Teatr na wiele sposobów. Trwa Wybrzeże Sztuki

Wybrzeże Sztuki kolejny raz przybliża mieszkańcom Trójmiasta nowe i zauważane spektakle w kraju. Pokazane dotąd spektakle gościnne to zbiór kilku całkowicie odrębnych głosów w polskim teatrze. Festiwal potrwa do przyszłego czwartku - pokazane zostaną jeszcze przedstawienia "Trędowata. Melodramat" (9.11) oraz "Wycinka" (13.11).



"Dziady" w reż. Radosława Rychcika z Teatru Nowego w Poznaniu to najciekawsze i najlepsze jak dotąd przedstawienie Festiwalu Wybrzeże Sztuki.
"Dziady" w reż. Radosława Rychcika z Teatru Nowego w Poznaniu to najciekawsze i najlepsze jak dotąd przedstawienie Festiwalu Wybrzeże Sztuki. fot. Jakub Wittchen
"Człapówki-Zakopane" w reż. Andrzeja Dziuka z Teatru im. St.I. Witkiewicza w Zakopanem obfituje w zabawne gagi i nieźle wykonane piosenki, jednak jego notę zaniża dodanie do programu kabaretu kompletnie niepasującego tu występu góralskiej kapeli.
"Człapówki-Zakopane" w reż. Andrzeja Dziuka z Teatru im. St.I. Witkiewicza w Zakopanem obfituje w zabawne gagi i nieźle wykonane piosenki, jednak jego notę zaniża dodanie do programu kabaretu kompletnie niepasującego tu występu góralskiej kapeli. www.witkacy.pl/
"Stara kobieta wysiaduje" w reż. Marcina Libera z Starego Teatru w Krakowie to spektakl pokawałkowany, fragmentaryczny i chaotyczny, z którego przebija dramat starości i przemijania zobrazowany na przykładzie Starej Kobiety w świetnym wykonaniu Anny Dymnej.
"Stara kobieta wysiaduje" w reż. Marcina Libera z Starego Teatru w Krakowie to spektakl pokawałkowany, fragmentaryczny i chaotyczny, z którego przebija dramat starości i przemijania zobrazowany na przykładzie Starej Kobiety w świetnym wykonaniu Anny Dymnej. fot. Magda Hueckel
Trójmiejska publiczność nie ma zbyt wielu szans na poznanie teatrów z innych zakątków kraju. Festiwal Szekspirowski raz proponuje szerszy, raz znacznie zawężony wgląd w polskie produkcje poświęcone twórczości Szekspira. Z kolei gdyński R@Port pogrążony jest w kryzysie więc ważne i szeroko komentowane przedstawienia od paru lat pojawiały się na tej imprezie sporadycznie. Szansą na przybliżenie repertuarów czołowych polskich scen będzie niewątpliwie działalność Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, który dwa razy w roku chce organizować przeglądu propozycji repertuarowych najciekawszych polskich scen, począwszy od scen narodowych (spektakle Teatru Narodowego w Warszawie podziwiać będzie można już w listopadzie, zaś przegląd produkcji Starego Teatru w Krakowie planowany jest na maj 2015 roku). Zaległości nadrobić można właśnie na Festiwalu Wybrzeże Sztuki, organizowanym przez Teatr Wybrzeże.

Trzy zaprezentowane dotąd przedstawienia gościnne uzupełnione zostały dwoma propozycjami Teatru Wybrzeże (ceniony i dobrze przyjęty również poza Trójmiastem "Broniewski" w reż. Adama Orzechowskiego oraz nieudany "Ciąg" w reż. Eweliny Marciniak) - oba trójmiejskie tytuły to pozycje dość świeże w repertuarze Wybrzeża, cieszące się sporym zainteresowaniem publiczności.

Pokazy gościnne festiwalu zainaugurowały "Dziady" z Teatru Nowego w Poznaniu w reżyserii Radosława Rychcika. Spektakl niezwykły już w zamyśle, wedle którego polski arcydramat Adama Mickiewicza wpisano w tradycję amerykańską. Dlatego na scenie oglądamy m.in. imitację Marylin Monroe, koszykarzy, rasizm w najczystszej postaci czy - w ostatniej, slapstickowej scenie przedstawienia - przedstawicieli Ku Klux Klanu opluwających się smażoną kukurydzą. Z kolei od początku do końca przedstawienia umieszczonego w dużej mierze na boisku do koszykówki i trybunach widzów przez akcję prowadzi Guślarz ucharakteryzowany na Jokera z filmów o Batmanie. Na jego wezwanie (część II) stawią się m.in. Rózia i Józio upozowane na Bliźniaczki z horroru "Lśnienie" czy Zosia, będąca cheerleaderką. Wszystkie te zabiegi momentami pozostają na poziomie żartu (wizerunki Rózi i Józia czy Zosi), momentami uderzają w ton serio (rozmowa Gustawa - świetny Mariusz Zaniewski - ze sparaliżowanym księdzem - w tej roli w części IV).

