Wiadomości

Taneczny dialog z muzyką. Po Gdańskim Festiwalu Tańca

Najnowszy artukuł na ten temat

Dzieci, czyli kłopoty. O trójmiejskim spektaklu "Mayday 2"

Gdański Festiwal Tańca jest okazją, by spojrzeć na taniec z nieco innej perspektywy niż ta, którą zapewniają nam na co dzień trójmiejscy tancerze. Łączenie muzyki i tańca, na czym oparto tegoroczny program GFT, niejednokrotnie dało ciekawe efekty, choć większy niż zazwyczaj związek z muzyką dotyczył ledwie kilku przedstawień. Poziom festiwalowych prezentacji nie zawsze stał jednak na zadowalającym poziomie.



Ernesto Edivaldo w duecie z Hauschką zachwycili techniką i zaskoczyli swobodą improwizacji na najwyższym tanecznym (Ernesto) i muzycznym (Hauschka) poziomie.
Ernesto Edivaldo w duecie z Hauschką zachwycili techniką i zaskoczyli swobodą improwizacji na najwyższym tanecznym (Ernesto) i muzycznym (Hauschka) poziomie. fot. Dominik Staniszewski / trojmiasto.pl
Estetyczną ciekawostką był zaledwie 15-minutowy, rozegrany w konwencji groteskowego horroru, żartobliwie nawiązujący do techniki origami występ Japonki Misato Inoue w spektaklu "Black Swan".
Estetyczną ciekawostką był zaledwie 15-minutowy, rozegrany w konwencji groteskowego horroru, żartobliwie nawiązujący do techniki origami występ Japonki Misato Inoue w spektaklu "Black Swan". fot. Paweł Wyszomirski / Klub Żak
"There is a name for it" w wykonaniu Edivaldo Ernesto i Judith Sánchez Ruíz w odważnej, momentami bardzo brutalnej formie przedstawia relacje damsko-męskie.
"There is a name for it" w wykonaniu Edivaldo Ernesto i Judith Sánchez Ruíz w odważnej, momentami bardzo brutalnej formie przedstawia relacje damsko-męskie. fot. Paweł Wyszomirski / Klub Żak
Aurora Lubos w swoim przedstawieniu "Nie wolno" z pogranicza teatru i performance na temat nieludzkiego wyzysku małych dzieci w krajach trzeciego świata wystąpiła razem z kilkuletnią córeczką.
Aurora Lubos w swoim przedstawieniu "Nie wolno" z pogranicza teatru i performance na temat nieludzkiego wyzysku małych dzieci w krajach trzeciego świata wystąpiła razem z kilkuletnią córeczką. fot. Paweł Wyszomirski / Klub Żak
Aż czwórka tancerzy została nagrodzona podczas Solo Dance Contest 2014 - międzynarodowego konkursu tanecznego, organizowanego z okazji Gdańskiego Festiwalu Tańca. Wyróżniono Manuela Rodrigueza (pierwszy po lewej stronie zdjęcia), Stefano Fardelliego (drugi z lewej), Marion Alzieu (trzecia od lewej) i Marinę Mazaraki (druga od prawej strony).
Aż czwórka tancerzy została nagrodzona podczas Solo Dance Contest 2014 - międzynarodowego konkursu tanecznego, organizowanego z okazji Gdańskiego Festiwalu Tańca. Wyróżniono Manuela Rodrigueza (pierwszy po lewej stronie zdjęcia), Stefano Fardelliego (drugi z lewej), Marion Alzieu (trzecia od lewej) i Marinę Mazaraki (druga od prawej strony). fot. Paweł Wyszomirski / Klub Żak
Festiwal podzielony został na dwie części. Pierwsza, konkursowa, obejmowała zmagania młodych tancerzy w pokazach solowych w ramach Międzynarodowego Konkursu Solo Dance Contest. Spośród 33 zakwalifikowanych do I etapu konkursu tancerzy do finału wybrano sześcioro z nich. Międzynarodowe jury konkursu zdecydowało się rozłożyć pulę nagród (6 tys. euro) na czworo tancerzy - po 2 tys. euro otrzymali Manuel Rodriguez z Hiszpanii i Marina Mazaraki z Grecji, zaś po 1 tys. euro Marion Alzieu z Francji oraz Stefano Fardelli z Włoch. W finale znalazł się jeden Polak - Dominik Więcek. Trójmiasto reprezentowała Agnieszka Kamińska z Teatru Amareya ze swoim solo "with-in" (w konkursie brał również udział były tancerz Bałtyckiego Teatru Tańca - Łukasz Przytarski). Taki, nieco kurtuazyjny werdykt osłabia prestiż nagrody, stanowi jednak szerszą przepustkę do promocji nagrodzonych artystów na innych europejskich festiwalach, co jest jednym z celów organizatorów konkursu.

