Wybrzeże Sztuki, czyli rzut oka na tematy tabu - podsumowanie festiwalu

Z jednej strony łóżka szpitalne, z drugiej przytulny salon - tak umierają pacjenci w klinice Ryszarda Orłowskiego. "Nietoperz" to jednak nie tylko spektakl o śmierci na życzenie, ale też o życiu i kryzysie wartości.
Z jednej strony łóżka szpitalne, z drugiej przytulny salon - tak umierają pacjenci w klinice Ryszarda Orłowskiego. "Nietoperz" to jednak nie tylko spektakl o śmierci na życzenie, ale też o życiu i kryzysie wartości. fot. Márton Ágh

Po raz szósty trójmiejska publiczność miała okazję zetknąć się z szeroko komentowanymi i kontrowersyjnymi spektaklami, które powstały poza Trójmiastem. Za nami szósta, z pewnością nie najlepsza edycja przeglądu Wybrzeże Sztuki, która skoncentrowana była wokół tematów kontrowersyjnych.



"Czarownice z Salem" Teatru Wybrzeże to obok "Nietoperza" najlepsza propozycja tegorocznego Wybrzeża Sztuki.
"Czarownice z Salem" Teatru Wybrzeże to obok "Nietoperza" najlepsza propozycja tegorocznego Wybrzeża Sztuki. fot. Łukasz Unterschuetz / trojmiasto.pl
O życiu gejów przewrotnie i na wesoło opowiada spektakl "Lubiewo" w reż. Piotra Siekluckiego, na podstawie powieści o tym tytule Michała Witkowskiego.
O życiu gejów przewrotnie i na wesoło opowiada spektakl "Lubiewo" w reż. Piotra Siekluckiego, na podstawie powieści o tym tytule Michała Witkowskiego. http://teatrnowy.com.pl
Mnogość pomysłów spektaklu "Love & Information" w reżyserii Moniki Strzępki zaskakuje. Znaleźć tu można wiele cech charakterystycznych dla twórczości reżyserki, m.in. groteska, pastisz, wielka świadomość scenicznych środków i dystans do roli.
Mnogość pomysłów spektaklu "Love & Information" w reżyserii Moniki Strzępki zaskakuje. Znaleźć tu można wiele cech charakterystycznych dla twórczości reżyserki, m.in. groteska, pastisz, wielka świadomość scenicznych środków i dystans do roli. fot. Radosław Frąk
"Paw królowej" w reż. Pawła Świątka jest jak pojedynek squasha, gdzie aktorzy odbijają kolejne kwestie, a w centrum spektaklu pozostaje język, świetnie "podsłuchany" przez Dorotę Masłowską.
"Paw królowej" w reż. Pawła Świątka jest jak pojedynek squasha, gdzie aktorzy odbijają kolejne kwestie, a w centrum spektaklu pozostaje język, świetnie "podsłuchany" przez Dorotę Masłowską. fot. Ryszard Kornecki

Nowoczesny teatr:

zachwyca mnie i inspiruje, chętnie oglądam nawoczesne inscenizacje 18%
zaskakuje mnie i ciekawi, bywa odkrywczy, bywa nieudany 37%
irytuje mnie i nudzi, nie ma sensu udziwniać tego, co można przedstawić jasno i klarownie 45%
zakończona Łącznie głosów: 62
Siłą Festiwalu Wybrzeże Sztuki jest - paradoksalnie - brak dookreślonej, narzuconej odgórnie formuły, co pozwala zapraszać organizatorom dowolne produkcje, które wyróżniły się w ostatnich latach na tle polskiego teatru. Tak jak w poprzednim roku, festiwal jest również okazją do prezentacji spektakli Teatru Wybrzeże. W tym roku były to: zauważone i docenione w kraju - "Amatorki" oraz "Czarownice z Salem". Przyznać trzeba, że obie trójmiejskie produkcje należały do najsilniejszych punktów programu.

