Relacjonowanie Tołstoja. O "Śmierci Iwana Iljicza" w Teatrze Wybrzeże

Rodzina Gołowinów w "Śmierci Iwana Iljicza" uwięziona jest w przedziwnym bezczasie, zjednoczona we wspólnym, pozbawionym większych emocji oczekiwaniu nieuniknionego.
Rodzina Gołowinów w "Śmierci Iwana Iljicza" uwięziona jest w przedziwnym bezczasie, zjednoczona we wspólnym, pozbawionym większych emocji oczekiwaniu nieuniknionego. fot. Łukasz Unterschuetz / trojmiasto.pl

Teatr Wybrzeże sięgnął po klasykę światowej literatury. "Śmierć Iwana Iljicza" Lwa Tołstoja została zuniwersalizowana, a młodzi twórcy spektaklu przyglądają się sytuacji, w której rodzinne relacje weryfikuje ciężka choroba głowy rodziny. Jednak zaskakująco zachowawcza, bardzo statyczna adaptacja tekstu Tołstoja na scenie Staraj Apteki, niestety, rozczarowuje pomimo przekonującej tytułowej roli Krzysztofa Matuszewskiego.



Nowela Lwa Tołstoja to przenikliwe studium rodzinne w sytuacji granicznej. W dosłownym sensie - towarzyszymy rodzinie w momencie śmierci Iwana Iljicza Gołowina i za pomocą reminiscencji poznajemy przeszłość i obserwujemy ostatnie chwile tytułowego bohatera. W sensie metaforycznym Tołstoj przygląda się motywacjom i reakcjom domowników na ciężką chorobę jednego z członków rodziny, odmalowując szeroki wachlarz postaw i emocji towarzyszących jego chorobie, która do góry nogami wywraca domowy ład i porządek.

Repertuar Teatru Wybrzeże do końca marca


Iwan Iljicz pragnie przyjemnego, łatwego życia i tym właśnie kieruje się podejmując życiowe wybory. Mozolnie wspina się po szczeblach kariery, by w pewnym momencie zdystansować swoich kolegów dzięki niespodziewanemu awansowi. Licząc na to, że małżeństwo poprawi komfort życia, Iwan decyduje się poślubić Praskowię Fiodorowną. Jednak małżeństwo i życie rodzinne okazuje się dużo bardziej skomplikowanym "projektem" niż mu się wydawało. Wszelkie plany i oczekiwania rujnuje choroba. Stan, w którym mężczyzna się znajduje, pozwala mu skonfrontować się z rzeczywistością i dokonać nietypowego rozrachunku z bliskimi.

Na scenie najlepsze wrażenie robi Iwan Iljicz Gołowin w wykonaniu Krzysztofa Matuszewskiego, który bardzo dobrze oddaje lęki i obawy bohatera związane ze śmiercią.
Na scenie najlepsze wrażenie robi Iwan Iljicz Gołowin w wykonaniu Krzysztofa Matuszewskiego, który bardzo dobrze oddaje lęki i obawy bohatera związane ze śmiercią. fot. Łukasz Unterschuetz / trojmiasto.pl
Reżyser Franciszek Szumiński wspólnie z dramaturgiem spektaklu Małgorzatą Jakubowską bardzo wiernie podążają za tekstem i myślą Lwa Tołstoja, usuwając z tekstu opisy sugerujące jego XIX-wieczny charakter, uproszczając go i modyfikując w sposób możliwie najprostszy i zrozumiały. Zapożyczają nawet od Tołstoja narrację trzecioosobową - wszyscy bohaterowie o Iwanie Iljiczu, włącznie z nim samym, mówią w trzeciej osobie, de facto relacjonując i streszczając widzowi nowelę Tołstoja.

Wszystko rozgrywa się w XIX-wiecznym pokoju dziennym, w którym zaskakuje przytłaczająca pustka. Chociaż bohaterowie siedzą za stołem, w tle jest niewielki kredens i toaletka, a po bokach znajduje się kilka krzeseł i ozdobny stolik, to w scenografii Katarzyny Kornelii Kowalczyk dominują monumentalne, pokryte tapetami ściany, w których bohaterowie spektaklu wyglądają jak figurki w domku dla lalek. Ważnym detalem jest monstrualny grzyb pod tapetami, sugerujący, że nie tylko Iwana Iljicza, ale też cały dom toczy choroba. Z takim wystrojem koresponduje muzyka opracowana przez Marcina Nenko i Franciszka Szumińskiego oraz kostiumy Katarzyny Kornelii Kowalczyk.

