego wręcz kapitalizmu - przypomina Jarek Wasielewski, badacz i popularyzator historii Wrzeszcza. - Nagle można było kupić wszystko i wszędzie, od rzeczy potrzebnych po zupełnie kuriozalne. Kwitł handel uliczny, często taki prowadzony prosto z bagażnika samochodu, ale największym chyba powodzeniem cieszyły się miejskie targowiska. Piesze wycieczki na Rynek (tak, wielką literą, bo to funkcjonowało jak nazwa własna) przy ul. Wyspiańskiego były obowiązkowym punktem w rozkładzie tygodnia chyba każdego dzieciaka mieszkającego w Dolnym Wrzeszczu (a i w Górnym pewnie też).
Zobacz też: Kultowe rzeczy z lat 90. Pamiętasz je?

Kasety Roxette, szczeniaki w kartonach i kiszona kapusta prosto z beczki



Wrzeszczański Rynek w latach 90. był nie tylko miejscem, gdzie się handlowało, ale także jedną z największych lokalnych atrakcji.

- Handel odbywał się trzy dni w tygodniu: we wtorki, w piątki oraz w niedziele - i zaryzykuję stwierdzenie, że to w niedziele panował tam największy tłok - wspomina Jarek Wasielewski. - Szło się tam zaraz po mszy - albo zamiast niej. Nawet nie tyle, by cokolwiek kupić, ale by sobie pooglądać. Jako że byłem wtedy dzieckiem - dzieckiem dosyć specyficznym, dodajmy - to największe wrażenie robiły na mnie trzy rzeczy. Po pierwsze: pirackie kasety magnetofonowe (Roxette!) w ilościach przekraczających wyobraźnię oraz swego rodzaju giełda kaset VHS, którymi się wymieniano (kino kopane, pierwszy "Jurassic Park", no i oczywiście "Terminator 2"). Po drugie: szczeniaki oddawane za jakieś symboliczne kwoty - albo i za darmo - prosto z kartonów. Do wyboru, do koloru. Po trzecie: kapusta kiszona sprzedawana prosto z ogromnych beczek (żadna nie smakuje jak tamta!).
W drugiej połowie lat 80. ogromną popularnością cieszyły się pirackie nagrania filmów na kasetach VHS.
W drugiej połowie lat 80. ogromną popularnością cieszyły się pirackie nagrania filmów na kasetach VHS. fot. Wojciech Wolański
Na Rynku panowała atmosfera jarmarku, permanentnego odpustu, który co chwila zaczynał się od nowa albo raczej nigdy się nie kończył. Ten tłok przyciągał oczywiście szemrane towarzystwo: kieszonkowców, podejrzanych obywateli dawnego Związku Radzieckiego, których zdradzało złote uzębienie, oraz amatorów gry w trzy kubki.

- Dałem się oskubać tym oszustom. To był rok 1990, miałem 15 lat, sprzedałem właśnie na rynku swoje książki, które już nie mieściły mi się na półce. No i mnie podkusiło, oczywiście przegrałem. Potem jeszcze wielokrotnie obserwowałem tych cwaniaków i szybko rozgryzłem cały mechanizm, z podstawionym tłumem, podstawionymi zwycięzcami, sztucznym tłokiem i sztucznymi emocjami. Nie mieli skrupułów, kroili wszystkich, od dzieciaków po emerytów. Ale z rynkiem we Wrzeszczu mam wiele pozytywnych wspomnień. Tam kupiłem swoje pierwsze spodnie marki Levi's, które okazały się Livesami. Tam kupowałem sprzęt wędkarski, na który później łowiłem grube ryby. Tam też edukowałem się muzycznie i filmowo, jak nie miałem pieniędzy na nowe kasety, to nie było problemem się wymienić. Nie bez znaczenia był też fakt, że na rynku można było po prostu spotkać fajnych ludzi, pogadać i kreatywnie spędzić czas - mówi Tomasz, mieszkaniec Moreny.
- Była jeszcze lodziarnia - a właściwie dwie lodziarnie: jedna, zaraz koło Rynku (Eskimo, działa do dziś) oraz druga, dla odróżnienia nazwana zdaje się Eskimos, w budynku stojącym w narożniku Rynku, przy skrzyżowaniu ulic Wyspiańskiego i Białej (obecnie działa tam pizzeria Na Okrągło) - dodaje Jarek Wasielewski. - Jak już byłem trochę starszy, to na rynek przychodziłem po źle uszyte dżinsy i za duże T-shirty, sprzedawane przez azjatyckich handlarzy z ogromnych kartonowych pudeł, oraz po sportowe obuwie marki Abibas albo Rebook. Pod koniec podstawówki przestałem jednak tam przychodzić. Ścieżki wydeptały mi się gdzie indziej. Targowisko przy ul. Wyspiańskiego traktuję - pewnie niesłusznie i niesprawiedliwie, bo przecież dziś to jest zupełnie inne miejsce - jako taki skansen z czasów wczesnego dzieciństwa.
Zobacz też: Polska gastronomia cofnęła się o sto lat. I jest to powód do dumy!

