Wiadomości

"Czy leci z nami królik...". Album podróżniczy gdyńskiej rodziny

Książka "Czy leci z nami królik, czyli podróże pewnej rodziny" to przykład tzw. self-publishingu (samopublikowania), czyli publikowania nakładem własnym autora.
Książka "Czy leci z nami królik, czyli podróże pewnej rodziny" to przykład tzw. self-publishingu (samopublikowania), czyli publikowania nakładem własnym autora. fot. TODO La Mancha/Facebook

Relacje z podróży do Ameryki Północnej i Azji, ciekawostki, anegdoty, różnorakie historie, mapki, wskazówki praktyczne, przydatne linki - a wszystko to zebrane w siedmiu rozdziałach na 318 stronach, które zdobi ponad 200 zdjęć. "Czy leci z nami królik, czyli podróże pewnej rodziny" to książka autorstwa gdyńskich podróżników - Liliany Poszumskiej i Arkadiusza Wójcika. Do publikacji jako bonus dodawany jest 16-stronicowy zeszyt z kolorowankami i zadaniami dla dzieci.



Recenzje książek z Trójmiasta


Książka "Czy leci z nami królik, czyli podróże pewnej rodziny" to przykład tzw. self-publishingu (samopublikowania), czyli publikowania nakładem własnym autora. TODO La Mancha to oficyna specjalizująca się głównie w wydawaniu podręczników do nauki języka hiszpańskiego, promująca język i kulturę krajów hiszpańskojęzycznych, a także oferująca gotowe scenariusze samodzielnych podróży do krajów Ameryki Łacińskiej, związana z Centrum Języka Hiszpańskiego La Mancha, założonego i prowadzonego przez anglistkę i iberystkę Lilianę Poszumską.

Przeczytaj także: Skończyła 50 lat i ruszyła w podróż dookoła świata. Wywiad z Katarzyną Kozłowską

Pierwszą publikacją tak tego wydawnictwa, jak i tych autorów (współautorem i twórcą zdjęć w obu przypadkach jest mąż Poszumskiej - Arkadiusz Wójcik) był wydany rok temu polsko-hiszpański album-relacja z podróży "Toros bravos sueltos, czyli podróże pewnego małżeństwa", w którym podróżująca wówczas para z Gdyni opisała doświadczenia z ponad 10 lat podróżowania do Ameryki Płd. i Hiszpanii. Kiedy ich rodzina powiększyła się, podróżnicy wydali drugą książkę, tym razem o podróżowaniu z dzieckiem. To właśnie album pt. "Czy leci z nami królik, czyli podróże pewnej rodziny", o którym tutaj mowa.

- Podróżowanie od zawsze było naszą wspólną pasją, najpierw narzeczeńską, potem małżeńską. Teraz myślę, że możemy to przyznać z pełną świadomością, jest naszą rodzinną pasją. Zaszczepiliśmy ją Gabi i będziemy pielęgnować ją przez kolejne wspólne lata podróży i przygód. (...) Walczymy z przeświadczeniem, że z dziećmi jesteśmy skazani co najwyżej na wyjazd typu all-inclusive. Pokażemy, że można wziąć sprawy w swoje ręce i przeżywać fascynujące przygody całą rodziną - deklarują autorzy.
Liliana Poszumska, Arkadiusz Wójcik i ich pięcioletnia córka Gabriela odwiedzili już kilkanaście krajów na pięciu kontynentach i część z tych wypraw - zwłaszcza podróże do Ameryki Północnej i Azji - postanowili opisać i przedstawić w formie albumu ze zdjęciami. Książka podzielona została na siedem rozdziałów i każdy z nich to opowieść o jednej z ich rodzinnej ekspedycji. Całość otwiera Nowa Zelandia (ostatnia podróż w duecie), a potem czytamy o wyprawie na Maltę, do Stanów Zjednoczonych (trzykrotnie), a następnie do Kanady i do Japonii.

"Czy leci z nami królik, czyli podróże pewnej rodziny" to książka, którą trudno zaklasyfikować do jakiegoś gatunku. Zawiera elementy poradnikowe, momentami przypomina przewodnik, część relacji pisana jest jak pamiętnik (sprawozdanie) z podróży, a całość wydano w formie albumu z ponad 200 zdjęciami autorstwa Arkadiusza Wójcika, który z zawodu jest informatykiem, a z zamiłowania podróżnikiem i fotografem, zafascynowanym górami, co zresztą widać w jego pracach.

Książka przy pierwszym spotkaniu robi bardzo dobre wrażenie i zachwyca właśnie szczególnie stroną wizualną. Albumowy format (240x210) i użycie papieru kredowego do druku jest zrozumiałe z racji bogactwa fotografii, które niejednokrotnie zachwycają swoim pięknem, ale i dynamiką, pomysłowością ujęć czy kompozycją. Nie brak też zdjęć dość banalnych, jednak na to można przymknąć oko.