Zaskoczenie, irytacja, niezgoda na rzeczywistość, a potem dojmujące poczucie osamotnienia towarzyszą tytułowemu bohaterowi spektaklu przez cały czas choroby, pomimo obecności rodziny.
Zaskoczenie, irytacja, niezgoda na rzeczywistość, a potem dojmujące poczucie osamotnienia towarzyszą tytułowemu bohaterowi spektaklu przez cały czas choroby, pomimo obecności rodziny. fot. Dominik Werner / Teatr Wybrzeże
W bardzo statycznym, niemal pozbawionym ruchu spektaklu, trudne zadanie czeka aktorów, mających uprawdopodobnić dramat rodziny Gołowinów. Na pierwszy plan wysuwa się siłą rzeczy tytułowy bohater sztuki - grany przez Krzysztofa Matuszewskiego - Iwan Iljicz. Z niemal dziecięcym zdziwieniem obserwuje świat wokół siebie, w którym z dnia na dzień stał się zbędnym, niepasującym do pozostałych elementem układanki. Szamoce się w tej sytuacji jak ryba wyrzucona na brzeg, przy coraz większym zniecierpliwieniu najbliższych. Matuszewski z dużym wyczuciem prowadzi tę rolę aż do finału spektaklu.

Zimną bezwzględność skrytą pod powierzchownym ciepłem i fałszywą troskę o małżonka bezbłędnie oddaje Małgorzata Brajner w roli Praskowii Fiodorownej. Na szczerość i bezpośrednią krytykę wobec pozostałych pozwolić sobie może jedynie sługa Gierasim w wykonaniu debiutującego w Teatrze Wybrzeże Roberta Ciszewskiego. Jako przedstawiciel prostego ludu Gierasim dostał w pewnym sensie rolę arbitra wobec postaw pozostałych bohaterów, z czym Ciszewski radzi sobie naprawdę nieźle. Bezbarwna i pozbawiona konsekwencji jest rola Lizy w wykonaniu Katarzyny Z. Michalskiej. Z kolei Piotr Łukawski jako narzeczony Lizy Fiodor Pietrowicz Pietryszczew spełnia właściwie rolę dekoracyjną i niczym nie zapisuje się w pamięci.

Przestrzeń spektaklu zaskakuje pustką, a wielkie ściany pokryte tapetami nabrzmiałe są od grzyba. W scenografii Karoliny Kornelii Kowalczyk choroba toczy więc nie tylko Iwana Iljicza, ale też jego dom rodzinny.
Przestrzeń spektaklu zaskakuje pustką, a wielkie ściany pokryte tapetami nabrzmiałe są od grzyba. W scenografii Karoliny Kornelii Kowalczyk choroba toczy więc nie tylko Iwana Iljicza, ale też jego dom rodzinny. fot. Dominik Werner / Teatr Wybrzeże
Szkoda, że reżyser tak kurczowo trzyma się litery tekstu, niemal rezygnując z inscenizowania spektaklu, który długi fragmentami sprawia wrażenie próby stolikowej, a nie gotowego przedstawienia. Aktorzy przez większość spektaklu siedzą, sporadycznie wędrując z miejsca w miejsce, często milknąc, pozostawiając widzów w męczącej ciszy. Przez to niespełna półtoragodzinny spektakl dłuży się, a nadużywanie pauzy staje się irytującą manierą. Momentów, które wprowadzają ożywienie w ten emocjonalny stupor jest bardzo mało. Poza wybuchami Iwana Iljicza, jest to na przykład zabawa ojca z córką - moment zapomnienia w pełnej goryczy chorobie.