Obok "Czarownic z Salem" najciekawszą propozycją był "Nietoperz" TR Warszawa, wyreżyserowany przez Kornéla Mundruczó. Spektakl rozgrywa się w zamykanej właśnie klinice, gdzie pacjenci samodzielnie poddają się eutanazji. Gdzieś w tle pobrzmiewa tu echo "Zemsty Nietoperza", przywoływanej przez czekającego na śmierć eksdyrygenta Gustawa, z którym w "ostatnią drogę" postanawia wyruszyć jego żona, Irys. To spektakl-instalacja, oparty na aktorskim warsztacie, niepozbawiony gorzkiego humoru (wirtualne parówki na talerzach, czyli nawiązanie do tragicznej, do niedawna, sytuacji finansowej TR Warszawa) i świetnych rozwiązań scenograficznych. Przedstawienie nie zamyka się w publicystyce. "Za" i "przeciw" eutanazji są tutaj kwestią wtórną wobec ludzkich motywacji, potrzeb i chorób cywilizacyjnych. "Nietoperz" okazuje się gorzką lekcją człowieczeństwa, zaprezentowaną przez bardzo dobry zespół aktorski.

Na drugim biegunie znajduje się "Balladyna" Teatru Polskiego w Poznaniu. Duet Marcin Cecko (autor tekstu) i reżyser Krzysztof Garbaczewski postanowili pobawić się konwencją niskobudżetowych filmów grozy oraz serialu i na resztkach tekstu Słowackiego zbudować nową, alternatywną historię. Rodzina Balladyny prowadzi laboratorium, w którym trwają badania genetyczne nad ziemniakami i nasionami. Tytułowa bohaterka jest pozbawioną hamulców morderczynią, mityczne Gopło ma w sobie coś z wyspy z serialu "Lost", a Kirkor okazuje się inwestorem, który po prostu lubi towarzystwo kobiet (w każdym wieku).

Spektakl obronić można jako pastisz i autotematyczną farsę z inscenizacji "Balladyny". Motywacje Balladyny są ośmieszone, a ona sama bardzo manierycznie odegrana przez Justynę Wasilewską (m.in. fatalna improwizacja na temat roli kobiety i oczekiwań teatralnej publiczności). Bardzo słabe aktorstwo koresponduje z chaosem i gonitwą pomysłów reżyserskich, wprost proporcjonalnie do czasu trwania spektaklu coraz bardziej szalonych i nieskładnych, aż do unicestwienia "akcji" spektaklu występem zespołu cipedRAPskuad. Lubiący eksperymenty formalne i estetyczne Garbaczewski tym razem kompletnie się pogubił (prawie jedna trzecia publiczności opuściła teatr przed końcem przedstawienia).

Dwa najbardziej gorące tytuły przeglądu - "Lubiewo" Teatru Nowego w Krakowie i "Paw królowej" Starego Teatru w Krakowie okazały się rzetelnymi adaptacjami prozy (odpowiednio, na podstawie książek Michała Witkowskiego oraz Doroty Masłowskiej). "Lubiewo" przygotowane przez Piotra Siekluckiego to wybór anegdot z książki Witkowskiego, ograniczający się do ciekawostek na temat "podziemnego" życia dolnośląskich homoseksualistów. Dwie "przegięte cioty" - jak sami o sobie mawiają bohaterowie spektaklu, nazywając siebie Lukrecja i Patrycja, wspominają dobre, stare czasy. To pogodne, żartobliwe, ubarwione niewybrednym językiem Witkowskiego wspominki, których puenta (świetne taneczne solo Mikołaja Mikołajczyka jako AIDS) jest już zupełnie na serio pełnym serdeczności ukłonem w stronę homoseksualistów.

Zaś "Paw królowej" (reżysera Pawła Świątka i dramaturga Mateusza Pakuły) konsekwentnie przekłada na język teatru realia książki Masłowskiej, gdzie przenikliwy słuch na rzeczywistość łączy się z chaosem informacyjnym i szumem medialnym, a błyskotliwe spostrzeżenia ze zwyczajnym bełkotem. Spektakl jest rzetelnie zrealizowany, sprawnie zagrany przez aktorów, którzy niczym na sali do squasha, mierzą się z kolejnymi kwestiami, odbijając je między sobą i od siebie niczym piłki. To coś z pogranicza koncertu hip-hopowego (melorecytacje) i nowoczesnego teatru. Ale... "Paw królowej" oparty jest na tekście, który - jak to przy innych próbach prozatorskich Masłowskiej - jednych zachwyci, innych zniesmaczy. Ja należę do tych drugich.