Przeczytaj także: W podróż dookoła świata ze sztuczną inteligencją. Wywiad z Markiem Kamińskim

Problem w moim odczuciu tkwi gdzie indziej. Album zachwyca na początku, ale im dłużej się z nim przebywa, im bardziej się z nim zapoznaje i w niego wczytuje, tym wypada gorzej. Niestety cała warstwa "literacka" jest słabym punktem tej publikacji. Autorzy wiele widzieli, mnóstwo zwiedzili, wykonali zapewne tysiące zdjęć, i teraz o tym wszystkim chcą nam opowiedzieć i się tym z nami podzielić. Pada nawet stwierdzenie, że "nie mogą się powstrzymać", by o czymś napisać. Niestety czytelnik zostaje zasypany faktami, datami, nieważnymi informacjami i w efekcie tego - najnormalniej jest znużony tym nadmiarem.

Brzmi to może nieprawdopodobnie, bo jak to możliwe, że historie z podróży do Japonii czy Stanów mogą kogoś zanudzić? Ano mogą, jeśli autorzy chcą z dokładnością do dnia relacjonować każdy pobyt, opisywać mało istotne sprawy i podawać fakty historyczne niektórych miejsc czy wydarzeń. Aż się prosiło o przypisy w niektórych miejscach, jak choćby przy historii o mormonach, jeśli autorzy uznali tę opowieść za tak istotną (choć nie wiem dlaczego). Po co daty, po co podawanie, o której wylądował i wystartował samolot, podawanie liczby godzin w trasie, opisy hoteli, ceny, itp?

Przeczytaj także: Motywuje kobiety do podróży. Rozmowa z Anitą Demianowicz

W tej książce jest po prostu za dużo wszystkiego, całość jest przegadana. Autorzy piszą sprawozdanie i nic nie może im umknąć. Należało zdecydować, co jest najważniejsze, dla kogo jest ta książka, wybrać najciekawsze historie i przedstawić je w formie ciekawostek, krótkich anegdotek - wtedy walor zdjęciowy grałby pierwsze skrzypce zgodnie z założeniem, że jest to jednak album. Albo odwrotnie - zmienić format, zmniejszyć liczbę fotografii i postawić na historie, dopracowując ich styl.

Nie brakuje tu bowiem bardzo ciekawych informacji ani też niesamowitych przygód autorów, a oni sami wydają się naprawdę sympatyczną rodziną. Zresztą sam zamysł, by pokazać innym rodzicom, że z dzieckiem można podróżować i to daleko, jest jak najbardziej godny pochwały i docenienia. Zamiary były zacne, tyle tylko, że efekt końcowy nie zachwyca tak, jakby mógł. Mówi się, że wydanie książki nigdy nie było takie łatwe jak dziś. To prawda - jednak, żeby wydać dobrą książkę, trzeba sztabu osób, który ją dopracuje i stworzy wspólnie prawdziwą perełkę. Tutaj tego zabrakło.

Opinie (21) 3 zablokowane

Wszystkie opinie

  • (1)

    Ekshibicjonizm w czystej postaci.

    • 18 5

    • Też bym chciała zabrać swoją rodzinę w te miejsca. Dużo trzeba mieć hajsiwa??

      • 0 0

  • Na najbliższe kilka lat to pewnie jedyny kontakt z podróżowaniem będzie

    • 10 1

  • Nie chcę, żeby to było odebrane jako jakiś hejt (2)

    ale "nie moge się powstrzymać" od wyrażenia własnej opinii: tego typu książki podróżnicze i opowieści z podróży choćby nie wiem jak egzotycznych strasznie mnie nudzą. To jak oglądanie zdjęć z czyichś wakacji, no fajnie, falnie, ale to strasznie nuudne dla kogoś innego. Co innego obejrzeć reportaż np. Martynę Wojciechowską na krańcu świata albo Simona Reeve'a.

    • 19 3

    • Martyna Wojciechowska, czyli jak pokazywać ustawione sytuacje i szczycić osiągnięciami,

      które nie miały miejsca.

      • 11 2

    • ja mam odwrotnie

      lubie widziec swiat i relqaje innycvh, bo sama nie moge podrozowac, jestem wdzieczna za takie ksiazki, w nicgh przenosze sie w inny swiat, nie lubie za to nudnych ksiazek ,wymyslonych, krymianlow, romansow, itp. uwielbiam podroznicze, ale co kto woli ;)

      • 0 0

  • Self publishing (2)

    Ale self editing zabrakło, teraz kazdy mysli, ze moze ksiazki pisac...Naklad też wykupia sobie sami.