Druga część festiwalu to przegląd spektakli tanecznych, poświęconych szeroko pojętym dialogom muzyki i tańca. Głównym punktem przeglądu był występ duetu Hauschka (pseudonim Volkera Bertelmanna) - Edivaldo Ernesto w spektaklu "An encounter of improvised music & dance". Ten pierwszy to obdarzony charyzmą i lekkością do improwizacji muzyk, drugi - wybitnie sprawny fizycznie i technicznie tancerz, potrafiący utrzymać energię i dramaturgię występu od pierwszej do ostatniej minuty, "grając" każdym fragmentem ciała. Niezwykła, imponująca ekspresja Ernesto budzi zaskoczenie, bo tancerz wytrzymuje szaleńcze tempo swojego występu. To może bardziej performance niż spektakl - Ernesto, wykorzystując swoje możliwości fizyczne, dialoguje z Hauschką, domagając się mniej lub bardziej intensywnego dźwięku, który staje się bodźcem do kolejnej, niezwykle wyczerpującej improwizacji. Obaj artyści pozostają ze sobą w ciągłym kontakcie i reagują na muzykę (Ernesto) i ruch ciała (Hauschka). To wirtuozerski popis obu z nich, choć zgodnie z nazwą "An encounter of music & dance" nie ma żadnej określonej historii. Jest to spotkanie dwóch wyjątkowych artystów, nie ograniczane koncepcją czy ściśle określonym scenariuszem a po prostu możliwościami ludzkiego ciała.

Z innych propozycji podkreślających ponadprzeciętną rolę muzyki wspomnieć należy o "Cargo" - emocjonalnej opowieści o dramacie mieszkańca afrykańskiego Konga, zatańczone przez pochodzącego z tego kraju Faustina Linyekulę. Spektakl opierał się na opowieściach i tańcu do puszczanej przez siebie muzyki. Prościutka struktura spektaklu, zakończonego miniprezentacją zdjęć z rodzinnych stron tancerza, nużyła. Ciekawiej Linyekula wypadł w śpiewie i tańcu, choć i tu były momenty dużo słabsze.

Bardzo nierówny okazał się "Soul Project" połączonych łódzko-krakowskich sił Pracowni Fizycznej, EST i Hurtowni Ruchu w reżyserii cenionego choreografa Dawida Zambrano. Spektakl jest składanką popisów solowych 10 tancerzy, którzy sporadycznie aktywnie współuczestniczą w swoich występach. Ponieważ w przedstawieniu nie ma podziału na scenę i widownię, podczas występów kolegów tancerze zamieniali się w widzów. Improwizacja każdego wykonawcy dyktowana była czasem utworu muzycznego, do którego była wykonywana. Ponieważ poziom tańczących był bardzo nierówny, oglądaliśmy też bardzo zróżnicowane jakościowo występy.

