O mieszkaniu z duszą na Dolnym Mieście i niezwykłej kolekcji

Jest takie miejsce na Dolnym Mieście, gdzie czas... zawrócił. W mieszkaniu, które Kora Kowalska remontuje własnoręcznie wraz z mężem, nie znajdziecie nowoczesnych rozwiązań architektonicznych, modnych trendów i bezpiecznych szarości. Jest za to ukłon w stronę modernizmu i art deco, pieczołowicie odnawiane wnętrze, by zachować ducha starej kamienicy i tajemnic, jakie w sobie kryje. Pośród tego wszystkiego znajduje się zdumiewająca kolekcja przedmiotów z duszą sprzed kilkudziesięciu lat. Możecie ją podglądać na stronie "Od rzeczy skład".



Wystawy i spotkania w Trójmieście


Alicja Olkowska: Na twojej stronie od miesięcy pojawiały się zdjęcia dokumentujące przebieg remontu mieszkania na Dolnym Mieście. Remont trwał długo, ale jak widać, mieszkanie też nie jest zaaranżowane w typowy sposób.

Kora Kowalska: Rzeczywiście, przez ostatnie dwa lata zajmowałam się przede wszystkim remontem. Mieszkanie jest w kamienicy z początku XX wieku i bardzo szybko okazało się, że status "gotowe do zamieszkania" zmienił się na "niekończący się remont generalny". Mam to szczęście, że rodzina i mąż mają wykształcenie artystyczne i umiejętność pracy z materią, więc zdecydowaną większość prac wykonaliśmy sami, zaczynając od zrywania wieloletnich nawarstwień starej farby, linoleum, płytek pcv i paneli, przez naprawianie legarów, kładzenie wylewek i płytek, na cyklinowaniu stuletniej podłogi kończąc.

Najcenniejsze są dla mnie te, z którymi wiąże się jakaś ciekawa historia albo przygoda. Np. kobaltowy wazon Asteroid projektu Jana Sylwestra Drosta, poszukiwany przez kolekcjonerów, wystawiany na aukcjach Desy za niebotyczne kwoty, a ja swój znalazłam na śmietniku.
Zależało mi, by odzyskać jak najwięcej z oryginalnej tkanki, więc praca była mozolna. Uważam, że należy słuchać architektury, w której się mieszka, więc pewne rozwiązania, choć atrakcyjne, po prostu nie pasują do miejsca - przerobienie mieszkania w skromnej kamienicy na marmurowy pałac, betonowy loft albo skandynawski domek to według mnie przerost formy nad treścią.

Dlatego zdecydowaliśmy się na podkreślenie tego, co w tym mieszkaniu można było wydobyć - drewniane stuletnie drzwi i ościeża, drewniane podłogi, ukryte pod tymi warstwami późniejszych podłóg, a także to, co odkrywaliśmy przypadkowo; zaczęliśmy zdzierać farbę ze ścian na sucho, małymi szpachelkami i w pewnym momencie odsłonił się fragment wzoru odbitego z szablonu. Na początku widać było jedynie kolorowe kółka. Po oskrobaniu całego pomieszczenia zobaczyliśmy wspaniały, szalony szablon, składający się z kubeczków ze słomką i bąbelków na jasnozielonym tle. Cały pokój w latach 60. ktoś wymalował w lemoniady!

Na jednej ścianie doskrobaliśmy się też do wzoru wcześniejszego, prawdopodobnie z lat 20., i są to liście winorośli odbite z szablonu, na pięknym szarozielonym podkładzie - typowe art deco. Oczywiście oba wzory zachowaliśmy, zabezpieczając ściany sposobem konserwatorów zabytków. To chyba moje ulubione znalezisko podczas remontu.

Cykl Ludzie Trójmiasta - poznaj niezwykłych lokalnych bohaterów



Widać w mieszkaniu więcej nawiązań do przedwojennych motywów architektonicznych.

Jako że jestem wielbicielką modernizmu i art deco, starałam się zaprojektować mieszkanie w taki sposób, by dać upust swoim fascynacjom, a jednocześnie uszanować "ducha" kamienicy. I tak, po osiach diagonalnych mieszkania, w jednej osi mam nawiązania do typowej kolorystyki i rozwiązań artdekowskich: złamany łososiowy róż przeplata się ze złamanym seledynem zarówno w pokoju dziennym, gdzie jest odkryta ściana ze wzorem, jak i w łazience, z której jestem szczególnie dumna, bo dzięki położeniu drobnych kafli mozaikowych i tradycyjnej armatury łazienka wygląda jak żywcem wyjęta z lat 30. Z kolei w drugiej osi sypialnia i kuchnia to szaleństwo kolorów podstawowych. Kuchnia jest w kolorach neoplastycyzmu, a podłoga w sypialni jest w kolorze IKB, czyli ultramarynie Yvesa Kleina.