Rychcik ostrze ironicznej krytyki wymierza w inteligencję - jawnie, momentami bezczelnie naigrywa się z teatralnych przyzwyczajeń (cała Wielka Improwizacja to słuchowisko z wyciemnioną sceną i głosem puszczonym z offu), dba o stały dyskomfort i dysonans między zabawną, efektowną, wręcz farsową treścią a tekstem Mickiewicza, podanym bardzo wprost, z kilkoma dodatkami (np. przemówienie Martina Luthera Kinga). Świetnie brzmią kwestie Gustawa Konrada. Zaskakuje i zachwyca wyciemniona scena więzienna i pieśń gromady nagich, wtulonych w siebie wylęknionych, ale buntujących się wobec niesprawiedliwości ludzi różnych ras i narodowości. "Dziady" Radosława Rychcika to spektakl mądry i błyskotliwy, choć nieco ukryty pod efekciarskimi i niewyszukanymi zagraniami pod publiczkę. Z pewnością opinia, że to jedno z największych wydarzeń teatralnych roku nie jest przesadzona. To najciekawszy jak dotąd spektakl tegorocznego Wybrzeża Sztuki.

Oprócz "Dziadów" zaprezentowano jeszcze spektakl "Człapówki-Zakopane" w reż. Andrzeja Dziuka w wykonaniu Teatru im. St.I. Witkiewicza w Zakopanem oraz przedstawienie "Stara kobieta wysiaduje" w reż. Marcina Libera ze Starego Teatru w Krakowie.

"Człapówki-Zakopane" rozgrywa się według scenariusza, do jakiego publiczność gościnnych przedstawień teatru z Zakopanego miała okazję przywyknąć. Widzów witają górskie przysmaki (oczywiście głównie oscypki) i aktorzy wmieszani w tłum oczekujący na spektakl. Spektakl rozkręca się już w momencie, gdy widzowie zasiadają na swoich miejscach, bo aktorzy chodzą pomiędzy publicznością, zaczepiają widzów (dopytują "którędy na Człapówki?") czasem krzykną coś komuś prosto w twarz. Gdy w końcu wejdą na scenę, zaprezentują zgrabny program kabaretowy, składający się z krótkich uteatralizowanych gagów i piosenek. Najlepiej wypadają wtedy, gdy z humorem i dystansem wyśmiewają stereotypowe opinie o góralach (brawurowa scena przygotowań do zamachu na nowy hotel, zabawna jest też próba przypodobania się dziennikarce z Wielkiej Brytanii oraz świetna finałowa scena z filmu kręconego w górach).

Spektakl zespołu Teatru im. Witkiewicza to połączenie anachronicznej, ale przemyślanej kabaretowo-teatralnej formuły i dojrzałego, świadomego aktorstwa. Całość wprawdzie nieco zbyt długa, ale niepozbawiona jest uroku, nuty nostalgii i humoru. Niestety, pod koniec spektaklu na scenę wprowadzono zespół ludowy by zaśpiewał "ceprom" po góralsku, niwecząc efekt teatralny i czyniąc z finału przedstawienia obwoźny teatrzyk z folklorem góralskim. A tytułowe Człapówki to oczywiście żartobliwa nazwa mekki turystów w Zakopanem - Krupówek.

Trzecią z propozycji była "Stara kobieta wysiaduje" - sztuka Tadeusza Różewicza sprzed blisko pół wieku w reżyserii cenionego za przemyślane interpretacje Marcina Libera. Spektakl Starego Teatru w Krakowie jest pokawałkowany, chaotyczny i mętny jak zawieja, którą wywołuje uruchomienie wielkich dmuchaw podrywających do góry tysiące papierowych ścinek, imitujących zawieję śnieżną. Z chaosu wyodrębnia się nieruchoma Stara Kobieta, która wie, że jej dni są policzone i stara się łapczywie złapać ostatnie chwile. Histerycznie chce wpaść w szał kreacji i tworzenia (narodzin), który pozostaje już tylko pokrzykiwaniem. Grająca ją Anna Dymna pięknie oddaje tragizm odchodzących, opadłych z sił starszych ludzi, którzy nie są już w stanie zdobyć się na jakikolwiek gest. Jej sprzeciw pozostaje werbalny, ale rozpaczliwy, na wskroś przejmujący.

Za zasklepionym oknem jest świat po katastrofie (zobrazowany tsunami w Japonii z 2011 roku). W środku świat rozbity, zdecentralizowany, apokaliptyczny. Jednak na scenie króluje przede wszystkim chaos. Spektakl raczej rozpada się na części i sekwencje niż stanowi spójną całość. Tekst Różewicza też się postarzał. Dlatego "Stara kobieta wysiaduje" pozostawia spory niedosyt.

W ramach Wybrzeża Sztuki zobaczyć można jeszcze dwa przedstawienia - "Trędowata. Melodramat" w reż. Wojciecha Farugi z Teatru Polskiego w Bydgoszczy (9 listopada, godz. 19 na Dużej Scenie Teatru Wybrzeże, bilety 40 zł - ulgowy i 60 zł - normalny) oraz "Wycinka Holzfällen" w reż. Krystiana Lupy z Teatru Polskiego we Wrocławiu (13 listopada, godz. 18 na Dużej Scenie Teatru Wybrzeże, bilety: 60 zł - ulgowy i 80 zł - normalny).

