Wyścig donikąd. O "Czyż nie dobija się koni?" Teatru Wybrzeże

Główni bohaterowie "Czyż nie dobija się koni" Robert (Piotr Witkowski) i Gloria (Katarzyna Dałek), kurczowo chwytają się maratonu tańca jako ostatniej szansy na realizację swoich marzeń, swój wyśniony bilet na salony.
Główni bohaterowie "Czyż nie dobija się koni" Robert (Piotr Witkowski) i Gloria (Katarzyna Dałek), kurczowo chwytają się maratonu tańca jako ostatniej szansy na realizację swoich marzeń, swój wyśniony bilet na salony. fot. Łukasz Głowala / trojmiasto.pl

"Czyż nie dobija się koni?" Teatru Wybrzeże odbierać można na wiele sposobów. To zarówno pozbawiona nadziei, wynaturzona, wyniszczająca rywalizacja, w której trudno wskazać zwycięzców, smutna diagnoza naszych czasów, jak i wyraźna przestroga przed wzbierającym ekstremizmem ludzi pozbawionych nadziei na godne życie. Dwa akty spektaklu to dwa zaskakująco odległe od siebie teatralne światy, o skrajnie odmiennej temperaturze i innej sile rażenia.



Powieść Horace'a McCoya, choć powstała w latach 30. XX wieku, skupia jak w soczewce wiele palących problemów współczesności. Tym właśnie aspektom, które wtedy i dziś są niezwykle aktualne, reżyser Wojciech Kościelniak poświęca zdecydowanie najwięcej miejsca w swojej wersji "Czyż nie dobija się koni?" - bardzo pojemnego i chłonnego literacko i teatralnie materiału.

Nawet jeśli poruszane problemy mają nieco inny wymiar niż kiedyś (skrajną biedę i realny głód, doświadczane w czasach wielkiego kryzysu w USA, zastąpiły poczucie braku perspektyw, niemożność samorealizacji czy brak szansy na osiągnięcie materialnego komfortu) to dojmujący marazm, wyobcowanie i piętnujące mianem nieudacznika odrzucenie przez system, nie zmienia się z biegiem lat, jedynie przyjmuje coraz bardziej upiorną maskę żarłocznego kapitalizmu. Ludzkie dramaty od zawsze przecież są doskonałą pożywką dla mas. Im bardziej widowiskowo zostaną przedstawione, tym większa szansa na "sprzedanie" ich jako atrakcyjnego produktu, przyciągającego uwagę.

Uczestnicy maratonu tanecznego w "Czyż nie dobija się koni?" doskonale wiedzą, co oznacza wielogodzinny wysiłek, jakiego się podejmują. Setki godzin spędzone w obskurnej tancbudzie (bardzo plastycznie przedstawionej przez Damiana Strynę w scenografii spektaklu) to w największym skrócie krew, pot i łzy. Taniec okazuje się tutaj niemrawym człapaniem w miejscu. Wygrać może tylko jedna para ze stu kilkudziesięciu, które postanawiają powalczyć o swój "bilet do Hollywood" - pieniądze, sławę i sukces. O takim rozwoju wypadków marzą główni bohaterowie spektaklu - Gloria i Robert - oboje niechciani, odrzuceni, przekreśleni już na starcie w dorosłość. Pomimo tego naiwnie wierzą, że wygrana otworzy im zatrzaśnięte drzwi do kariery.

Podczas maratonu tańczy się "człapanego" pod czujnym okiem sędziego, który pilnuje porządku na "parkiecie". Justyna Bartoszewicz jako Ruby i Marcin Miodek w roli Jamesa, wypadają dobrze, choć to Jarosław Tyrański (sędzia Rollo) ma swój mały spektakularny show.
Podczas maratonu tańczy się "człapanego" pod czujnym okiem sędziego, który pilnuje porządku na "parkiecie". Justyna Bartoszewicz jako Ruby i Marcin Miodek w roli Jamesa, wypadają dobrze, choć to Jarosław Tyrański (sędzia Rollo) ma swój mały spektakularny show. fot. Łukasz Głowala / trojmiasto.pl
Reżyser bardzo szybko, w teatralnym skrócie i bez wdawania się w szczegóły, wprowadza akcję do sali, gdzie bohaterowie rozpoczynają nierówne zmagania. Cały pierwszy akt okazuje się jednak dosłownym przeniesieniem marazmu, apatii i poczucia beznadziei bohaterów na scenę. Większość czasu uczestnicy maratonu spędzają na smutnym pseudotańcu, mając - w myśl regulaminu konkursu - bardzo niewiele czasu na całą resztę. Towarzyszy im groteskowo apatyczna pielęgniarka, zblazowany sędzia, nudny konferansjer, i irytujący głos z offu. Co jakiś czas, dla uatrakcyjnienia widowiska, zorganizowane zostaną dodatkowe taneczne popisy lub wyścigi eliminujące najsłabszych. Ożywienie wprowadza jedynie dowcipna, zdalnie sterowana latająca nad sceną i widownią "gruba ryba", nieuchwytna jak marzenia, po które chcą sięgnąć bohaterowie.