Wyjątkowo silnie reprezentowany był na festiwalu nurt studencki. Ze studentami aktorstwa z Krakowa, Łodzi i Wrocławia pracowali doświadczeni reżyserzy. Zdecydowanie najlepiej proporcje między prezentacją młodych aktorów z Wrocławia a wartością artystyczną spektaklu rozłożyła Monika Strzępka, której "Love & Information" należało na najciekawszych spektakli całego Wybrzeża Sztuki. Rozpisana na 56 epizodów sztuka Caryl Churchill pozwala zajrzeć w sferę uczuć, emocji, lęków, pragnień i potrzeb każdego z nas, zaś rozbuchana, wręcz niechlujna przestrzeń spektaklu to wymarzone miejsce, by sprawdzić siłę aktorskiego wyrazu. I tę ocenić należy zaskakująco wysoko (niektórzy aktorzy koniecznie jednak powinni popracować nad artykulacją).

Z kolei krakowskie "Ufo.Kontakt" Iwana Wyrypajewa i studentów PWST zaliczyć można do udanych prób budowania iluzji i deziluzji. Kreacja aktorska ograniczona jest do minimum, bowiem to opowieść twarzą w twarz z widzami, o tym, czym dla bohaterów był kontakt z Obcymi. Nie każdy aktor potrafił unieść ciężar tej konfrontacji, choć ujmująca wiara w dobro i wartościowość człowieka, jakim hołduje w swoim teatrze Wyrypajew, budzą sympatię.

Niestety kompletnym nieporozumieniem okazał się spektakl "Shopping and fucking" przygotowany przez Grzegorza Wiśniewskiego ze studentami łódzkiej "filmówki". Nie pomogła przyzwoita reżyseria. Żaden z młodych aktorów nie podołał swojej roli, a fatalna dramaturgia przedstawienia znacznie osłabiła drastyczną wymowę tekstu Marca Ravenhilla opartego na traumach i ekstremalnych doświadczeniach homoseksualnych.

Jeśli ktoś szukał odpowiedzi na motto przewodnie festiwalu czy "fajnie być Bogiem", to na VI Wybrzeżu Sztuki raczej go nie odnalazł. Zabrakło wybitnych produkcji, aktorskiego i reżyserskiego mistrzostwa, choć nie brakowało bardzo dobrego teatru. Warto w dalszym ciągu pokazywać teatralne eksperymenty, poszerzać granice prezentowanego w Trójmieście teatru o rewiry, do których rzadko sięgamy (bardzo dobry pomysł by prezentować spektakle studenckie). Okazja by bliżej przyjrzeć się w teatrze tematyce gejowskiej, bioetyce, eutanazji czy kontaktom z UFO nie trafia się często. Dobrze, że mamy festiwal, który to umożliwia.

Opinie (13) 2 zablokowane

  • (1)

    znowu unowocześnianie

    • 5 4

    • Co to "hiphopowy teatr"?

      • 2 2

  • Idea

    Ideą Festiwalu było podobno zaprezentowanie gdańskiej publiczności najciekawszych spektakli w Polsce. Nie wiem więc po co zaproszono "Balladynę" i "Shopping and fucking" ?? Oba spektakle, moim zdaniem, były beznadziejne. Ale na szczęście były na Festiwalu też spektakle wybitne... "Nietoperza" długo nie zapomnę... fantastyczny !!!! I wszystkim polecam "Czarownice ..." to jeden z najlepszych spektakli jakie widziałam w Wybrzeżu

    • 6 2

  • Zróżnicowany

    Uważam ,że każdy miał okazje na Festiwalu znaleźć coś dla siebie .Program był różnorodny ,a zainteresowanie sztuką było widać po ilości zapełnionych miejsc na widowni :) "Love & Informacion","Paw Królowej" jak dla mnie rewelacja!!!

    • 4 2

  • Ja z kolei

    cenię gdańskie spektakle oraz "Nietoperza" - naprawdę kawałek dobrego teatru. :) Nie było może największych - Warlikowskiego, Jarzyny, Lupy czy Kleczewskiej, ale to co przyjechało było całkiem niezłe.