Opinie (7)

  • Muszę się nie zgodzić z Pana recenzją "Starej kobiety". (2)

    "Spektakl raczej rozpada się na części i sekwencje niż stanowi spójną całość".
    Myślałam, że właśnie to stanowi kwintesencję twórczości Różewicza.
    Jeśli spektakl coś takiego oddaje, znaczy to, że bardzo trafnie obrazuje ideę tego dramatu w ogóle.
    Kontekst kulturalny się liczy ;)

    • 6 0

    • zgadzam sie z tą opinią (1)

      List otwarty do Pani Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Małgorzaty Omilanowskiej

      Oglądałem prawdziwe "Dziady" Mickiewicza kilkakrotnie. Ale czegoś tak okropnego, bezmyślnego i wypaczającego myśl autora jak "Dziady" Rychcika nigdy nie widziałem. Protestuję więc i nie godzę się na to aby niszczono dzieła narodowe na których się wychowałem. Które dla mnie, dla mojego pokolenia i dla naszych przodków były i pozostaną świętością - pisze Witold Sadowy.

      Wielce szanowna Pani Minister!

      Jestem jednym z najstarszych aktorów warszawskich. Debiutowałem na scenie pierwszego powojennego Teatru m. st. Warszawy (dziś Teatr Powszechny), w dniu 8 maja 1945 roku rolą Florysa w sztuce Maurycego Maeterlincka "Burmistrz Stylmondu". Kończyłem swoją karierę rolą austriackiego Feldmarszałka w "Gałązce rozmarynu" Zygmunta Nowakowskiego w Teatrze Rozmaitości (dziś TR Warszawa) w roku 1988.

      Urodziłem się w Warszawie w roku 1920. Dwa lata po odzyskaniu niepodległości. Żyłem w kapitalizmie. Przeżyłem wojnę, okupację, socjalizm i ponownie znalazłem się w kapitalizmie. Choć nie wierzyłem, że będzie to możliwe. Byłem naocznym świadkiem narodzin "Solidarności". Euforii jaka wtedy wybuchła, zjednoczenia narodu i odzyskania niepodległości. A teraz obserwuję jak to wszystko bezmyślnie niszczymy.

      Na szczęście nie wszyscy. Znałem i pracowałem z najwybitniejszymi ludźmi teatru. Z wielkimi autorytetami. Z Juliuszem Osterwą, Leonem Schillerem, Arnoldem Szyfmanem, Wojciechem Brydzińskim, Aleksandrem Zelwerowiczem, Jerzym Leszczyńskim, Mieczysławą Ćwiklińską, Leokadią Pancewicz-Leszczyńską, Marią Dulębą, Janem Kreczmarem, Januszem Warneckim, Bohdanem Korzeniewskim i wielu innymi, których nie sposób tu wymienić. Ich nazwiska można znaleźć w mojej książce "Ludzie Teatru". Nie uprawiam już zawodu, ale wciąż związany jestem z teatrem. Żyję nim. Mimo upływu lat, mój umysł funkcjonuje prawidłowo. Nadal wiem co dzieje się w świecie i w moim kraju, który zmienił się nie do poznania. Żałuję tylko, że część społeczeństwa tego nie zauważa. Oglądam wszystkie przedstawienia. Chodzę na koncerty do Filharmonii i do Opery. Piszę o teatrze. W "Gazecie Wyborczej" wspominam i żegnam odchodzących kolegów. Buntuję się i dostaje białej gorączki, kiedy słucham wypowiedzi ludzi, którzy nic nie przeżyli, ale mądrzą się. Fałszują historię i wypowiadają się autorytatywnie na każdy temat, nie mając w zasadzie nic do powiedzenia. Albo kiedy czytam takie bzdury, że prezydent Bronisław Komorowski powinien zrezygnować z namawiania społeczeństwa do głośnego czytania powieści Henryka Sienkiewicza bo to nudziarz i drugorzędny pisarzyna. Za co więc dostał Nobla? Tego już nie mówią.

      Jeszcze bardziej się złoszczę kiedy oglądam sztuki Mickiewicza, Słowackiego, Wyspiańskiego czy Fredry przenicowane nie do poznania. Wówczas się we mnie wszystko gotuje. Byłbym zdolny zlinczować tych "mędrców" gdybym miał ich w zasięgu ręki. Rozumiem, że czasy się zmieniły, że nie ma cenzury, że wszyscy wszystkich mogą opluć i obluzgać. Interpretować absolutnie wszystko w taki sposób, w jaki się komu żywnie podoba. Mamy bowiem wolność i demokrację. Niestety źle pojętą. Dlatego protestuję kiedy "nieomylni" usiłują mi wmówić, że tylko oni mają rację i że czarne jest białe, a nie odwrotnie. Potokami wody zalewają swoje bełkotliwe wypowiedzi z których nic nie wynika. Buntuję się kiedy oglądam "Wesele " Wyspiańskiego przeniesione z wiejskiej chaty do klozetu w reżyserii "genialnego" Michała Zadary. Albo telewizyjną transmisję "Dziadów" Adama Mickiewicza z Teatru Nowego w Poznaniu. Przeniesioną na siłę w realia amerykańskie przez drugiego, jeszcze większego "geniusza" o chorej wyobraźni Radosława Rychcika, któremu była Minister Kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego Izabella Cywińska, jako przewodnicząca jury przyznaje Grand Prix na Festiwalu Polskich Sztuk Klasycznych.

      A 26-letni dziennikarz Michał Centkowski wypisuje w "Newsweek'u" hymny pochwalne na jego cześć i zachwyca się "Dziadami" Rychcika, bo przecież nie Mickiewicza. Te jego "Dziady" nie mają nic wspólnego z Mickiewiczem. Reżyser nie był nawet łaskaw napisać, że to przedstawienie jest na motywach a nie autorstwa Mickiewicza. To parodia i profanacja. Dlatego protestuję i mam do tego prawo póki żyję. A nawet obowiązek, skoro nie protestuje ani Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego ani Związek Artystów Scen Polskich.