Większa rola muzyki, czy raczej warstwy brzmieniowej, cechowała także dwie premiery Trójmiejskiej Korporacji Tańca. W spektaklu-performance Aurory Lubos "Nie wolno" głosów użyczają dzieci tancerki, które powtarzają drastyczne w wymowie treści na temat współczesnego niewolnictwa - wyzysku kilkuletnich dzieci, pracujących nawet po kilkanaście godzin dziennie w krajach trzeciego świata (produkując wyroby chętnie przez nas kupowane, jak baloniki). Ostry sprzeciw wobec takich praktyk tancerka podkreśliła obecnością na scenie swojej kilkuletniej córeczki. To surowy, szczery spektakl. Aurora Lubos użyła dość odważnych, ale skutecznych środków, by o dramacie dzieci opowiedzieć bez powabu czy patosu w sposób prosty i zapadający w pamięć.

Inaczej jest w przypadku "Drzewa" Larysy Grabińskiej. Tancerka technicznie cały czas się rozwija, jednak reżysersko i choreograficznie powinna korzystać z pomocy bardziej doświadczonych kolegów. Drzewo w przedstawieniu ma być m.in. wyrazicielem miłości - już na poziomie pomysłu budzi to spore wątpliwości. Niestety, w spektaklu największym atutem tancerki okazuje się jej śpiew i zespół muzyczny, który gra na żywo podczas spektaklu, a scena, w której Grabińska przez kilka minut po prostu chodzi dookoła sceny najlepiej opisuje poziom choreografii tego przedstawienia.

Pozostałe spektakle do nurtu "SoundSpaceS" wtłoczyć można raczej tylko na siłę. Bardziej odpowiednim byłoby dla nich hasło związane z emocjami, w kilku przypadkach połączonych z relacjami damsko-męskimi. Najbardziej drastyczny przykład to "There is a name for it" w wykonaniu Edivaldo Ernesto i Judith Sánchez Ruíz. Tancerze kreślą z pozoru zwykłą relację, która z czasem potwornieje i przeradza się w pełną agresji walkę o dominację, zakończoną brutalnym pobiciem kobiety. On w szybkich płynnych ruchach, ona nieco wolniej i mniej dokładnie za pomocą ciała oddają (i wyolbrzymiają) emocje buzujące w każdym dłuższym związku. Spektakl prowadzony jest bardzo serio, a rozdzierający krzyk tancerki pod koniec spektaklu brzmi jak rozpacz pokonanego na polu bitwy wojownika. W odbiorze spektaklu jednak nieco przeszkadza dysproporcja w umiejętnościach technicznych Ernesto i Sánchez Ruíz.

Na podobny temat jest drugi po przedstawieniu Hauschki i Ernesto najjaśniejszy punkt festiwalu - "The Intention" zespołu NeonDance z choreografią Adrienne Hart. Julia Roberts i David Lloyd tańczą otoczeni niezwykłą, jak na teatry tańca scenografią, zbudowaną ze zwisających z sufitu rur. Ich taniec jest pełen gracji i miękkości. To opowieść o uczuciach, bliskości, odrzuceniu, złości, nienawiści, przemocy czy pojednaniu, tańczonych przeważnie wspólnie, przy bardzo dużym kontakcie fizycznym. Ten wysmakowany wizualnie i kompletny tanecznie spektakl wzbogaca bardzo dobra ścieżka dźwiękowa duetu Nils Frahm i Anna Müller.

Jako estetyczną ciekawostkę potraktować można dynamiczny, ledwie 15-minutowy spektakl "Black Swan" (Czarny łabędź) Japonki Misato Inoue. Tancerka najpierw "wykluwa się" z formy na oczach widza, by zaraz brutalnie zderzyć się ze światem i desperacko starać sobie w nim poradzić. Ten rozgrywany w konwencji horroru spektakl był jednym z ciekawszych tanecznie akcentów GFT.

Festiwal zakończył premierowy występ "AD" Krzysztofa "Leona" Dziemaszkiewicza, w którym za pomocą swoich performerskich działań Dziemaszkiewicz ponownie odkrywa to, co go nurtuje - bezsilność wobec formy, fizyczne ograniczenia ciała, kreację, przebranie.