    • 6 1

  • Fajnie być dyrektorem (teatru) (2)

    W drukowanym programie do jednej ze sztuk jaki dostępny był podczas festiwalu przeczytać można o pewnym modnym w Rosji teatrze, w którym w jednym rzędzie można zobaczyć siedzącego majętnego oligarchę jak i zwykłego robotnika z fabryki. Za pieniądze lepszego miejsca się tam po prostu nie kupi. Mimo wszystko to budzi refleksję - są więc kraje, państwa w których widz czy to majętny czy ubogi jednak na czymś siedzi w teatrze, na czymś więcej niż podłoga, albo fotel we własnych czterech ścianach bo do teatru nie poszedł bo nie było już biletów. Co do właśnie kończącego się festiwalu to trzeba przyznać, że stereotypowe wyobrażenie, że humaniści nie znają się ani na matematyce ani na fizyce sprawdziło się w praktyce. Mówiąc humanistów mam tu jednak na myśli głównie tych, którzy zajmowali się organizacją tego przedsięwzięcia. Jak się wydaje gdyby umieli liczyć to policzyli by, że w aglomeracji takiej jak trójmiasto mimo to, że kultura wyższa (nie wnikając w to jak dalece) budzi zainteresowanie co najmniej kilku procent społeczeństwa i jeśli nawet tylko ułamkowa część z tej grupy wykaże dyspozycje by zobaczyć coś co inaczej wymagało by rajdu po miastach Polski to nie zmieszczą się oni na widowni teatralnej. Wiedzieli by też, że widownie ograniczone są pewnymi ciałami sztywnymi i nie są balonikiem zrobionym z gumy, który można pompować do woli. Efekt powstał taki jak powstał - trudno się nie oprzeć wrażeniu, że środowisko społeczności związanej z teatrem zrobiło ten festiwal samo dla siebie. Miejsc około 100, karnetów w sumie przygotowanych może kilkanaście. Wejścia zasadniczo za zaproszeniami po za tym w pierwszej kolejności znajomi, znajomi znajomych i znajomi znajomych znajomych.... ewentualnie jak ktoś wykazał się refleksem to też coś mógł sobie jakiś bilet jednak kupić, gdy zwolniło się po kimś miejsce (może umarł i nie doczekał?). W końcu na niejednym spektaklu sale wyglądały jak arki noego, wypełnione po brzegi brzegów, ludzie siędzący na czym się da łącznie ze schodami, podłogą i obrzeżami, przed wejściem do nich kłebił się tłum w nadzieji, że ktoś się nad nimi zlituję i wpuści ich jeszcze do środka zanim arka noego odpłynie. Co do obsługi teatru to zdaje się, że traktowała ona jednak widzów dość humanitarnie. Nie zmienia to jednak faktu, że dziwne to sceny. Zamiast dramatu na deskach sceny dantejskie pod kasami, przed wejściami i na widowni? Kto to zorganizował i po co? - nie wiem. Zabawa to muszę przyznać dość głupia. Obsługa teatru wzrusza ramionami: jest tam w końcu jakiś dyrektor - ich to nie obchodzi, to nie ich sprawa. Jak widać oni jeszcze wierzą w dyrektora choć może wielu widzów pewnie już nie. No więc pewnie jasne: jest dyrektor choć nie ma pieniędzy na kulturę, nie ma więc też i więcej spektakli. Temat zamknięty.

    • 5 3

    • Zasadniczo nie powinno się traktować teatru, jak piekarni, gdzie kupuje się bułeczki na śniadanie, które będzie się jadło za pół godziny... Osoby, które 15 minut przed spektaklem próbują bezskutecznie kupić sobie bilet, są sobie same winne i tu nie powinno być żadnej dyskusji. Teatr to nie Multikino;-) Jak ktoś chciał, mógł bez problemu kupić bilet kilka dni przed przedstawieniem i to bez kolejek. Informacje o programie festiwalu były przecież już dużo wcześniej dostępne, chociażby na portalu trójmiasto.pl.
      Faktycznie, na poniedziałkowym "Nietoperzu" były tłumy, ale chyba każdy (co do zasady)- bez względu na miejsce na widowni, wyszedł zadowolony.