Zupełnie inną temperaturę ma drugi akt, w którym zmagania tanecznych maratończyków coraz bardziej schodzą na plan dalszy, zaś w centrum pojawiają się kolejne postaci "Czyż nie dobija się koni?". Aktorzy dostając od reżysera chociaż odrobinę przestrzeni, przeważnie dobrze ją wykorzystują. Większość epizodów przeradza się w małe aktorskie popisy (np. świetny monolog "skompromitowanego" konferansjera Rocky'ego w wykonaniu rozkręcającego się z minuty na minutę Grzegorza Gzyla czy zaskakujący brawurowy show sędziego Rollo, granego przez Jarosława Tyrańskiego).

Komicznie spowolnioną reakcję ma pielęgniarka Małgorzaty Oracz, zaś Maria Mielnikow-Krawczyk jako fanka maratonu tańca - pani Layden, celnie oddaje onieśmielenie osoby nienawykłej do publicznych wystąpień. Stagnację i beznadzieję bohaterów reżyser najczęściej przełamuje właśnie groteską, czy krótkotrwałymi aktorskimi rozbłyskami.

Konferansjer i jednocześnie zastępca szefa maratonu, Rocky (Grzegorz Gzyl) zaczyna spokojnie i niezbyt efektownie, jednak rozkręca się z każdym kolejnym wejściem na scenę, by w kulminacyjnym momencie wygłosić brawurowy monolog, za który podczas premiery zebrał największe oklaski.
Konferansjer i jednocześnie zastępca szefa maratonu, Rocky (Grzegorz Gzyl) zaczyna spokojnie i niezbyt efektownie, jednak rozkręca się z każdym kolejnym wejściem na scenę, by w kulminacyjnym momencie wygłosić brawurowy monolog, za który podczas premiery zebrał największe oklaski. fot. Łukasz Głowala / trojmiasto.pl
Także aktorzy grający maratończyków wyraźnie zarysowują swoje postaci, co jest o tyle trudne, że większość z nich funkcjonuje głównie na marginesie akcji, jako "żywe tło" przedstawienia. Wszyscy oni mają niekiedy tylko chwilę, gdy uwaga widzów koncentruje się właśnie na nich. Świetną, bardzo fizyczną rolę, niemal cały czas niemą, buduje Piotr Chys jako Jere - robiący dziwaczne miny troglodyta, który bardzo przejmująco wypada też protestując po przegranym wyścigu. Zaskakująco rozwiązana zostaje scena zazdrości temperamentnego Pedro (zabawnie grający z tym wizerunkiem Jacek Labijak) wobec Lilian (Magdalena Boć), ofiary brutalnego gwałtu. Justyna Bartoszewicz jako wystraszona ciężarna Ruby subtelnie podsyca z kolei agresję Glorii, stanowiąc dla niej żywą tarczę, zaś Marcin Miodek, jako James atletyczny partner Ruby, więcej wyraża mową ciała niż słowami.

W odróżnieniu od nich, główną parę - Roberta i Glorię - śledzimy od początku do końca spektaklu. Robert Piotra Witkowskiego jest zaskakująco spokojny, opanowany i skłonny do kompromisów, ale nawet na moment nie przestaje być postacią intrygującą, aż do zaskakującego, bardzo mocnego finału przedstawienia. Z kolei Katarzyna Dałek dostała zdecydowanie najtrudniejsze zadanie, bo Gloria to z jednej strony pogrążona w apatii desperatka, z drugiej zbuntowana dziewczyna z patologiczną przeszłością. Jest szorstka, prowokacyjna, agresywna i wybuchowa, z czym Dałek nie zawsze radzi sobie równie dobrze. Niekiedy huśtawki nastrojów Glorii są przez to sztuczne i mało wiarygodne, choć aktorka bardzo dobrze oddaje wewnętrznie spękanie bohaterki, miotanie się między coraz bardziej wątłą nadzieją na odmianę swojego losu a ostateczną kapitulacją.