      W przeciwieństwie do tych "znawców" i "wszechwiedzących" mam tę wyższość nad nimi, że oglądałem prawdziwe "Dziady" Mickiewicza kilkakrotnie. Ale czegoś tak okropnego, bezmyślnego i wypaczającego myśl autora jak "Dziady" Rychcika nigdy nie widziałem. Przed wojną po raz pierwszy oglądałem "Dziady" Mickiewicza w Teatrze Polskim Arnolda Szyfmana w reżyserii Leona Schillera z Józefem Węgrzynem w roli Konrada-Gustawa a po wojnie w Polsce Ludowej w roku 1955 w reżyserii Aleksandra Bardiniego z Ignacym Gogolewskim i Stanisławem Jasiukiewiczem oraz w Teatrze Narodowym z Gustawem Holoubkiem w reżyserii Kazimierza Dejmka. Ponadto w Krakowie w reżyserii Konrada Swinarskiego z Jerzym Trelą. Nikt z tych wielkich ludzi teatru nie ośmielił się zrobić z "Dziadów" cyrku. Protestuję więc i nie godzę się na to aby niszczono dzieła narodowe na których się wychowałem. Które dla mnie, dla mojego pokolenia i dla naszych przodków były i pozostaną świętością .

      To prawda, że "Dziady" i dzieła naszych wieszczów nie są łatwe i wymagają myślenia.

      Ale dziś nikt nie chce myśleć. Woli śmiać się z głupich komedyjek i z płaskich kretyńskich dowcipów w pseudo kabaretach pokazywanych w telewizji. Społeczeństwo zapomniało o prawdziwym teatrze. Nie chce obciążać swoich umysłów tekstami naszych wieszczów, którzy pisali swoje dzieła ku pokrzepieniu narodu, kiedy Polska nie istniała. Kiedy była w niewoli. Pod zaborami. Kiedy trzeba było o nią walczyć. Dla dzisiejszego "odmóżdżonego" społeczeństwa są to rzeczy niewyobrażalne. Żyją w innej rzeczywistości. W wolnym kraju. Dlatego ośmieszanie przeszłości im odpowiada. A jednocześnie, co jest dla mnie rzeczą niezrozumiałą, to odmóżdżone społeczeństwo podróżuje po świecie i ogląda zabytki które przetrwały wieki ?

      Dlatego zwracam się z zapytaniem do Pani Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego której podlega ochrona naszej kultury oraz troska o zabytki, jak daleko sięga granica dowolnej interpretacji tekstów naszych wieszczów narodowych oraz naszej a także światowej klasyki która jest niszczona wariacjami obecnych twórców?

      Z wyrazami najgłębszego szacunku

      Witold Sadowy

      Warszawa 03.11.2014

      • 5 3

      • ...

        Spieprz*aj dziadu!

        • 0 1

  • Festiwal się jeszcze nie skończył ale... (1) (2)

    Festiwal co prawda jeszcze się nie skończył, może za wcześnie na podsumowania. Tym niemniej...