      • 5 0

    • Weryfikacja bełkotów dziennikarskich i parę osobistych spostrzeżeń po festiwalu

      Co do redaktorskiego podsumowania wyżej to w mojej opinii trąci ono płytkim dziennikarstwem - zwykłym pisaniem dla pisania. Jeśli już trzeba by coś koniecznie porównywać, oceniać, mówić co by się chciało na przykład raz jeszcze zobaczyć to ze sztuk przyjezdnych wybrał bym chyba Pawia Królowej i Love i Informacion. W pierwszym przypadku świadom jestem płytkości intelektualnego ujęcia ale cenię niezwykłe walory estetyczne krakowskiej produkcji - ponoć w Krakowie ten spektal szybko zyskał miano kultowego i to chyba nie bez powodu. Nie wiem dlaczego tak się zwykle składa, że najciekawsze artystyczno-intelektualne wytwory sączą się zazwyczaj z Krakowa. Druga z wymienionych sztuk ma trochę kabaretowo-szkolny klimat ale jej rytm i intelektualne tło dostarcza bardzo ciekawego doznania. Co do Nietoperza to jest to sztuka, którą najchętniej bym sobie mógł darować, nie pociąga mnie te połączenie wisielczego horroru a'la "straszny film" z umuzykalnioną, karnawałową dolce vita, ani zbyt filmowa scenografia ani też prymitywna polityczno-moralizatorska wymowa polegająca na sprzeciwie przeciw eutanazji (gorączkowe grzebanie w ziemi, która przypomina czeluście cmentarnych grobów, pod koniec przedstawienia oraz chwyt z "cukierkowymi" pigułkami budzący grozę w samym widzu ma sprawić, że jednak zapragnie on żyć a nie konsumować śmierć). Akurat ta sztuka zbiera najwięcej pochwał i najmniej słów krytyki ale chyba tylko dlatego, że jest tak na prawdę przeciętna i ma najlepszy odbiór wśród widzów o przeciętnym guście czyli wśród tzw. większości. Ufo Kontakt i Lubiewo to dwie sztuki, które są na poziomie. Co do Lubiewa nie wiem o jakiej pogodliwości pisze redaktor trójmiasta.pl - to jest obraz w sumie bolesny a chwilami przerażający - np. jeden z podstarzałych homoseksualistów nie przypomina sobie już czy mężczyzna jakiego potraktował nożem po nogach faktycznie się topił w rzece czy nie. Jako przedstawiciel heteroseksualnej większości do tej sztuki czułem największy dystans ale bardzo szybko zmieniłem zdanie - to nie jest sztuka tylko o pedałach, to nie studium jakiegoś wynaturzonego przypadku ale głęboka analiza społecznych mechanizmów funkcjonowania szerszej społeczności, którą pozbawiono prawa do istnienia. Trochę przypomina to też owiany tejemnicą w PRL świat prostytucji (hotele orbisowskie, przydomki nadawane osobom np. Lady Pomidorowa itd). Ostatnie sceny zapalania zniczy przypominających o osobach zmarłych na aids jako żywo nasuwają na myśl świat żydowskiego holocaustu z czasów drugiej wojny światowej (tam też mamy do czynienia z grupą społecznie wykluczoną, której odmawiano prawa do istnienia a która stanęła w obliczu zagłady biologicznej). Z tego powodu uważam ten spektakl za jeden z wartościowszych. Co do Shopping and fu**ing to lakoniczna i zdecydowana krytyka jaką redaktor prezentuje powyżej jest też zupełnie niezrozumiała. To jest sztuka napisana w końcu lat 90. na wyspach brytyjskich, która z pozycji konserwatywnej krytykuje współczesny świat konsumpcji, konsumpcji której skutki w Polsce dostrzeżono zdaje się szerzej dopiero niedawno. Krytyka ta odbywa się jednak metodą szokową poprzez uderzenie widza przedstawionymi obrazami w twarz tak mocno by w końcu się zastanowił. Paradoksalnie to właśnie środowiska konserwatywne z pobudek ideologicznych, często bez zrozumienia samej treści i wymowy sztuki prowadziły nagonkę na zdjęcie jej ze scen. Choć osobiście czuję dystans do tej takiej moralizatorskiej wymowy uważam, że sztuka ta to wyjatkowo ciekawe zjawisko artystyczne. Trudno się też zgodzić z opinią jakoby młodzi aktorzy nie przeświczyli starannie tego co pokazują. Zastanawia mnie czy recenzent w ogóle tą sztukę widział czy tylko wypisuje to i owo bo coś trzeba napisać i zganić bo płacą mu od ilości linijek? Co do Balladyny to zebrała ona największe "baty" co moim zdaniem wynika z tego, że jest trudna w odbiorze i momentami absurdalnie wulgarna. Mnie razi bardziej nadmiar techniki i dominacja ekranu. Nie sposób nie dostrzec jednak, że momentami jest urokliwa i bardzo przenikliwa. O sztuce tej sporo już pisano i taka jednoznacznie krytyczna wymowa jak w tekście redaktora nie ma pokrycia w opinii wielu znawców teatru. Pisanie, że była to nienajlepsza edycja festiwalu czy że wybór sztuk pozbawiony był pewnego ukrytego klucza to zwykły bełkot dziennikarski. Dyrekcję teatru pochwalił bym za sam pomysł realizacji i odwagę w doborze sztuk. Zganił bym ją jednak za to, że koncentrując się na kształcie artystycznym festiwalu zupełnie zapomniała o widzach - biletów na większość spektakli na małych scenach nie było nie tylko na 15 minut przed wejściem (chociaż tylko wtedy można było jeszcze liczyć na wejściówki) - nie było ich już na kilka tygodni wcześniej (chyba, że się coś zwolniło).