Wszystko rozgrywa się w przestrzeni obskurnej tancbudy, w miejscu fatalnie zaniedbanym i "nadgryzionym" przez czas (scenografia Damiana Styrny).
Wszystko rozgrywa się w przestrzeni obskurnej tancbudy, w miejscu fatalnie zaniedbanym i "nadgryzionym" przez czas (scenografia Damiana Styrny). fot. Łukasz Głowala / trojmiasto.pl
Bezlitosny maraton tańca, skrojony na potrzeby publiczności, to bardzo brudna gra, w której każdy uczestnik poświęca własną godność. Ostry, momentami wulgarny język bohaterów, przemoc, seks (raczej zasygnalizowany niż pokazywany), nagość traktowana instrumentalnie, dominacja i upokarzanie kobiet - to nieodłączne elementy tego widowiska.

Wojciech Kościelniak z powieści McCoya oprócz oczywistego i uniwersalnego obrazu "wyścigu szczurów", tworzy bardzo dokładną wiwisekcję dojrzewania do zbrodni i kiełkowania ekstremizmu. W teatralnym lustrze najpierw ukazuje stan psychiczny bohaterów, potem dynamizuje akcję, rozpędzając przedstawienie aktorskimi popisami, by jednym radykalnym gestem zerwać iluzję przyjemności, zgrabnie i bardzo konsekwentnie zbudowaną w drugim akcie. Ma ku temu bardzo dobrych sprzymierzeńców w osobach Piotra Dziubka, autora doskonałej muzyki do spektaklu, Bożeny Ślagi, odpowiedzialnej za bardzo dobrze dobrane do postaci, zróżnicowane kostiumy, Jarosława Stańka (twórcę ruchu scenicznego) czy wspomnianego wcześniej Damiana Styrny.

I choć część scen "nie działa", niektóre rozwiązania są wulgarnie dosłowne (m.in. wycieranie butów, pach czy krocza o ubranie rozebranej do naga tancerki), to w efekcie powstał zdecydowanie najciekawszy od początku roku spektakl Teatru Wybrzeże.

Opinie (41)

  • recenzja również buduje napięcie (1)

    od początku oszczędna w pochwałach
    na końcu w jednym zdaniu (po przecinku) oddaje spektaklowi glorię
    zostałam zachęcona do obejrzenia

    • 22 5

    • zmienisz zdanie jak juz obejrzysz spektakl

      • 2 6

  • Byłem i zobaczyłem więcej

    Byłem na premierze.
    Autor recenzji jakoś wybiórczo ocenia aktorów tego spektaklu.
    Ja zobaczyłem, że więcej jest tych par w tle, które miały znakomite swoje 5 minut. i o nich w recenzji także należałoby wspomnieć.

    Ale w sumie to normalne u pana Ł.R.

    Brawa dla wszystkich biorących udział w spektaklu.

    • 30 4

  • Genialny tworca.

    • 11 6

  • (7)

    Czyli już od debiutanckich wystąpień promuje się rozbieranie na scenie? Co za świat...

    • 18 15

    • praca aktora (6)

      Cóż, niestety aktor musi wykonać swoją pracę tak jak widzi to reżyser, choć nie zawsze jest to zgodne z jego odczuciami.

      A najczęściej debiutanci mają niewiele jeszcze siły do przeciw wstawienia się reżyserowi. I to jest smutne.

      Smutne jest też to, że reżyserzy nawet tak znakomici jak Wojciech Kościelniak to wykorzystują i wplatają takie sceny wykorzystując młodych aktorów..

      • 11 5

      • (1)

        Bo należy rozbierać tylko aktorki powyżej 50 lat.....oczywiście wszystko powinno być aseksualne i pompatycznym przesłaniem...na końcu polać wszystkich farbą i wytarzać...tak jak robią to nasi "brutaliści" ku radości krytyków.
        W polskim teatrze mamy nagość "w co drugim przedstawieniu" i ani jednej frywolnej komedii z golasami. I to jest cały paradoks.