Wszystkie sceny Teatru Wybrzeże


Gdańska "Śmierć Iwana Iljicza" to zimna, bardzo pesymistyczna wiwisekcja dramatu głównego bohatera. Jednym z jej najjaśniejszych punktów (obok scenografii) jest umiejętna gra świateł reżyserowanych przez Daniela Sajuana Cieplewskiego. Przedstawieniu nie można odmówić żelaznej wręcz konsekwencji. Jednak jego forma rozczarowuje pomimo tego, że Krzysztof Matuszewski wiarygodnie odmalował lęki i obawy związane ze śmiercią. Niestety, pomimo wagi tematu, spektakl ogląda się jak wspomniany domek dla lalek, który ulatnia się z pamięci zaraz po wyjściu teatru.

Opinie (38) 3 zablokowane

Wszystkie opinie

  • (1)

    To jeden z najgorszych spektakli w ostatnich latach w Wybrzeżu

    • 16 15

    • Skoro Orzechowski dał szansę młodemu reżyserowi - Szumiński chyba jest tuż po szkole - to mógł chociaż zasugerować sprawdzonego dramaturga, a nie równie młodą Jakubowską. To, że oni są prywatnie parą (na premierze leżeli na sobie na schodach...) to chyba nie znaczy, że muszą pracować razem, bo nic dobrego z tego (jak na razie) nie wynika. Widać jedynie brak pomysłów podniesiony do kwadratu: beznadziejna reżyseria i równie nieprzekonująca dramaturgia. Kompletnie nieudane przedstawienie. Wróżę szybkie zejście z afisza, jeszcze przed wakacjami.

      • 7 8

  • Pełna zgoda z recenzją

    Gra aktorska na bardzo dobry poziomie, ale sama sztuka.. porażka :-(

    • 17 10

  • Wspaniałe przedstawienie (5)

    Uważam, że to jedno z najciekawszych przedstawień w TW, od wielu lat, choć na pewno nie dla wszystkich. Misternie skonstruowane,
    uczciwe, bez królującej w większości
    taniości i banalności. Teatr skupiony na relacjach, na słowie, obrazie. Wspaniałe prowadzenie aktorów. Gorąco polecam tym wszystkim którzy szukają czegoś więcej niż tylko taniej rozrywki. Pani Malgosia Brajner perfekcyjna i zachwycająca a pan Matuszewski w końcu inny niż zawsze - głęboki, po prostu bardzo dobry.

    • 16 17

    • (4)

      Faktycznie - na premierze wstały dwie osoby. Pan był jedną z tych osób? Tata Szumińskiego? :D

      • 5 3

      • (1)

        A wie pan, że patrząc na pana Franciszka Szumińskiego pomyślałem, że chciałbym mieć takiego syna:) skromnego ale znającego swoją wartość, pracowitego, utalentowanego i szanującego ludzi, czego serdecznie Panu/Pani życzę. Z pozdrowieniami

        • 3 3

        • Zabawne! A Pan myślał, że w jaki sposób młody reżyser będzie się zachowywać na widowni podczas premiery jednego ze swoich pierwszych spektakli? Chyba Pan pomylił zawód (początkującego) reżysera teatralnego z celebrytą z pierwszych stron brukowców, skoro Pan podziwia, że Szumiński był skromny... A jak Pan oceni pracowitość Szumińskiego z pracą wykonaną rok temu przez Stępnia (też młody reżyser) w Gdańsk? Moim zdaniem trzeba bardzo rzadko chodzić do teatru, aby zadowolić się spektaklem wyreżyserowanym przez Szumińskiego. Niestety, bo życzę gdańskiemu teatrowi jak najlepiej...

          • 6 4

      • (1)

        Tata Szuminskirgo był dzień po premierze

        • 1 0

        • Regino - to był żart, który miał zobrazować fakt, że premierowa publiczność chłodno przyjęła spektakl... A aż dwie osoby, które tego dnia oklaskiwały spektakl na stojąco, były sporym zaskoczeniem.

          • 5 1

  • Spektakl dla wymagającego widza (3)

    Bardzo surowa opinia Pana Redaktora... Spektakl nie jest łatwy w odbiorze. Porusza trudne tematy. Raczej statyczny. Wymaga skupienia i chęci wsłuchania się w tekst. Przyjemny w obrazie, głęboki, poruszający, ludzki... Gra aktorska całej ekipy znakomita. Scena z Panią Brajner zbierającą rozbite szkło - świetna. Pan Łukawski w opowieści o dziadku i łuku - fantastyczny. Rzeczywiście - jest ryzyko, że sztuka prędko spadnie z afisza, bo widzowie szukający łatwej rozrywki będą zawiedzeni. Według mnie wypoczęty widz poszukujący prawdziwego teatru powinien wyjść zadowolony...