Z biegiem lat uwspółcześniła się nie tylko infrastruktura Rynku we Wrzeszczu, ale i asortyment. Już w 2013 r. (na zdj.) oprócz tradycyjnej kapusty kiszonej z beczki mogliśmy kupić też tę produkowaną komercyjnie, w plastikowych wiaderkach.
Z biegiem lat uwspółcześniła się nie tylko infrastruktura Rynku we Wrzeszczu, ale i asortyment. Już w 2013 r. (na zdj.) oprócz tradycyjnej kapusty kiszonej z beczki mogliśmy kupić też tę produkowaną komercyjnie, w plastikowych wiaderkach. fot. Łukasz Unterschuetz/Trojmiasto.pl

Zakupowy raj z własnym radiowęzłem



Krzysztof, mieszkaniec Wrzeszcza, "od zawsze" - podobnie jak Jarek Wasielewski - targowisko przy ul. Białej i Wyspiańskiego pamięta przez pryzmat dzieciństwa lat 90., czyli wyjątkowego barwnego okresu handlu.

- Szczególnie pamiętam stoiska z kartridżami do konsol telewizyjnych, zegarkami na rękę (w tym hit tamtych lat - z wbudowanym kalkulatorem!), kasetami magnetofonowymi, a nieco później także płytami CD i telefonami komórkowymi. Sporo było też tzw. chińszczyzny, w tym popularnych wówczas radioodbiorników na baterie czy budzików z radiem - opowiada Krzysztof. - Nad stoiskami unosiły się zawsze opary smażonej kiełbasy, które w upalne dni przyprawiały o mdłości - szczególnie, gdy mieszały się ze specyficznym zapachem stoiska rybnego. Gdy jakimś cudem nie udało się tutaj znaleźć pożądanego towaru, pozostawał spacer do PeDeT-u, przekształconego w dom towarowy "Centrum", "Sezamu" lub po prostu do jednego z wielu sklepów w parterach al. Grunwaldzkiej, nim ta przekształciła się we współczesną ulicę z bankami, aptekami i sklepami z zielonym płazem w logo.
- Targ we Wrzeszczu był, parafrazując Forresta Gumpa, jak pudełko czekoladek - nigdy nie wiedzieliśmy, na co tam trafimy. Zawsze jednak trafiało się na coś niesamowitego, co było dla młodego człowieka jak wygrana na loterii - opowiada Rafał, do niedawna mieszkający we Wrzeszczu. - Można tam było kupić dosłownie wszystko, od jedzenia po wyposażenie wnętrz (krany!) i mnóstwo gadżetów, których nikt nie potrzebował, ale każdy koniecznie musiał mieć. Wtedy mnie to nie dziwiło, ale dziś się zastanawiam, co oni robili z wystawionymi tam meblami, szczególnie tapicerowanymi, kiedy spadł deszcz. Przecież nie były w żaden sposób osłonięte, a zabezpieczyć nie było jak. Pamiętam też te prowizoryczne przymierzalnie, za niedbale zawieszoną kotarą. Spróbujcie sobie wyobrazić, jaki to był standard zakupów, kiedy mierzyło się spodnie zimą, w prowizorycznym namiocie, brodząc po kostki w brei powstałej po rozdeptanym śniegu.
Targ we Wrzeszczu miał też własny radiowęzeł, którym zarządzał lektor o tak charakterystycznym głosie, że do tej pory nie da się wygłaszanych przez niego komunikatów wyprzeć z pamięci.

- Ten radiowęzeł szczególnie utkwił mi w pamięci - wspomina Rafał. - Z zamocowanych na słupach głośników były emitowane reklamy. Nie były to jednak profesjonalnie przygotowane spoty, które można usłyszeć w radiu, a proste komunikaty, odczytywane zawsze przez tego samego mężczyznę - zapewne na żywo, z kartki, które składały się zazwyczaj z nazwy reklamowanego zakładu, krótkiej zachęty oraz adresu i telefonu. Brzmiało to niczym nawoływanie handlarza zachęcającego przechodniów do zakupów czy popisy wodzireja na weselu. Do dziś pamiętam, że często reklamował się w ten sposób zakład tapicerski z al. Hallera we Wrzeszczu.