Gdański Festiwal Tańca nie jest i nie ma być reprezentatywnym przeglądem tańca współczesnego, kojarzonego z teatralnym offem. To raczej próba zmiany optyki, odświeżenia spojrzenia na taniec dla trójmiejskiego środowiska tanecznego, które stanowi najliczniejsze (choć i tak niezbyt okazałe) grono widzów. GFT jest festiwalem bardzo niszowym, adresowanym do pasjonatów, teoretyków i praktyków tańca. Dla osób spoza tego grona w wielu przypadkach mało zrozumiały. Jego wartość jest jednak niepodważalna - jako jedyny w Trójmieście pozwala skonfrontować umiejętności naszych tancerzy i zaproszonych gości oraz pozwala obejrzeć taniec z różnych stron świata.

Opinie (4)

  • Impreza środowiskowa, dla przyjaciół organizatorów. Szkoda, że nie interesuje ich festiwal dla ludzi i robią imprezkę dla siebie... :(

    • 5 5

  • Bardzo fajny festiwal

    • 3 1

  • Tak to festiwal dla swojego towarzystwa, miernosc nad miernosciami. Bez zmian.

    • 3 1

  • Bailando ... tu cuerpo y el mio llenando el vacío, subiendo y bajando ...

    Bardzo ciekawa impreza. Najlepszy kąsek organizatorzy pozostawili na dzień ostatni gdy na scenie pojawił się NeonDance. "Intencja" (a może zamiar) - spektakl taneczny zapierający dech w piersiach oparty na kanwie dialogu mężczyzny i kobiety, całość w oprawie scenografii (podwieszone z sufitu, licznie i gęsto rury, nieco kojarzyły się z lasem, ciężkimi pniami drzew a może raczej kijami bejsbolowymi) i doskonale komponującej się muzyki. Niewiele gorzej wypadł jakże inny tanecznie a jednak podobny w ujęciu występ Edivaldo Ernesto w parze z Judith Sánchez Ruíz. Na pewno też pozostawił doskonałe wrażenie niezwykle pomysłowy choreograficznie i scenograficznie japoński Czarny Łąbędź - tak miniaturowy w swojej formie niczym drzewko bonsai - trwał bowiem niespełna 15 minut. Do udanych pokazów zaliczył bym też "Cargo" - impresję taneczną z Konga.

    Z polskich realizacji: Larysa Grabińska pokazała "Drzewo" - to chyba kontynuacja jej poprzedniego "Głodu". W sumie ładna dziewczyna i ładna realizacja, okraszona też ujęciami prezentowanymi na ekranie, jednak nie za bardzo rozumiem co mają znaczyć te jej mlasko-siorby na scenie i dlaczego akompaniujący jej zespół swoim strojem przypominał egzotycznych artystów z bandów popowych lat 70-tych - takich jak np. Bony M (??).

    Wysoką formę artystyczną potwierdził również Leon (Dziemaszkiewicz) prezentując "AD." W pierszych scenach widzimy artystę boksującego worek bokserski i "namaszczającego" się pobielałą cieczą. Potem ujęcie filmowe na ekranie gdzie performer porusza się po lesie na czworakach niczym jakiś "niższy" od człowieka naczelny przemierzający obrzeże lasu tropikalnego w pobliżu sawanny. Tam napotyka pakunek, który roztwiera żębami (jak pies albo mężczyzna plądrujący kobiece genitalia) i wydobywa z niego kraciasty garnitur. Wówczas już na dwóch nogach wędruje dalej, zbiera bukiet kwiatów (niczym jakichś kwiatów lotosu). I w tym momencie jest powrót do akcji scenicznej - rozpocznie się właściwy rytuał przejścia. Zebrane kwiaty teraz rozłożone zostaną w krąg, pojawi się mnisi śpiew i mglisty dym/czad - Leon kierowany kolorowymi światłami podsufitowymi będzie przebiegał niczym szczur przez labirynt. Przy tym biegnący wydaje się być cały czas w fazie laminalnej (zawsze połowa jego ciała oświetlona jest innym światłem). Rytuał kończy się i kończy się spektakl? Czy bohater doznał przemiany idąc tak pokazaną drogą i czy pierwszse sceny (boksowanie i "namaszczanie" ciała czymś podobnym do kosmetyków ) to droga alternatywna, komplementarna czy może zdyskryminowana. Czy jednak autor nie popełnił błedu w swym założeniu kontrastując "prymitywną" fizyczność z kulturą. Wszak jednego nie można oddzielić od drugiego a kultura może człowieka przemienić równie dobrze jak i zniewolić i "wykrzywić".