    Na otwarcie produkcja miejscowa. Przed premierą wiele się nie spodziewałem. Tekst Paczochy, którego dość prymitywne sztuki jakimś cudem weszły na deski Wybrzeża. Orzechowski, seryjny twórca coraz mniej śmiesznych fars. No i nazwisko Broniewski kojarzące się z apelami szkolnymi, na których zmusza się małe dzieci do recytowania narodowościowych wierszyków typu Bagnet na broń. Jednak cuda się zdarzają. Czasami ponoć nawet zwierzaki potrafią przemówić ludzkim głosem. Trzeba być optymistą. Faktycznie na sztuce Broniewski wyprodukowanej nie dawno w Teatrze Wybrzeże można się bardzo pozytywnie rozczarować. Spektakl wolny jest od wielu słabych stron jakie można było wyczuć w wielu wcześniejszych realizacjach tego teatru. Twórcy odeszli od fantazji na rzecz prawdy, od głupawki na rzecz powagi, od bełkotów na rzecz przejrzystości, od przeładowania na rzecz wyrafinowania, od przekombinowanego unowocześniania na rzecz ujęcia klasycznego, od sfery publicznej na rzecz sfery życia prywatnego, popracowali nad estetyką, zrobili porządek z ruchem scenicznym, popracowali nad dykcją. Na scenie konstelacja aktorska w najlepszym rzucie. Podobna trochę do tej z Płatonowa (gdzie prym wiódł Michał Jaros a starsze pokolenie reprezentował Robert Ninkiewicz) ale dodatkowo wzmocniona (w tym także o nowe nabytki). Przed widzem w centralnym miejscu sceny podest obrotowy, podkreślający niejako wartkość, bieg historii, upływ czasu. Ten obrotowy podest jest niczym tarcza zegara, aktorzy stojąc na nim, aby nie wypaść z właściwego kierunku, muszą ciągle się poruszać, iść, nie mogą spocząć. Dodaje to wszystkiemu wyrazistości i pewnej żywej naturalności. Dla głównego bohatera to też swego rodzaju pijacka karuzela powodująca wirowanie świata. Mało udany jest natomiast pomysł z olbrzymich rozmiarów odznaczeniem w formie zdeformowanego, pociętego żelaznego krzyża bo nie sposób się z widowni domyślić czym w zasadzie te wielkie kawałki złomu są. Uwaga skupia się na Broniewskim postaci na wskroś sprzecznej w samej sobie, targanej przez historię Polski przed i powojennej oraz przez całe spektrum ideologii. Z jednej strony żołnierz armii Andersa, Piłsudczyk, narodowiec a z drugiej strony rewolucjonista, piewca Stalina i komunista. A może po prostu pospolity polak i zwykły oportunista. No to, że alkoholik, katolik, poeta czy kobieciarz lekkich obyczajów to bym się nie czepiał bo akurat to, że ludzie dużą się czymś, mają wierzenia, jakieś uczucia, które czasami wypowiadają albo oglądają się za płcią przeciwną to mniej lub bardziej atawistyczne ale raczej nic niezwykłego. Inna sprawa, że wódka, poezja i ideologia idą ze sobą ramię w ramię wprawiając człowieka równie dobrze w błogi stan nietrzeźwości umysłu. Artyści, którzy lubią eksperymentować ze sobą i ze światem może dlatego często sięgają po środki wprowadzające ich w stan nie z tego świata przypomnijmy choćby Witkacego, który malował pod wpływem środków psychotropowych. Wracając do tego co na scenie. Niewątpliwie spektakl ma pewną moc katartyczną, stoi w opozycji w stosunku do narodowościowej propagandy i mitotwórstwa obecnego w systemie edukacyjnym. Demistyfikuje, obdziera ze skóry mity narodowe, bo pokazuje kto za ich tworzeniem stoi. Łechce zmysły szczególnie tych, którzy lubią się zwracać ku historii i polityce. Na pewno więc nie spodoba się ideologom, bo choć pod topór teatralnej karykatury idzie postać zdyskryminowana wraz z byłym systemem to jednak postać bardzo złożona i niejednoznaczna. Dlatego wielu (szczególnie starszych polaków) może dostrzec w tej postaci samych siebie. Trudno mi zweryfikować ale zdaje się, że twórcy możliwie najwierniej trzymali się biografii (w holu teatru dodali również przekrojową wystawę zdjęć poety). Sceniczna narracja przypomina nieco tą ze Sprawy Operacyjnego Rozpoznania. Zdecydowanie wolę jednak taką łopatograficzną mikrohistorię i teatralne opowiadalstwo od kolejnych prymitywnych fars. Przejrzystość na pewno jest sporą zaletą, sztuka jest przez to z pozoru łatwa w odbiorze, czytelna ale z drugiej strony powiedziałbym, że jest to i spora wada. Autorzy spojrzeli prawdzie historycznej głęboko w oczy. Powstało jednak dzieło nadwyraz otwarte, co by nie powiedzieć nie ukończone, podane z niewzruszoną obojętnością i z niejasną wymową dlatego widz aby z niego skorzystać musi się nieźle wysilić nadając własną interpretację temu co zobaczył. Trochę też słabo otworzono naturalną estetykę czasów, w których dzieje się akcja, zarysowując ją tylko delikatnie mocno sterylnymi, oszczędnymi elementami takimi jak na przykład rzędy czerwonych krzeseł, reflektory świecące czerwonym światłem na opadające płatki czy równie czerwone chorągiewki. Nie ma tu w pełni ukazanego klimatu przedwojennej Polski ani klimatu czasów powojennej komuny w Polsce. Może dlatego, że tu uwaga skupia się na życiu prywatnym Broniewskiego. Tym niemniej te znów nieco za mocno przerysowano - w dalszych, końcowych scenach Broniewski non-stop pijany chodzi w szlafroku (a czasami i bez) a scena z orderowymi poduszkami obstukana robotniczymi młotkami nadwyraz przepompowana. Zgadzam się mimo wszystko z tym, że to najlepsza produkcja na dużej scenie Teatru Wybrzeże od czasu Czarownic z Salem.