Kora Tea Kowalska - gdańszczanka, absolwentka archeologii i kulturoznawstwa, wykładowczyni, kolekcjonerka. Od 2013 r. prowadzi projekt "od rzeczy skład", gdzie codziennie opisuje przedmioty z własnej kolekcji.
Kora Tea Kowalska - gdańszczanka, absolwentka archeologii i kulturoznawstwa, wykładowczyni, kolekcjonerka. Od 2013 r. prowadzi projekt "od rzeczy skład", gdzie codziennie opisuje przedmioty z własnej kolekcji. archiwum prywatne K. Kowalskiej
Zaprojektowaliśmy i własnoręcznie wykonaliśmy także witraże w drzwiach do pokoi - są to abstrakcyjne kompozycje nawiązujące do Mondriana i De Stijl z ręcznie prasowanego szkła w intensywnych barwach i o różnych strukturach. Bardzo lubię tę grę z kolorem i nawiązania do historii sztuki, myślę też, że życie jest za krótkie, by bać się koloru i mieszkać w bezpiecznych szarościach.

Remont robiony własnymi rękoma to gehenna i ogromne zmęczenie, ale też bardzo duża oszczędność funduszy oraz pewność, że będzie się miało dokładnie tak, jak się chce.

Dlaczego wybrałaś do życia Dolne Miasto? Co takiego ma w sobie ta dzielnica?

Na Dolnym Mieście mieszkam już 11 lat, od urodzenia mieszkałam na Starym Mieście i bardzo dobrze znałam Dolne - to tu przychodziliśmy na spacery z rodzicami. O wyborze tej dzielnicy zdecydowały więc sentymenty, ale też wygoda, bo to przecież bardzo blisko centrum, oraz kwestie finansowe.

Obecnie to bardzo modna dzielnica, a ceny nieruchomości rosną wraz z liczbą mieszkań na wynajem krótkoterminowy i rozrastającymi się inwestycjami deweloperskimi, na które akurat nie patrzę zbyt przychylnie, bo dzielnica w szybkim tempie zacznie się gentryfikować, co już zresztą ma miejsce.

Uważam, że należy słuchać architektury, w której się mieszka, więc pewne rozwiązania, choć atrakcyjne, po prostu nie pasują do miejsca - przerobienie mieszkania w skromnej kamienicy na marmurowy pałac, betonowy loft albo skandynawski domek to według mnie przerost formy nad treścią.
Mnie przyciągnęło do Dolnego Miasta to, że jest tu wciąż blisko do zieleni i wody, to właściwie taka dzielnica na uboczu, a jednak w centrum, z dużą liczbą problemów, ale też z wieloma pozytywami. Jest też w tym miejscu jakiś rodzaj wspólnoty i zaangażowania mieszkańców w sprawy dzielnicy, co sobie ogromnie cenię.

Posiadasz wielotysięczną kolekcję przedmiotów z duszą, które pokazujesz na "Od rzeczy skład". Czy znalazło się dla nich miejsce w nowym mieszkaniu? Jeśli tak, to czy było to duże wyzwanie aranżacyjne?

Przyznam, że nie do końca wiem, ile mam przedmiotów - bo jak policzyć kolekcję guzików, broszek, fotografii czy innych drobiazgów? Nie kolekcjonuję jakiejś konkretnej kategorii i nie skupiam się na pozyskiwaniu określonych przedmiotów do kolekcji, mój zbiór nie ma wymiaru merkantylnego, to raczej zbiór "gównidełek" (nasz rodzinny neologizm na określenie przedmiotów zbędnych, ale uroczych).

Jestem dopiero w trakcie przenoszenia wszystkiego i odrobinę się stresuję, ale i ekscytuję - gdzie to wszystko wyeksponować, jak ułożyć, które przedmioty posegregować na nowo, z których stworzyć nowe asamblaże... Dużo pracy, ale przyjemnej. Na końcowy efekt jeszcze trzeba poczekać. Zresztą chyba nigdy nie będzie efektu końcowego, kolekcja to proces, wszystko się zmienia, rozrasta się i przekształca.

Kajko i Kokosz w... tramwaju. Niecodzienna wystawa na Dolnym Mieście



Ogarnięcie takiej kolekcji musi być nie lada wyzwaniem. Jak się odnajdujesz wśród tylu przedmiotów? Prowadzisz katalog? Grupujesz je według jakiegoś systemu?

Ja po prostu żyję w rzeczach. Nie prowadzę katalogu, ale wiem, gdzie co mam. A że dla mnie kolekcja w pudełkach to martwa kolekcja, to staram się wszystko trzymać na wierzchu. No i moja pierwsza zasada kolekcjonerstwa brzmi: wszystko lepiej wygląda pod szkłem (śmiech). To jest pewnego rodzaju system, ale myślę, że tylko ja się w nim odnajduję.