      • 3 4

  • Było pięknie!

    Nie rozumiem niektórych wypowiedzi...Problem z karnetami???Ja dokonałam ich zakupu bezproblemowo...Specyficznym był fakt iż nie obejmował wszystkich spektakli, ale kiedy zgłosiłam swoje niezadowolenie okazano mi pomoc.Było pięknie!!!Love&information-rewelacja!!!

    • 3 1

  • co nadal warto według Pana Łukasza (2)

    "Okazja by bliżej przyjrzeć się w teatrze tematyce gejowskiej, bioetyce, eutanazji czy kontaktom z UFO nie trafia się często. Dobrze, że mamy festiwal, który to umożliwia." - urocze podsumowanie;)

    • 1 2

    • wydaje mi się

      że właśnie teatr jest świetnym miejscem do zabierania głosu na tematy, które są trudne, kontrowersyjne czy prowokują do dyskusji. I zgadzam się z autorem, że dobrze, że zapraszane spektakle włączają się w jakimś wymiarze w polemikę na tych polach.

      Nie każdy idzie do teatru po to, aby rechotać ze śmiechu, gdy aktor wpada w ścianę udając, że jej nie widzi...

      • 4 0

    • trafne;)

      • 2 0

  • Kilka własnych spostrzeżeń po festiwalu

    Jeśli już trzeba by coś koniecznie porównywać, oceniać, mówić co by się chciało na przykład raz jeszcze zobaczyć to ze sztuk przyjezdnych wybrał bym chyba Pawia Królowej i Love i Informacion. W pierwszym przypadku świadom jestem płytkości intelektualnego ujęcia ale cenię niezwykłe walory estetyczne krakowskiej produkcji - ponoć w Krakowie ten spektal szybko zyskał miano kultowego i to chyba nie bez powodu. Nie wiem dlaczego tak się zwykle składa, że najciekawsze artystyczno-intelektualne wytwory sączą się zazwyczaj z Krakowa. Druga z wymienionych sztuk ma trochę kabaretowo-szkolny klimat ale jej rytm i intelektualne tło dostarcza bardzo ciekawego doznania. Co do Nietoperza to jest to sztuka, którą najchętniej bym sobie mógł darować, nie pociąga mnie te połączenie wisielczego horroru a'la "straszny film" z umuzykalnioną, karnawałową dolce vita, ani zbyt filmowa scenografia ani też prymitywna polityczno-moralizatorska wymowa polegająca na sprzeciwie przeciw eutanazji (gorączkowe grzebanie w ziemi, która przypomina czeluście cmentarnych grobów, pod koniec przedstawienia oraz chwyt z "cukierkowymi" pigułkami budzący grozę w samym widzu ma sprawić, że jednak zapragnie on żyć a nie konsumować śmierć). Akurat ta sztuka zbiera najwięcej pochwał i najmniej słów krytyki ale chyba tylko dlatego, że jest tak na prawdę przeciętna i ma najlepszy odbiór wśród widzów o przeciętnym guście czyli wśród tzw. większości. Ufo Kontakt i Lubiewo to dwie sztuki, które są na poziomie. Co do Lubiewa nie wiem o jakiej pogodliwości pisze redaktor - to jest obraz w sumie bolesny a chwilami przerażający - np. jeden z podstarzałych homoseksualistów nie przypomina sobie już czy mężczyzna jakiego potraktował nożem po nogach faktycznie się topił w rzece czy nie. Jako przedstawiciel heteroseksualnej większości do tej sztuki czułem największy dystans ale bardzo szybko zmieniłem zdanie - to nie jest sztuka tylko o pedałach, to nie studium jakiegoś wynaturzonego przypadku