    Bardzo zaskakująca dla widza okazała się inscenizacja Dziadów mickiewiczowskich przywieziona z Poznania. Choć niektórzy trójmiejscy widzowie zetknęli się już z tą produkcją podczas tegorocznego Openera w Gdyni. Tą lekturkę szkolną opakowano bowiem w kostium amerykańskiego pop-artu. Egzotycznie wyglądający aktorzy witają widzów już w holu teatru a opisany przez Mickiewicza pogański zwyczaj nawiązywania kontaktu ze zmarłymi przodkami zwany dziadami (od ubogich, starych ludzi, którzy robili za pośredników z tamtym światem) przypomina przerobiony na karnawał Halloween. Guślarz na scenie wszak z twarzą wymalowaną właśnie jak na Halloween zaczyna prowadzić paradę upiorów. Przerobienie to jednak żadne bo obie tradycje mają wspólne korzenie - w przeciwieństwie do wprowadzonego później przez chrześcijaństwo, niejako w opozycji, święta zmarłych. Twórca inscenizacji doszukał się w tekście Mickiewicza pewnych uniwersaliów przedłużając je na grunt Ameryki a raczej na teren zamerykanizowanej pop-kultury. Automat do Coca-coli, pop-corn, odbiornik telewizyjny z lat 60-tych, boy hotelowy, czarnoskórzy aktorzy, sportowe, młodzieżowe ubrania wycięte jakby z teledysków MTV. Jednak jeszcze więcej odwołań intertekstualnych do kinematografii (zdominowanej przecież tak wielce przez Amerykę) co by wspomnieć na przykład: postać farbowanej blondynki - Marilyn Monroe, bliźniaczków z Kubicka czy pani Rollison. Ksiądz z Dziadów natomiast na wózku inwalidzkim Stephena Hawkinga. Powiedziałbym, że wywołany efekt estetyczny bardzo ciekawy bo zobrazować klimat Ameryki w sumie za pomocą skromnych środków to jednak spore wyzwanie. A to się udało tu doskonale. Oczywiście bardziej tu chodzi o wrażenie niż o jakiś bardziej wnikliwy obraz Ameryki - bo takowego tu w ogóle nie ma. Tak pokazane dziady to swoiste dziady za wolność naszą i waszą. Uniwersalia, o których wspomniałem to pewne ideowe wizje równości (podczas spektaklu można nabyć program spektaklu, którego prawie cała zawartość to Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ). Paralele polskiego kontekstu z amerykańskim faktycznie łatwe do wychwycenia choć z pozoru nieoczywiste. Dziś może Ameryka kojarzy się z niezrozumiałym dla polaka egalitaryzmem i skrajną bezceremonialnością. Nie od zawsze taka jednak była i nie wszędzie tak jest. Amerykanie wszak byli w eksterminacji natywnych nacji równie skuteczni (a nawet bardziej skuteczni) niż naziści w odniesieniu do wybranych narodowości w Europie. O ile jednak zachodnia Europa a potem Ameryka wzbogaciła się na wyzysku (nie tylko czarnych) koloni to Polska sama pozostawała jedynie wyzyskiwaną kolonią skolonizowana przez swych sąsiadów ze wschodu i zachodu. Tożsamość polaka, zaszczepiana przemocą symboliczną biednym dzieciom w szkołach podstawowych to tożsamość ofiary i męczennika. Znamienny jest jednak swoisty syndrom para-sztokholmski jaki ta ofiara doznała. Po wielu latach przestawania ze swoimi katami zapragnęła być sama katem, zapragnęła być taka sama jak oni fakt, że narodowi faszyści imponują wielu polakom to nie bajka. Popularność populistycznych ekstremistów prawicowych w krajach poradzieckich to kwintesencja, podobnie jak i ostatnia scena spektaklu (tu twórca wyszedł poza mickiewiczowską narrację), w którym czarnoskóra pani Rollison zabija domniemanych członków Ku Klux Klanu (balujących sobie bez skrupułów przy stole). Oto ofiara stała się katem. Publiczność bije prawo. Standing ovation. Współczesny polak już nie chce być ofiarą, w końcu też chce być katem, szczerze nienawidzi wszystkiego co obce, nie swojskie, czerwone, czarne czy zielone (z ufoludkami i innymi przybyszami z Gwiezdnych Wojen włącznie). Czy więc próba popularyzacji w Polsce Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka coś zmieni?

    • 0 0

    • Festiwal się jeszcze nie skończył ale... (2)

      Trzecia propozycja festiwalowa: Człapówki. Nota bene pokazana na scenie przy Sopockim Monciaku, który w lecie tak przypomina zakopiańskie Krupówki. I tu też znowu karnawałowo, aktorzy w holu zarówno przed jak i po spektaklu. Klimat jednak dość specyficzny, swojko-zakopiański a'ła Golonka. Akcja dzieje się w przedwojennym Zakopanem. Teatr dość totalny, lekko kabaretyzujący, utrzymany w konwencji nieco absurdalnej komedii jednak oprócz humoru sporo głębszych myśli filozoficznych, duża dawka piosenki aktorskiej przy wtórze równie golcowatej orkiestry. Całość dość specyficzna i klimaciarska jednak pozostawiająca wesoły i pozytywny nastrój. Powiedziałbym, że doskonała, lekka a niegłupia zabawa. Całość zdecydowanie na plus.

      No i Stara kobieta wysiaduje. Dość typowy egzemplarz Różewicza z całą dawką groteski i absurdalnego przesuwania kategorii. W centralnym miejscu Anna Dymna, która jednak nie jest w tym wszystkim żadną dziarską babą raczej reprezentuje pierwiastek żeński, to raczej niespełniona nigdy do końca, wiekowa matka ziemia. A na ziemi jak to na ziemi, kataklizmy, powodzie, wojny światowe i te mniejsze, krzyki. Słowem permanentny stan ekstremalny jak na jakieś stacji antarktycznej (na scenie dmuchawy rozdmuchujące zaspy plastykowego śniegu). Wokół niej pełno nasienia męskiego pod różnoraką postacią: nieposłuszny kelner, mężczyzna z wysokimi dystynkcjami marynarskimi, wojskowy pilot śmigłowca, ranny żołnierz nie chcący umierać, fryzjer polujący na muchy, adwokat przemieniający się potem w księdza w różowej sutannie, w końcu poeta, i inni. Do tego żeński chórek- stanowiący jedynie przedłużenie tego męskiego świata bowiem stworzony na wzór i zgodnie z męskim pożądaniem (trzy łagodne dziewczyny z odkrytymi udami, w artystycznych kostiumach akompaniujące na fortepianie). Wydarzeniem samym w sobie jest tu pojawienie się na gdańskiej scenie Anny Dymnej, która tak mocno zapisała się w historii nie tylko polskiego teatru i kina (ciekawie czy do dziś dostaje listy od amantów, którzy po obejrzeniu filmów z jej udziałem nie skojarzyli, że to było kręcone lat temu kilkadziesiąt). Wszak to żadna popfigura raczej wręcz przeciwnie, aktorka związana ze środowiskami akademickimi, z życiem artystycznym Krakowa mimo wszystko, mimo upływu lat budzi sporo sympatii. Doskonale się też wpisuje w rolę jaka jej w tym spektaklu przypadła. Dużo bardziej cenie aktorów, którzy potrafią w swych scenicznych kreacjach wykorzystać swoje naturalne przymioty ciała i ducha niż tych, którzy chcą na scenie pokazać, że są kameleonami totalnymi a jeśli trzeba mogą nawet przemienić się w zupełnego błazna. Ostatecznie efekty artystyczne uzyskane w tym pełnym znaczeń spektaklu na pewno bardzo ciekawe.

