Wiadomości

stat

Zbrodnia na Woyzecku - o premierze "Woyzecka" w Teatrze Miejskim

Ofiarą dzisiejszego zniewolenia, do którego dochodzi poprzez wyuzdany seks, zezwierzęcenie ludzi, folgowanie ordynarnym, prymitywnym zachciankom jest nie tylko Woyzeck (Dariusz Siastacz - po lewej). Są nimi wszyscy, którzy wpadają w sidła hedonistycznej rozkoszy i bezrefleksyjnej rozrywki.
Ofiarą dzisiejszego zniewolenia, do którego dochodzi poprzez wyuzdany seks, zezwierzęcenie ludzi, folgowanie ordynarnym, prymitywnym zachciankom jest nie tylko Woyzeck (Dariusz Siastacz - po lewej). Są nimi wszyscy, którzy wpadają w sidła hedonistycznej rozkoszy i bezrefleksyjnej rozrywki. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

"Woyzeck" to kolejny po "Urodzinach Stanleya" w tym sezonie w Teatrze Miejskim tekst poświęcony "innemu" - człowiekowi żyjącemu własnym, odmiennym od większości rytmem. Po raz drugi bohater ponosi klęskę, przegrywając sceniczną walkę o wiarygodność.



Dramat Georga Beuchnera to wnikliwe studium ludzkiej natury. Tytułowy bohater stara oprzeć się otaczającym go agresji i złu, przeciwstawiając im najprostsze, ogólnoludzkie wartości - miłość, rodzinę i dom. Woyzeck staje się figurą ostatniego sprawiedliwego, odmieńcem, na swój sposób niezłomnym, na swój sposób nieprzemakalnym. Jego dramat polega na tym, że niczym Hiob traci stopniowo wszystko, co najcenniejsze.

Reżyserka gdyńskiego przedstawienia, Katarzyna Deszcz, próbuje opowiadać o uciemiężeniu jednostki. Stara się być adwokatem autora sztuki, sławiąc nieskrępowaną wolność, której zagrażają inne rzeczy, niż dwa wieku temu, gdy powstawał tekst młodego, 22-letniego wówczas, Beuchnera. Katarzyna Deszcz wskazuje źródła dzisiejszego zniewolenia - są nimi wyuzdany seks, zezwierzęcenie ludzi, folgowanie ordynarnym, prymitywnym zachciankom oraz manipulacja innymi. Ofiarą jest nie tylko Woyzeck. Są nimi wszyscy, którzy wpadają w sidła hedonistycznej rozkoszy i bezrefleksyjnej rozrywki.

Akcja "Woyzecka" rozgrywa się w przestronnej, funkcjonalnej scenografii Andrzeja Sadowskiego - ograniczonej z trzech stron makiety kamienicy, z pustą przestrzenią dziedzińca. Dziedziniec posłuży reżyserce jako las (Woyzek Dariusza Siastacza z Andrzejem Filipa Frątczaka przyniosą stos patyków, które będą łamać na kolanie), za mieszkanie tytułowego bohatera, dziedziniec oraz miejsce ulicznego festynu, w czasie którego reżyserka pokazuje tresurę człowieka-konia (Olga Barbara Długońska w skórzanych ciuszkach sado-maso z podbijanym ćwiekami kagańcem na buzi), czy człowieka-małpy (Beata Buczek-Żarnecka), wyrażając najbardziej radykalny sprzeciw wobec postępującej dehumanizacji społeczeństwa.

Groteskowa scena ulicznej fiesty ma z góry wpisaną tezę - oglądamy moralną zgniliznę Sodomitów, przy radosnym akompaniamencie pozostałych aktorów. Banał sceny poraża nie mniej, niż jej dosłowność. Bo oto treser - Leon Krzycki - raz po raz okłada Bogu ducha winną scenę biczem, prezentując swoje "wynalazki". Na szczęście scenę przeniesioną z teatrzyku sprzed wielu, wielu lat zagłusza w końcu Woyzeck głośnym tupaniem.

Szkoda, że Dariusz Siastacz nie potrafi oddać skomplikowanej osobowości swojego bohatera. Stara się go kreować w kontrze do oryginału, utrwalonego dzięki świetnej kreacji Klausa Kinskiego w "Woyzecku" Wernera Herzoga z 1979 roku. "Woyzeck" Beuchnera to postać wzięta wprost z natury, natomiast Dariusz Siastacz lepi go z formy - kanciastego kroku, pełnego pseudożołnierskich zwrotów w tył oraz stygmatu myśliciela, objawiającego się niestety tylko w słowach. Aktor zachował bezsilność swojego bohatera nie tylko w nierównej walce ze światem, ale też w niemożności wykreowania jego dramatu. Dlatego pozostaje w cieniu jedynej intrygującej postaci przedstawienia - Marii Elżbiety Mrozińskiej.