    Ciekawie i zaskakujący okazał się drugi z "performerskich" spektakli przygotowany przez Aurorę Lubos, która na scenie wystąpiła w formie rozmnożonej (ze swoją małą córką). Posługując się prostymi środkami skontastrowano tu obrazy pracy dzieci (może także metaforycznie) z krajów trzeciego świata z obrazami balujących ludzi z krajów bogatych (baloniki - te początkowo wszak w rękach samych widzów, ognie sztuczne na ekranie, taniec performerki przyodzianej w złocistą sukienkę, rozpylany przez artystkę zapach wanilii). W scenach początkowych widz słyszy i widzi głosy dzieci, na ekranie skalista ściana skrobana metalowym przedmiotem przez dziecko, piasek wysypany na scenę i uderzenia bicza mówią same za siebie. To ciekawy głos w dyskusji nad porządkiem społecznym współczesnego zglobalizowanego świata. Wszak mamy niejako postkolonializm a dyskurs antropologii choć wnika w zjawiska globalne ucieka od mieszania się w politykę. Może jednak racje ma Antonio Negri, który w "Imperium" postuluje istnienie globalnego systemu podporządkowania, kontroli i zniewolenia.

    Na pewno warte uwagi było też zaprezentowane na otwarcie przedstawienie "zrabowali mi składaka", które miało sportretować w pozytywny, rozrywkowy sposób wolne życie ludzi bezdomnych. Choreograficznie pomysłowe i dość oryginalne. Na koniec artyści nieco akrobatycznie układają wysoką piramidę z kartonów (chyba długo to ćwiczyli ;). Tym niemniej nie sądze by życie bedomnych wałęsających się po śmietnikach, wygrzebujących kartony itp. było takie beztroskie i sielankowe jak ujęli to artyści. Można się na scenie zabawić w bezdomnego i jest zabawnie ale inaczej to niestety wygląda to faktycznie na ulicy.

    Tu się lista dobrych słów zaczyna konczyć. Pewnym urozmaiceniem i wzbogaceniem były na pewno spektakle o charakterze impowizatorskim: Ernesto Edivaldo w duecie z Hauschką, Soul Project. Osobiśnie jednak nie poważam sobie improwizatorów. Wiara, że w ten sposób można wyprodukować jakieś wielkie dzieło jest moim zdaniem naiwna. Dlatego też zupełnie nie zrozumiałe są moim zdaniem zachwyty nad przydługimi konwulsjami zaprezentowanymi w tych odsłonach (szczególnie te uniesienia nad tym co pokazał Ernesto Edivaldo). Masakryczny okazał się też spektakl New (dis)order Ramony Nagabczyńskiej. Przekombinowane i chaotyczne momentami układy można by jakoś przeboleć a całość potraktować jako farsę taneczną podszytą pewną filozofią na temat tańca. Nie wiem jednak po co autorzy zadają widzom ból fizyczny muzyką o głośności powyżej progu bólu. Jeśli ktoś chce sobie nadwyrężyć błony bębenkowe w uszach, tak by je potem leczyć przez dwa tygodnie, to może to zrobić w wielu innych miejscach - nie musi chyba przychodzi na spektakl. Gneralnie masakra - ktoś to ponoć jeszcze nagrodził - to chyba dowód tylko na to, że w gremiach jurorskich zasiada coraz więcej naćpańców. Do przegranych zaliczyłbym też retroseksualne przedstawienie "Chorzy na miłość" (Teatr w Twojej Głowie). O ile teneczne układy może by i jakoś uszły to całość ujęta w operomydlany klimat "M jak mdłość" budzi spory opór. Nie wiem czy taki był zamysł autorów (sceny jak z filmu niemego - na ekranie wyświetlane dosadnie, łapatologicznie teksty, które mają komentować i tłumaczyć to co dzieje się na scenie). Do tego nijak nie wbogacająca całości scenografia w postaci "nawiedzanego" przez tańcerzy punktu stolikowego z różnymi "artykułami spożywczymi".