      Ale festiwal na razie się nie skończył. Czekam na dokładkę

      • 0 0

    • Drogi Krytolu

      Dobrze, że sztuka wywołuje rożne emocje i jest różnie odbierana, ale przypisy typu spiep.... dziadu pod poprzednią opinią nie świadczy o Twojej wysokiej kulturze. Bez komentarza.

      • 1 0

  • Trędowata czyli hipoteza trzeciej płci.

    Na pierwszej stronie programu sztuki głowa kobiety w plastikowym worku. Może ta kobieta właśnie jest u fryzjera lub kosmetyczki w czasie zabiegu poprawiającego jej urodę? Worek jednak jest tak założony, że bardziej przypomina to worek, w który wkłada się zwłoki po śmierci. Trędowaty natomiast to ktoś którego ciało wyraźnie jest naznaczone chorobą a tym samym wywołuje w swym społecznym otoczeniu paniczny odruch unikania, odruch ucieczki. Teatr Polski z Bydgoszczy przedstawił w swej sztuce ( Trędowata Melodramat ) bardzo ciekawą hipotezę hipotezę istnienia trzeciej płci. I nie chodzi tu o jakąś tam kolejną mutację homo czy trans (tym bardziej, że rozgłos wszystkich tych orientacji jest nieproporcjonalny, statystycznie rzecz biorąc wszak można by istnienie ich wszystkich zignorować). Jak wiadomo są niedojrzałe płciowo dzieci potem płeć pierwsza czyli mężczyźni, płeć druga czyli kobiety. I czy jest coś jeszcze? Tak. Otóż są bezpłciowe istoty w tym sensie, że zostały wyłączone z gry o reprodukcję. Są to kobiety w zaawansowanym wieku mające menopauzę za sobą (ale i te jeszcze jakiś czas przed pewnie łatwo wrzucić do tego samego worka). Bynajmniej pokazane przedstawienie oparto na kanwie napisanego melodramatu napisanego w latach międzywojennych. Powieść Heleny Mniszkówny jest tu jednak jedynie wehikułem dla konsekwentnie rysowanego obrazu na scenie. Zmieniona została też na swój sposób fabuła choć ta nowa całość ma charakter odwspółcześniony słowem na scenie postacie arystokratów w strojach z epoki (tu warto dodać, że to znakomicie dodaje tej produkcji blichtru teatralnego i monumentalności). Pierwsza scena gdy ordynat Waldemar Michorowski (grany przez znanego z wybrzeżowej sceny Piotra Domalewskiego) pojawia się nago przed guwernantką Stefanię Rudecką starszą od siebie kobietą być może o ćwierć wieku. A ta patrzy na niego, chyba chce patrzeć - to zapowiedź tego czego w oryginale tekstu nie było a co de facto widz w tym spektaklu zobaczy. W jednej z kolejnych scen nestor rodu Maciej Michorowski poprowadzi pogrzeb ściskający za serce. Odsłonięte ciało ukazuje widzom zdechłego psa. Nie ma żadnych powodów by nie sądzić, że faktycznie nie o ciała psa tu chodzi ale o to co dzieje się z ciałem kobiety wraz z wiekiem. W całym przedstawieniu nad sceną góruje olbrzymich rozmiarów zwierciadło, w którym odbijają się sceny grane na deskach. To teleskopowych rozmiarów zwierciadło przypomina trochę jakieś duże ciało na nieboskłonie (może księżyc tak często obecny w romansach), a może jakieś bóstwo, które patrzy i wszystko widzi, bóstwo dominujące, wszechwładne, które lustruje życie oraz wygląd kobiety i osądza ją. Powiedz lustereczko przecie, kto jest najbrzydszy na świecie? Paskuda, paskuda, paskuda - powtarza wielokrotnie krzykiem załamany tym hrabia Treska odmawiając w końcu po wielu latach kopulacji ze służącą Maryną. Lucio (Maciej Pesta) w dewiacyjnym odruchu zerwie swojej matce perukę, ubranie, obsypie twarz pudrem i umaluje ją szminką jednak tak, że bardziej będzie przypominać zdeformowanego klauna czy upudrowanego trupa niż elegancką kobietę. Oto jak wygląda mająca już swoje lata matka w oczach syna. La petite mort czyli malutka śmierć to słowa wypowiada Lucio do Stefanii podczas lekcji francuskiego najlepiej ilustrują temat. W jednaj z kolejnych scen polowanie, jednak nie ulega wątpliwości na kogo te psy ujadają i kto ma być ofiarą to Stefania ostatecznie będzie musiała zamoczyć dłoń w krwi dzika. Nikt jakoś kobietom nie mówi w szkołach o faktycznej nierówności płci, feministki też lubią przemilczeć niewygodne fakty. Wiek nie umniejsza wiele mężczyźnie a raczej przeciwnie, wraz z wiekiem mięśnie mężczyzny są silniejsze, nawet jeśli jest nieco mniej sprawny to nadrabia to nabytymi umiejętnościami ale przede