ale głęboka analiza społecznych mechanizmów funkcjonowania szerszej społeczności, którą pozbawiono prawa do istnienia. Trochę przypomina to też owiany tejemnicą w PRL świat prostytucji (hotele orbisowskie, przydomki nadawane osobom np. Lady Pomidorowa itd). Ostatnie sceny zapalania zniczy przypominających o osobach zmarłych na aids jako żywo nasuwają na myśl świat żydowskiego holocaustu z czasów drugiej wojny światowej (tam też mamy do czynienia z grupą społecznie wykluczoną, której odmawiano prawa do istnienia a która stanęła w obliczu zagłady biologicznej). Z tego powodu uważam ten spektakl za jeden z wartościowszych. Co do Shopping and fu**ing to lakoniczna i zdecydowana krytyka jaką redaktor prezentuje powyżej jest też zupełnie niezrozumiała. To jest sztuka napisana w końcu lat 90. na wyspach brytyjskich, która z pozycji konserwatywnej krytykuje współczesny świat konsumpcji, konsumpcji której skutki w Polsce dostrzeżono zdaje się szerzej dopiero niedawno. Krytyka ta odbywa się jednak metodą szokową poprzez uderzenie widza przedstawionymi obrazami w twarz tak mocno by w końcu się zastanowił. Paradoksalnie to właśnie środowiska konserwatywne z pobudek ideologicznych, często bez zrozumienia samej treści i wymowy sztuki prowadziły nagonkę na zdjęcie jej ze scen. Choć osobiście czuję dystans do tej takiej moralizatorskiej wymowy uważam, że sztuka ta to wyjatkowo ciekawe zjawisko artystyczne. Trudno się też zgodzić z opinią jakoby młodzi aktorzy nie przeświczyli starannie tego co pokazują. Co do Balladyny to zebrała ona największe "baty" co moim zdaniem wynika z tego, że jest trudna w odbiorze i momentami absurdalnie wulgarna. Mnie razi bardziej nadmiar techniki i dominacja ekranu. Nie sposób nie dostrzec jednak, że momentami jest urokliwa i bardzo przenikliwa. O sztuce tej sporo już pisano i taka jednoznacznie krytyczna wymowa jak w tekście redaktora nie ma pokrycia w opinii wielu znawców teatru. Pisanie, że była to nienajlepsza edycja festiwalu czy że wybór sztuk pozbawiony był pewnego ukrytego klucza to zwykły bełkot dziennikarski. Dyrekcję teatru pochwalił bym za sam pomysł realizacji i odwagę w doborze sztuk. Zganił bym ją jednak za to, że koncentrując się na kształcie artystycznym festiwalu zupełnie zapomniała o widzach - biletów na większość spektakli na małych scenach nie było nie tylko na 15 minut przed wejściem (chociaż tylko wtedy można było jeszcze liczyć na wejściówki) - nie było ich już na kilka tygodni wcześniej (chyba, że się coś zwolniło).

    • 0 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Legenda Radmoru - wystawa
Legenda Radmoru - wystawa
wystawa
lis'20 7-29.08
Gdynia, Muzeum Miasta Gdyni
Był sobie łowca - opowieść o ludziach epoki lodowcowej
Był sobie łowca - opowieść o ludziach...
wystawa
lut 12-30.06
Sopot, Grodzisko
Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 11:00 - 18:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie

Sprawdź się

Sprawdź się

Jedynym w Polsce przeglądem spektakli musicalowych w Polsce jest...?