    • 12 0

    • to nie do końca tak... (1)

      Warto pamiętać, że self-publishing daje wolność decydowania oraz zyski. Wiesz jak wygląda to w wydawnictwem? Nawet okładki nie pozwalają wybrać, a na koniec dają 5% z książki. Jak ktoś włożył całe serce w pisanie to nie chce oddać książki do wydawnictwa i zarobić marne grosz,e by ktoś inny nabił sobie kieszenie. Wiem co mówię, szukałam różnych opcji wydawania mojej książki i propozycje wydawnictw były fatalne, niestety. W wydawnictwach na książkach zarabiają tylko Blanki Lipińskie i Remigiusze Mrozy, a nie o to chyba chodzi, by każdy pisał podobnie i to, co akurat modne. Rynek wydawniczy niestety nie promuje rzadkich, ciekawych pozycji i stąd ruch self-publishingu.

      • 0 5

      • Rynek wydawniczy w Polsce jest bardzo bogaty i różnorodny - przynajmniej był do tej pory (po epidemii może być różnie). Nie wrzucałabym do jednego worka Mroza i Lipińskiej, to jednak inne poziomy, gatunki i inne światy, mimo że komercyjne. Nawet w ofercie komercyjnej jest wielka różnorodność. Myślę, że dziś self publishing to już taka desperacja. Skoro setki wydawnictw nie chcą czegoś wydać, to chyba o czymś świadczy?

        • 2 0

  • Drogie trójmiasto.pl...

    Drogie trójmiasto.pl, to czy Wy w ogóle wiecie czemu Wy dajecie patronaty, czy tak się sobie rozdarcie na lewo i prawo nie mając tak naprawdę pojęcia pod czym się podpisujecie? Kolejny raz recenzujecie książkę, na okładce której widnieje Wasze logo i kolejny raz pani Raczek kręci nosem i jej się nie podoba.
    Dlaczego zatem dajecie patronaty, jak się następnie okazuje przeciętnym publikacjom? Jak tak, to wasz patronat nie jest czymś nobilitujacym ani czymś, co powinno kusić czytelników-nie jest marką. Jak tez mają się czuć autorzy i wydawcy, którzy nawiązują z Wami współpracę i umawiają się na patronat, żeby potem przeczytać z**bki o swoich książkach? Po co zatem bawić się w te patronaty? Żebyście za darmo mieli swoje logo na przeciętnych produktach? A może, żeby logo trójmiasto.pl zaczęło być ostrzeżeniem dla czytelników, żeby do danego wydawnictwa podchodzić sceptycznie? O co w tym chodzi?

    • 17 2

  • Fajny album/poradnik (1)

    A ja uważam, ze to bardzo ciekawa pozycja, która łączy taki poradnik ze strony mamy jak podróżować z dzieckiem i opisy wypraw (szczegółowe, bo można nawet pokusić się o podążanie ich śladem) ze strony taty, co daje właśnie fajny efekt. Sporadyczne dublowanie się treści nie razi w tym znaczeniu i było wg mnie celowe - widać różny styl pisania i podejścia w ogóle do życia i wypraw Lili i Arka. Do tego piękne zdjęcia i fajne grafiki oraz ten motyw główny z królikiem. To co wartościowe w tej książce, to fakt, że jest szczera i wiemy, że wszystko autorzy naprawdę przeżyli. Mam wątpliwości co do tego u Cejrowskiego, który specjalnie koloryzuje czy Wojciechowskiej, która co prawda cenię, ale liczy też sporo na fejm. To zupełnie inna liga i inna forma, nie ma co porównywać. Redaktor z wydawnictwa mógłby zmasakrować tę książkę, że zostałaby taka pop-papka. A autorom chodziło chyba o szczery zapis swoich wrażeń. Warto też wiedzieć i wspominać, że ludzie decydują się na self-publishing, bo wydawnictwo daje raptem parę procent zysku z książki. A tu mają 100%- sami zainwestowali i sami zarabiają. Chybiona recenzja moim zdaniem.

    • 2 11

    • Ula przestań bronić siostry :D

      • 1 0

  • szkoda kasy

    na wsparcie auto lansu

    • 9 0

  • Pytanie (2)

    A jakie nazwisko ma córka?

    • 2 2

    • ?

      A co to za różnica?

      • 1 0

    • ?

      Pytanie zasadnicze....Smutne, że zainteresował Cię tylko ten aspekt.A świat taki ciekawy...

      • 0 0

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

26

września

23. Festiwal Jazz Jantar Gdańsk, Klub ŻAK

02

października

10 Tenorów Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

Rozrywka

Weekend promocji w gdyńskich restauracjach
Weekend kulinarnych promocji
Planuj Tydzień: Bakalie Jesienne, Dary Ziemi, koncerty i skok z dźwigu stoczniowego
Planuj Tydzień: imprezowy czas

Kulinaria

Weekend promocji w gdyńskich restauracjach
Weekend kulinarnych promocji
Jemy na mieście: Spożywczy - polska kuchnia z nowoczesnym twistem
Jemy na mieście: Spożywczy w Gdańsku

Sprawdź się

Ile placówek liczy Muzeum Narodowe w Gdańsku?