wszystkim nawet w bardzo zaawansowanym wieku mężczyźni są płodni, kobiety tracą płodność zwykle w okolicach 40-tu, 40-tu kilku lat. Dlaczego tak się dzieje, chyba do dziś nie ma pewności choć najczęściej mówi się, że natura pozbawiła starsze kobiety możliwości rodzenia z uwagi na zbyt duże ryzyko z tym związane. Życie kobiety, tej kobiety zasadniczej od dojrzewania do menopauzy trwa około 25 lat. W jednej ze scen widzimy teatr w teatrze kiedy to na scenie odegrany zostanie taniec dwóch owadów faktycznie życie kobiety jest trochę jak życie motyla. Motylek może jest piękny ale jego czas przemija nieubłaganie. Ze zrozumiałych względów mężczyźni nie interesują się starszymi kobietami, bo ci którzy mieli takie upodobania w odległej przeszłości nie mogli pozostawić po sobie potomstwa, które by również miało takie upodobania. Faktycznie nikt nie informuje wprost kobiet, że około 30 roku życia ich szanse na małżeństwo spadają gwałtownie a po 30 roku życia statystyczne prawdopodobieństwo zawarcia związku małżeńskiego szybko dąży do zera. Ten brak symetrii płci szczególnie widoczny jest w małżeństwie, bo co ma zrobić mężczyzna, nadal w pełni sił witalnych gdy jego dawna wybranka jest już na oucie? Oczywiście kobiety zostają matkami (potem babkami), mogą pracować lekko lub ciężej, prowadzą gospodarstwo domowe albo zostają businesswomen, piastują urzędy. Oczywiście. Są to istoty trzeciej płci. Ale czy w tym zaawansowanym wieku też romansują? Czy melodramat to coś co dotyczy także ich? Czy mają jakieś życie erotyczne? seksualne? Takie pytanie stawia przedstawiony spektakl. I faktycznie trudno na to znaleźć odpowiedź. W jednej ze scen arystokratyczni członkowie rodu podejmują temat czarnych niewolników faktycznie dobrze jest mieć czarnego niewolnika. Zważywszy wzrost popularności turystyki seksualnej wśród zamożnych a dojrzałych kobiet trzeba by zapytać czy faktycznie dojrzałe kobiety marzą o egzotycznych, czarnych muskularnych lowelasach z dużym przyrodzeniem? Czy to tylko marginalne zjawisko czy coś sugerującego powszechne pożądanie wśród trzeciej płci? Jednak jak faktycznie wygląda życie tej trzeciej płci tak surowo sądzonej przez wielkie zwierciadło? Ciężkie jest pewnie życie trędowatej zamkniętej w społecznym pudełku, tresowanej niczym grająca na niby i biegająca do drzwi i z powrotem Melania (tresuje ją jej ojciec hrabia Barski). Można się przeciwko temu zbuntować jak Rita, która otrzymując w prezencie suknie (która ma kształtować jej wizerunek) odmawia jej założenia. Ale czy to coś zmienia? Czy można zmienić przeznaczenie wszechmocnego zwierciadła? Czy można uciec przed deszczem kopciuszkowych pantofelków opadających w jednej ze scen (wszak to pantofle kobiety podkreślają/określają pożądany wzór piękna kobiecych stóp)? Spektaklowi towarzyszy też muzyka o poszarpanych, dartych (jakby fałszywych) tonach podkreślająca obraz rozdźwięku w wizerunku kobiety. Nie wiele chyba wiadomo faktycznie o życiu kobiet w dojrzałym wieku. Próżno szukać monografii na temat trzeciej płci (może jakiś jajogłowy się zmiłuje i ją napisze). Ostatecznie trudno powiedzieć czy twórcy tego przedstawienia nie popełnili jednak kardynalnego błędu: błędu perspektywy. Bo czy faktycznie nie jest tak, że kobiety po przekroczeniu pewnego wieku wolą już być zwolnione z udziału w bezpośrednich grach płciowych? Czy nie wolą pozostawić tego rozdziału za sobą i żyć zupełnie innym dojrzałym życiem. Może wcale nie chcą, nie mają ochoty na żaden melodramat. Jeśli tak jest przedstawiona sztuka nie miały by więc sensu.

    • 0 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 10:00 - 16:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie
Design Oskara Zięty w zabytkowych wnętrzach Dworu Artusa i Domu Uphagena
Design Oskara Zięty w zabytkowych...
wystawa
maj 12-28.11
Gdańsk, Muzeum Gdańska
Chopin & Friends - Koncerty Fortepianowe
Chopin & Friends - Koncerty Fortepianowe
muzyka poważna
maj 13-30.12
g. 19:30
Gdańsk, Kościół Św. Katarzyny

Rozrywka

Kulinaria

Sprawdź się

Sprawdź się

W jakiej placówce muzealnej znajduje się obraz "Morze" Michała Gorstkina Wywiórskiego?

 

Najczęściej czytane