Tylko Mrozińska podejmuje walkę o swoją postać, wyposaża ją w półcienie, których w biało-czarnym spektaklu prawie w ogóle nie ma. Jej Maria jest kobietą upadłą, świadomą swojego zatracenia, z goryczą poddającą się koguciemu Tamburmajorowi (Mariusz Żarnecki). Maria to kobieta występna, świadoma krzywdy Woyzecka, którego szanuje i ceni być może jako jedyna na świecie. Jej uległość i zdrada łączą się z wyrzutami sumienia, wstydem i bezgłośną rozpaczą.

Co jakiś czas z tautologicznej wobec akcji muzyki Ola Walickiego wyłania się motyw orkiestry, zaznaczony jednoosobowymi paradami nieszczęsnego Tamburmajora. Jego obecność wiąże się z szeregiem kuriozalnych scen, które reżyserka stara się zanurzyć w formie. Hałaśliwe dźwięki orkiestry zagłuszają krzyk, kończą sceny, są rozwiązaniem, po które reżyserka sięga często, zdając się sugerować, że "Titanic" tonie, ale orkiestra gra do końca.

Spektakl charakteryzuje chaos znaczeniowy i wyjątkowo swobodna zmiana konwencji - z realistyczne sceny golenia kapitana w symboliczną scenę "leśną", po groteskowe badania lekarskie szalonego doktora na Woyzecku, traktowanym jako okaz w zoo, nie gorzej tresowany od kreatur wspomnianego już obwoźnego teatrzyku osobliwości. Realizm jednych scen kontrastuje z abstrakcją innych, stosowanych dowolnie bez dającej się zauważyć spójnej koncepcji.

Są w tekście liczne motywy religijne. I właśnie trop biblijny wydaje się wytrychem, jakim posługuje się reżyserka. Są sodomici i nie nawrócona wprawdzie Maria-Magdalena cytująca wersety Biblii. Interpretacja ta sypie się w obliczu cierpiącego za miliony Woyzecka-Jezusa, który od początku popychany do zbrodni dokonuje ją i przez jakiś czas oddaje się rozpustnej zabawie, zanim pójdzie odpokutować swoją winę.

Moment zbrodni dokonanej przez Woyzecka to jedyna w stuminutowym spektaklu scena pełna skupienia i wyciszenia. W blasku przenikliwej czerwieni, przy wykorzystaniu gry cienia i otwarciu zamkniętej dotąd scenografii oraz nastrojowej - niestety - muzyce, nóż Woyzecka idzie w ruch. Jednak magia chwili zaraz się ulatnia, a niepotrzebnie według mnie dogrywany do końca tekst kończy się powtórzeniem tego samego motywu, przez co scena mordu i zakończenie wiele tracą.

Drugi raz piękna historia outsidera zostaje opowiedziana topornie, tracąc wiele z mocy oryginału. Największym problemem "Woyzecka" jest uboga interpretacyjnie rola tytułowa, od której najwięcej zależy. Dariusz Siastacz pozostał na powierzchni dramatu swojego bohatera. A nawoływania wyrywającego się na chwilę z letargu Obłąkanego Karola (Eugeniusz Kujawski) o wolność jednostki pozostały pustym hasłem, którego nikt nie słyszy.

Opinie (15)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

17

listopada

22. Festiwal Jazz Jantar Gdańsk, Klub ŻAK

26

listopada

Osiecka, Młynarski, Przybora Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

26

listopada

Basia Gdańsk, Stary Maneż

Rozrywka

Xanax - otwarcie nowego klubu na Tkackiej
Xanax - nowy klub na Tkackiej
Nocne spacery po Siedlcach: trwają Narracje
Nocne spacery po Siedlcach. Narracje

Kulinaria

Arco by Paco Pérez: hiszpańska kuchnia z widokiem na Gdańsk
Arco by Paco Pérez: kuchnia z widokiem
Kolejny browar rzemieślniczy w Trójmieście
Kolejny browar rzemieślniczy w Trójmieście

Planuj z nami tydzień

Narracje, półmaraton i muzyka Hansa Zimmera. Planuj tydzień
Narracje i muzyka Hansa Zimmera

Sprawdź się

Który z trójmiejskich statków-muzeum nie jest jednostką Narodowego Muzeum Morskiego?