    W sumie jednak można powiedzieć, że Gdański Festiwal Tańca to impreza dużego kalibru artystycznego, o charakterze międzynarodowym, realizowana w miłym okresie długich i ciepłych dni czerwcowych. Na widowni sporo osób, które raczej widuje się częściej na scenach tanecznych. W tym roku sporo też widzów w wieku dojrzalszym, starszym. Nie wiem co się stało z młodzieżą w tym roku, która zwykle tańcem w różnych formach żywo się interesuje (?) Bynajmniej nie jest to jednak festiwal tylko jakiejś ezoterycznej grupy fanatyków tańca. Faktycznie prezentowana tu sztuka leży gdzieś na pograniczu kultury symbolicznej i kultury fizycznej (a z tą drugą wśród artystów powiedzmy sobie szczerze bywa mówiac oględnie bardzo różnie). Jednak to powiązanie obu form kultury jest istotnym walorem imprezy, stanowi też o jej wyjątkowości. Nie wiem skąd oczekiwania, że to ma być jakiś reprezentatywny przegląd tańca współczesnego czy festiwal teatralnego off-u (?). To drugie oczekiwanie to już zupełna bzdura. Generalnie dało się odczuć (szczególnie na początku festiwalu) odejście od tego co było pokazywane choćby przed rokiem - tak więc sporo tańca (w klasycznym rozumieniu) a mniej "ruchu scenicznego" czy happenningów, mniej układów zbiorowych a znacznie więcej "solówek".

    Tak więc na pewno sztuka tu prezentowana mogła by zainteresować wiele osób. Może i dobrze, że festiwal przebiega w kameralnej formie i "niedzielne" masy tu nie docierają. Jednak wiele pustych miejsc jakie pozostały na widowni mogło by się pewnie zapełnić gdyby nie nieporadność i głęboki debilizm osób odpowiedzialnych za nazwijmy to "relacje z odbiorcami" (co by nie nadużywać słowa marketing). Nie wiem na przykład po co organizatorzy blokowali sprzedaż blietów na Kartę do Kultury aż do 30 maja albo po co komu banery reklamowe w Galerii Bałtyckiej - być może to z uwagi na koneksje sponsorskie - jednak szukanie tam koneserów sztuki tanecznej to głęboka bezmyślność. Być może po prostu trzeba wymienić dyrekcje w tym przybytku kultury, skoro nie panuje nad tym co się dzieje. Szkoda by dobrą imprezę zaniedbaniami psuł ktoś totalnie nieporadny w tym co robi.

    • 0 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Rozrywka

Rysownicy z Trójmiasta komentują protest
Rysownicy z Trójmiasta komentują protest
Naukowiec z Gdyni w nowej edycji "Top Model"
Gdynianin walczy o sławę w "Top Model"

Kulinaria

Co warto mieć w domowej spiżarce? Mądre zakupy
Co warto mieć w domowej spiżarce?
Bary i puby komentują obecną sytuację
Bary i puby komentują obecną sytuację

Sprawdź się

Jak nazywa się styl architektoniczny, którego przykładem jest Zielona Brama w Gdańsku?