Kolebka młodych biznesmenów



Na Rynku we Wrzeszczu można było kupić wszystko. Nie wszyscy jednak mogli na nim osobiście zrobić zakupy, co wykorzystywały wschodzące gwiazdy biznesu.

- W latach 90. jeździłem na rynek we Wrzeszczu po bluzy i koszulki - wspomina Michał, hodowca drobiu z okolic Trójmiasta. - Znajomi Ormianie sprzedawali "oryginalne" Nike, adidasy etc. po okazyjnych cenach. Opychałem je na gdańskim Chełmie z przebitką 100-200 proc. Zarabiałem miesięcznie więcej niż moja mama na niezłym stanowisku w banku. Plus był jeszcze jeden - mogłem liczyć na pomoc miłych Ormian w razie jakiegokolwiek "przypału na dzielni".
Każdy miał również możliwość wcielić się w rolę sprzedawców.

- Mój ojciec pracował wówczas jako marynarz i przywoził mnóstwo rzeczy, które następnie wspólnie z siostrą sprzedawałyśmy na tym Rynku, żeby mieć kasę na to, na co rodzice nam jej nie chcieli dawać - opowiada Martyna. - Nikomu nie przeszkadzało to, że dobijają targu z nastolatkami, nikt nie pytał, skąd mamy sprzedawane rzeczy. Równie dobrze mogłybyśmy wyprzedać rodzicom pół mieszkania i nikt nie zwróciłby na to uwagi. No może poza rodzicami.

Tamte czasy już nie wrócą, ale sentyment pozostanie



Lata mijają, a Rynek we Wrzeszczu funkcjonuje dalej. Klienci jednak z czasem zaczęli korzystać z oferty podobnych miejsc, które oferują wyższe standardy obsługi.

- W moim rodzinnym domu rynek przy ul. Białej zawsze przegrywał z al. Grunwaldzką, a w szczególności z Manhattanem, który w latach 90. przekształcił się w murowane i drewniane budki - opowiada Krzysztof. - Tuż obok znajdowała się też namiastka współczesnych galerii handlowych, czyli centra handlowe Sukces i Sukces Bis, oraz jeden z pierwszych w Trójmieście McDonaldów.
Zobacz też: Dom Kupca - zapomniana świątynia handlu we Wrzeszczu

Współczesny Rynek we Wrzeszczu nie jest już tak barwnym miejscem, jakim był kilka dekad temu.

- Zajrzałem tam niedawno i przyznam, że byłem zaskoczony - zupełnie nie przypomina tego, co pamiętam z lat 90. - opowiada Jarek Wasielewski. - Handel odbywa się przez cały tydzień w pawilonach i pod zadaszeniem, natomiast na otwartym placu - we wtorki, piątki i niedziele.
Tym, którzy pamiętają złote lata wrzeszczańskiego Rynku, pozostają wspomnienia:

- To było miejsce, w którym panował chaos, przymierzanie ubrań zimą było drogą przez mękę, po okolicy kręciło się szemrane towarzystwo, a standardów higieny praktycznie nie przestrzegano. O tym jednak nikt nie chce pamiętać, bo jest tak wiele pięknych wspomnień, że to na nich się koncentrujemy - opowiada Rafał. - Rynek we Wrzeszczu to ekscytacja z upolowania czegoś, na zdobycie czego nie było szans, to zapachy, które mam w pamięci do dziś. Każda wizyta w tym miejscu przypominała otwieranie pudełka z niespodzianką. Wierzyć się nie chce, że zwyczajne zakupy, w dodatku produktów ocierających się o tandetę, w mało komfortowych warunkach, potrafiły wzbudzać tak wielkie emocje, że nawet teraz, wspominając je po tak wielu latach, łezka kręci się w oku.
A wy jakie macie wspomnienia z rynkiem we Wrzeszczu oraz z innymi targowiskami? Podzielcie się nimi w komentarzach.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (207)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Legenda Radmoru - wystawa
Legenda Radmoru - wystawa
wystawa
lis'20 7-29.08
Gdynia, Muzeum Miasta Gdyni
Był sobie łowca - opowieść o ludziach epoki lodowcowej
Był sobie łowca - opowieść o ludziach...
wystawa
lut 12-30.06
Sopot, Grodzisko
Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 11:00 - 18:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie

Sprawdź się

Sprawdź się

Najdłużej panującym dyrektorem teatru instytucjonalnego w Trójmieście jest...