Ja po prostu żyję w rzeczach. Nie prowadzę katalogu, ale wiem, gdzie co mam. A że dla mnie kolekcja w pudełkach to martwa kolekcja, to staram się wszystko trzymać na wierzchu. No i moja pierwsza zasada kolekcjonerstwa brzmi: wszystko lepiej wygląda pod szkłem (śmiech).
Czy wzbogacasz swoją kolekcję o kolejne przedmioty? Jeśli tak, to gdzie je wynajdujesz?

Tak jak mówiłam wcześniej, kolekcja dla mnie to proces, więc co chwilę pojawia się coś nowego. Wynajduję nowe rzeczy praktycznie wszędzie - w internecie, na rynkach, pod śmietnikami, w kontenerach, czasem wystarczy uważnie patrzeć pod nogi, zwłaszcza w takim mieście jak Gdańsk, gdzie na każdym kroku mamy ślady po mieście wcześniejszym.

Wszystko też zależy od aktualnej "fazy zainteresowań" - mam oczywiście tematy, które interesują mnie cały czas, np. pierwsze techniki fotograficzne albo stare zabawki, polskie wzornictwo czy plastikowa przedwojenna biżuteria i staram się co jakiś czas dorzucić coś nowego do kolekcji, ale też nie za wszelką cenę, w końcu moja druga zasada kolekcjonerstwa to "Wszystko za 5 zł albo za darmo".

Gdybyś miała wskazać trzy najcenniejsze i trzy niepokojące/dziwne obiekty - byłabyś w stanie to zrobić?

Tylko trzy?! Z tymi najcenniejszymi to mam problem, bo nie lubię przeliczać rzeczy na pieniądze, nie ma to dla mnie większego znaczenia, stąd bardzo często trafiają do mnie rzeczy uszkodzone, które nie mają rynkowej wartości, ale przecież nadal są piękne.

Najcenniejsze są dla mnie te, z którymi wiąże się jakaś ciekawa historia albo przygoda. Np. kobaltowy wazon Asteroid projektu Jana Sylwestra Drosta, poszukiwany przez kolekcjonerów, wystawiany na aukcjach Desy za niebotyczne kwoty, a ja swój znalazłam na śmietniku. A właściwie w kontenerze pełnym wyrzuconych po kimś przedmiotów, w ostatnim worku, na samym dnie tego kontenera, który dzielnie przeszukiwałam z mężem w deszczu.

Cykl "Pasjonaci z Trójmiasta"



Kocham stary plastik, celuloid i bakelit, więc każda broszka z tych materiałów albo torebka to też bardzo cenne dla mnie rzeczy. Z kolei z tych najbardziej frapujących historii to ostatnio moją ulubioną jest kobaltowa kieszonkowa spluwaczka z początku XX wieku, rzecz idealna na czasy pandemii - została opatentowana przez dra Dettweilera pod koniec XIX wieku jako rozwiązanie dla gruźlików, by nie odkrztuszali zarazków na ulice. Model, który posiadam, pojawił się także w literaturze - bohater "Czarodziejskiej Góry" Tomasza Manna używa właśnie takiego utensylium.

Wśród poruszających przedmiotów mam także dewizki do zegarków uplecione z ludzkich włosów. To charakterystyczne ozdoby epoki wiktoriańskiej, w której żałoba i świat umarłych były pewnego rodzaju modą. Lubię wszelkie obszary dziwności, kurioza i obiekty pozornie nienadające się do kolekcji, więc ostatnio trafiła do niej zmumifikowana mysz, którą znaleźliśmy pod podłogą podczas remontu. Biedaczka musi mieć już ze sto lat i zdecydowanie należy jej się szacunek, więc po oprawieniu w gablotkę, wraz z innymi drobiazgami spod podłogi, trafi na ścianę nowego domu, by przypominać o historii tego miejsca.

Kora Tea Kowalska - gdańszczanka, absolwentka archeologii i kulturoznawstwa, wykładowczyni, kolekcjonerka. Od 2013 r. prowadzi projekt "od rzeczy skład", gdzie codziennie opisuje przedmioty z własnej kolekcji.

Opinie wybrane


wszystkie opinie (145)

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Najnowsze

więcej artykułów »

Wydarzenia

Warsztaty polskiej muzyki tradycyjnej
Warsztaty polskiej muzyki tradycyjnej
warsztaty
lis 24-5.12
Warsztaty - GAK Plama ul.
Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 10:00 - 16:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie
Pobożni i cnotliwi. Dawni gdańszczanie w zwierciadle sztuki
Pobożni i cnotliwi. Dawni...
wystawa
maj 15-31.12
Gdańsk, Muzeum Narodowe

Kulinaria

Sprawdź się

Sprawdź się

Hardziej Studio z Gdyni prowadzone przez Patryka Hardzieja zajmuje się: