• Kino
  • Mapa
  • Ogłoszenia
  • Forum
  • Komunikacja
  • Raport
Skopiowano

Otwarcie Sceny Letniej w Orłowie bez fajerwerków

Łukasz Rudziński
26 czerwca 2022, godz. 07:00 
Opinie (40)
W spektaklu Teatru Miejskiego w Gdyni, inaugurującym tegoroczną Scenę Letnią w Orłowie, podziwiamy barwne stroje, dzieci kwiaty, rozmaitych ekscentryków i hasła, dzięki którym rozkwitł ruch hippisowski. W spektaklu Teatru Miejskiego w Gdyni, inaugurującym tegoroczną Scenę Letnią w Orłowie, podziwiamy barwne stroje, dzieci kwiaty, rozmaitych ekscentryków i hasła, dzięki którym rozkwitł ruch hippisowski.

Scena Letnia w Orłowie to miejsce całkowicie wyjątkowe. Spektakle prezentowane są w porze zachodu słońca nad samym morzem, przy akompaniamencie morskich fal i w towarzystwie plażowiczów, którzy mimowolnie wpisują się w scenografię przedstawień. Tym razem jednak nieco rozczarowuje najważniejszy składnik, czyli sam spektakl "Kwiaty we włosach" Aliny Moś-Kerger, którego premierą zainaugurowano tegoroczną Scenę Letnią.



Na co iść do teatru


Na wstępie wielkie słowa podziękowania należą się włodarzom Gdyni, dzięki którym w ogóle w tym sezonie cieszyć się można plenerową Sceną Letnią. Bałtyk co roku wymywa piasek z Zatoki Gdańskiej i tej zimy było podobnie, choć wyjątkowo spektakularnie. Dzięki decyzji o refulacji orłowskiej plaży poszerzono ją w tym miejscu o kilkadziesiąt metrów, zabezpieczając m.in. teren Sceny Letniej w Orłowie.

Teatr Miejski w Gdyni, gospodarz Sceny Letniej, już po raz 26. prezentuje w Orłowie swoje przedstawienia, przeważnie powstające specjalnie na potrzeby grania "pod chmurką". Tegoroczna premiera "Kwiatów we włosach" wpisuje się w styl spektakli muzycznych, łączących znane piosenki z wątkiem dramatycznym. Tego zadania podjęła się Alina Moś-Kerger, która jest zarówno autorką tekstu i reżyserii, jak i (bardzo zredukowanej) scenografii spektaklu.

Dzięki prostemu zabiegowi na scenie obserwujemy zdjęcia, które zafascynowały główną bohaterkę spektaklu, Klarę (Martyna Matoliniec, po lewej). Dzięki prostemu zabiegowi na scenie obserwujemy zdjęcia, które zafascynowały główną bohaterkę spektaklu, Klarę (Martyna Matoliniec, po lewej).
Wedle jej koncepcji podążamy za Klarą (Martyna Matoliniec), młodą dziewczyną, która na podstawie kilku fotografii zmarłej kilka lat temu babci stara się poznać lepiej przeszłość osoby znanej jej jako ciepła, lepiąca pierogi staruszka. Na archiwalnych zdjęciach z pierwszego Ogólnopolskiego Zlotu Hipisów w Mielnie z 1968 r. to jednak roześmiana, odważna hippiska w otoczeniu innych wyzwolonych, pełnych uniesienia i wykrzykujących pacyfistyczne hasła młodych ludzi. Klara usiłuje dotrzeć do bohaterów ze zdjęć, a pomaga jej w tym dziennikarz muzyczny (Jacek Bała), prowadzący program radiowy "Kwiaty we włosach".

Oczywiście spotkanie "po latach" przybiera różne formy, bo nie każdemu uczestnikowi zlotu w Mielnie sprzed pół wieku odpowiada sięganie do czasów burzliwej młodości. Pewien burmistrz (Grzegorz Wolf) nie ma czasu zajmować się tak zamierzchłą przeszłością, ale już uduchowiona Aurelia (Beata Buczek-Żarnecka) chętnie dzieli się swoimi spostrzeżeniami i poleci kolejnych rozmówców. Niektórzy, jak Elka (Elżbieta Mrozińska), potrzebują chwili, aby zdecydować się mówić o trudnych wspomnieniach. Inni, np. emerytowany milicjant (Bogdan Smagacki), sami rwą się do opowiadania. Nie wiedzieć czemu wokół wszystkich postaci krąży wyjęta z porządku świata bohaterów tajemnicza Nemesis (Agnieszka Bała) - trochę wiedźma, trochę dobra wróżka.

Znakomity wątek komediowy jest zasługą Bogdana Smagackiego (po lewej), niestety takich perełek w spektaklu Miejskiego jest bardzo mało. Znakomity wątek komediowy jest zasługą Bogdana Smagackiego (po lewej), niestety takich perełek w spektaklu Miejskiego jest bardzo mało.
Z tych wszystkich spotkań i rozmów ma się wyłonić świat kontrkultury, lekkoduchów, ludzi cieszących się życiem, wolną miłością i nie stroniących od wszelkich możliwych używek. Śledztwo Klary pozwala ujrzeć kilkunastu bohaterów z wielu perspektyw. To obraz słodko-gorzki, bo część bohaterów zlotu hippisów, podobnie jak babcia Klary, już nie żyje (oglądamy ich tylko w reminiscencjach z przeszłości). Niektórzy z nich zginęli śmiercią tragiczną. Inni w niezwykły sposób dokonali w życiu wolty, jak polityk PiS i wicemarszałek sejmu Ryszard Terlecki, którego po latach w swojej biografii Kora opisała jako płomiennego kochanka. Oboje stają się również bohaterami "Kwiatów we włosach".

Reżyserka znajduje prosty i praktyczny sposób, aby zaprezentować fotografie sprzed lat (pozy przybierają ubrani w barwne hippisowskie stroje aktorzy). Kolorowe, dowcipne kostiumy Natalii Kołodziej to kolaż skojarzeń na temat ruchu hippisowskiego, pełnego w spektaklu Miejskiego nawiązań do amerykańskiego pierwowzoru, a muzyka i aranżacje Dominika Strycharskiego oddają czar przebojów Czerwonych Gitar, Andrzeja Zauchy, Czesława Niemena, Skaldów czy Breakoutu. Nie przekonują natomiast układy choreograficzne Bartosza Bandury, wyraźnie niedopasowane do ruchu starszej części zespołu aktorskiego.

Zaskakuje Grzegorz Wolf ciekawą interpretacją piosenki "Kochałem kiedyś Psa", nawiązującej do barwnej przeszłości wicemarszałka sejmu Ryszarda Terleckiego. Zaskakuje Grzegorz Wolf ciekawą interpretacją piosenki "Kochałem kiedyś Psa", nawiązującej do barwnej przeszłości wicemarszałka sejmu Ryszarda Terleckiego.
Niestety spektakl nie porywa, nie ma pazura, koniecznego dla takiego tematu dystansu, który znakomicie w komediowym wątku milicjanta na moment wprowadza Bogdan Smagacki. Aktor kradnie show za każdym razem, gdy się pojawia na scenie. Do niego też należy znakomity pastisz tytułowych "Kwiatów we włosach" Czerwonych Gitar. Jednak wątek babci właściwie rozmywa się, nie prowadząc widzów do jakiejkolwiek puenty - staje się tylko pretekstem dla wprowadzenia wielu barwnych, czasem ekscentrycznych bohaterów na scenę.

Słabo wyreżyserowano większość piosenek. Momenty, takie jak "Wypłakałem oczy niebieskie" Stana Borysa (zaśpiewane w tercecie przez Mariusza Żarneckiego, Rafała KowalaWeronikę Nawieśniak) albo ciekawie zaaranżowany zbiorowy "Fortunate Son" grupy Creedence Clearwater Revival, należą do rzadkości. Zresztą śpiewanie po angielsku zdecydowanie nie jest mocną stroną zespołu Miejskiego.

"Kwiaty we włosach" zgrabnie łączą wątki muzyczne i dramatyczne, ale wszystko zalano sentymentem i nostalgią, którym nie przeciwstawiono porywającej historii ani wartkiej akcji. "Kwiaty we włosach" zgrabnie łączą wątki muzyczne i dramatyczne, ale wszystko zalano sentymentem i nostalgią, którym nie przeciwstawiono porywającej historii ani wartkiej akcji.
Najlepiej wypadają ci, którzy znani są z umiejętności wokalnych: Beata Buczek-Żarnecka ("Wodo, zimna wodo" Haliny Frąckowiak), Weronika Nawieśniak ("Chcę ci powiedzieć coś" grupy Maanam), wspomniany Bogdan Smagacki, Elżbieta Mrozińska ("Poszłabym za tobą" Breakoutu), Rafał Kowal ("Muszę mieć dziewczynę" Andrzeja Zauchy) czy Martyna Matoliniec ("Nie jesteś moja" Czesława Niemena). Zaskakuje pod tym względem Grzegorz Wolf, znakomicie interpretujący song Nawrockiego "Kochałem kiedyś Psa" (na podstawie zwierzeń zakochanego w Ryszardzie Terleckim hippisa).

Gwiazdy opery ponownie w Trójmieście



Wydaje się, że "Kwiaty we włosach" miały być przede wszystkim sentymentalne. Dlatego Alina Moś-Kerger przywołuje piosenki sprzed lat, dobrze wkomponowując je w scenariusz. Trudno jednak zabrać się w tę sentymentalną podróż z Klarą, ponieważ całemu spektaklowi brakuje energii. Na scenie jest przede wszystkim nostalgicznie i lirycznie. Gdzieś zagubiono hippisowską świeżość i żywiołowość, jakbyśmy na wydarzenia patrzyli nie z perspektywy młodej dziewczyny, usiłującej poznać rodzinne sekrety, tylko jej babci, wspominającej stare, dobre czasy.

Miejsca

Spektakle

Opinie wybrane

Wszystkie opinie (40)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Do DNA

wystawa

Pobożni i cnotliwi. Dawni gdańszczanie w zwierciadle sztuki

wystawa

Kolekcja w działaniu

wystawa

Sprawdź się

Sprawdź się

Co to są rzygacze?