        • 8 5

        • W moim powyższym poście nie to miałam na myśli, że tylko 50+ rozbierać :)

          Chodziło mi tylko o ten zarzut dotyczący debiutantów - oni niestety nie mogą za bardzo protestować nawet jak im to nie w smak.

          A tak w ogóle po co ciągle rozbierać, czy na tym polega sztuka? Czy tylko to ma przyciągać widza?

          I tak czy konieczne było to w tym spektaklu? Uważam, że nie.

          Ale nagość mnie aż tak nie razi, jak ciało zarówno damskie jak i męskie jest piękne. :)

          • 16 4

      • bojkot golizny w teatrze (3)

        nagość jest w niemal każdym przedstawieniu, nie tylko w "co drugim", jak to napisał ktoś poniżej
        w większości ZUPEŁNIE NIEPOTRZEBNA
        w spektaklu " Kto się boi Wirginii Woolf? rozebrała się nawet pani Kolak; czy ona nie miała śmiałości odmówić?, wątpię, bo aktorka tej klasy mogłaby to uczynić, zwłaszcza że "ta" nagość była zbyteczna

        raczej należałoby mieć pretensje do reżyserów, dyrektora, co to myślą, że nagość przyciągnie widza

        uważam, że świadomy widz nie tego szuka w przybytku zwanym TEATREM

        • 21 12

        • zamiast wizyty w teatrze, proponuję gorzkie żale i koronkę do miłosierdzia, ku uciesze kleru. (1)

          • 14 16

          • Ja proponuję gorzkie żale, wizytę w kościele lub porządną, nie obsceniczną sztukę w teatrze.

            • 7 6

        • Sama pani Kolak mówiła, że jej golizna w tym spektaklu coś symbolizuje. Ale co prosty człowiek może o tym wiedzieć? Nie pokazuje biustu, bo musi tylko po to by coś przrkazać. Eh, co z tymi ludźmi..

          • 3 0

  • Polecam (1)

    Mocna rzecz. Hipnotyzująca. Świetna muzyka.

    • 33 6

    • dla wytrwalych. Nie wiem po co sztuka zostala przedluzona do ponad 3 h. Chyba tylko, zeby pokazac, ze uczestnicy maratonu sa tak samo padnieci jak widz.

      • 5 4

  • Rownież byłem na premierze, ale mam zgoła odmienną opinię. Pierwszy akt jest płytki, długi i nudny. W drugim troszkę się to zmienia, ale uważam, że mogłem wykorzystać w ciekawszy dla mnie sposób te 3 godziny spędzone w teatrze. Nie trzeba się ze mną zgadzać.

    • 28 17

  • Przekleństwami schamia się sztukę aktorską.

    Taka prawda.

    • 24 19

  • Aktorzy (1)

    Jak zawsze można pochwalić wyśmienity zespół aktorski Wybrzeża. Świetne wystąpienie Dałek i bardzo poruszająca rola Witkowskiego. Spektakl pokazuje - niestety - wciąż bardzo bieżące i aktualne problemy. Pomimo tego, że trwa 3 godziny ani przez chwile nie dłuży. Polecam

    • 35 6

    • Miałam tak samo. Jak dla mnie rewelacja, młodzi aktorzy prześwietni! :)

      • 12 2

  • Czyz nie dobija sie koni ?

    Dobija sie , w Janowie .

    • 25 9

  • Dno (4)

    Właśnie wróciłam z przedstawienia i nawet nie mam siły czegokolwiek pisać o tym spektaklu. Dawno nie widziałam tak nudnej i beznadziejnej sztuki.

    • 21 38

    • (2)

      Pewnie w ogóle dawno nie widziałaś sztuki :)

      • 19 7

      • Mam podobne odczucia

        • 4 6

      • Dla higieny umysłu lepiej nie oglądać tej "sztuki" w Wybrzeżu.

        • 3 11

    • Beznadziejne to masz życie...

      • 1 1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 10:00 - 16:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie
John Faltin - fotograf Sopotu
John Faltin - fotograf Sopotu
wystawa
maj 10-17.10
g. 10:00 - 16:00
Sopot, Muzeum Sopotu
Design Oskara Zięty w zabytkowych wnętrzach Dworu Artusa i Domu Uphagena
Design Oskara Zięty w zabytkowych...
wystawa
maj 12-28.11
Gdańsk, Muzeum Gdańska

Sprawdź się

Sprawdź się

Kiedy odbył się pierwszy koncert w Państwowej Operze Bałtyckiej?