    • 18 9

    • scena ze szkłem nudna i pretensjonalna (1)

      spektakl po prostu nieudany

      • 5 5

      • Piękny

        Spektakl nie dla każdego widza . Dla mnie jest wspaniały

        • 3 5

    • Dobrze byłoby, abyś - pisząc swoje wrażenia - nie siliła się na tak wartościujące określenia, które mają wzmocnić Twoją samoocenę. Skąd pewność, że to spektakl dla wymagającego widza? A może to doskonałe przedstawienie dla niewymagającego widza? Przecież tego nie da się zmierzyć. Opisuj spektakl, a nie siebie, Wymagający Widzu Poszukujący Prawdziwego Teatru (a co to jest? :-)))). Pamiętaj też, że pomiędzy tym spektaklem a "łatwą rozrywką" jest całe spektrum różnych możliwości. Teatr ma sporo do zaoferowania, a nie tylko - jak sugerujesz - przeciwne bieguny.

      • 7 3

  • no niestety sie zgadzam (1)

    nudny jak flaki z olejem

    • 11 13

    • ja rozumiem, że miało być mądrze, filozoficznie i w ogóle inteligentnie... ale co z tego skoro nie ma napięcia, są dłużyzny i po prostu nuda.

      • 8 4

  • Piękny spektakl

    Piękny spektakl . Oczywiscie nie dla wszystkich . Trzeba wejsc od samego początku w spektakl. Jestem zachwycona .

    • 9 9

  • rewelacyjny spektakl, warto zobaczyć (8)

    Zdecydowanie nie zgadzam się z recenzją.

    Spektakl jest w głównej mierze spokojny, ale na pewno nie nudny, ma mnóstwo przepięknych wizualnie scen, porusza bardzo dobrze trudne tematy, subtelna forma jest jak najbardziej na miejscu.

    Wielki szacunek dla reżysera, wszystkich aktorów, dramaturga, czy scenografki, wyjęli z dość niescenicznego tekstu jego istotę i szczerze ukazali na scenie, warto się wybrać i zobaczyć coś bardziej skomplikowanego, niż kolejna farsa, bo taki teatr p o r u s z a i daje do myślenia.

    • 11 8

    • (5)

      A czy mógłby Pan napisać, które sceny są przepiękne wizualnie? Pytam z ciekawości, bo trudno mi sobie wyobrazić, który fragment uznał Pan za wizualnie urzekające...

      • 6 2

      • (4)

        Scena palenia cygara przez świetną w roli Katarzynę Michalską,
        zbieranie szkła, samo rozsypanie go,
        operowanie światłem podczas gry w karty,
        czy sekwencja jakby to uznał pan Rudziński "wędrowania z miejsca na miejsce" do muzyki skomponowanej do spektaklu

        • 1 5

        • Świetna Michalska. Hahahahahah. Toć to jakiś oksymoron.

          • 0 2

        • (2)

          Czyli widać, że niewiele Tobie do szczęścia potrzeba. Powinieneś częściej chodzić na np. czytania dramatów. Niemal wszystkie wyglądają podobnie.

          • 3 0

          • To czego w takim razie ty sie spodziewałeś po spektaklu na małej scenie? (1)

            • 0 0

            • To nie jest mała scena, ale Stara Apteka, a Wybrzeże ma jeszcze mniejszą Malarnię czy malutką Czarną Salę. Regularnie gra też na Kameralnej, która ma porównywalne gabaryty do Starej Apteki, którą określasz mianem małej sceny, choć jest stosunkowo normalnych rozmiarów. Tutaj naprawdę problemem nie jest wielkość sceny... Na niewielkich scenach potrafią powstać świetne, dynamiczne, doskonale pomyślane spektakle. Zresztą Stara Apteka jest też doskonale technicznie wyposażona.
              Skąd wniosek, że mała scena = tego typu spektakl? Przestrzeń aż tak dużo nie narzuca twórcom. Porównaj ten spektakl choćby ze "Śmiercią komiwojażera" (graną w Aptece) albo z dawnymi "Amatorkami" (granymi na jeszcze mniejszej Malarni). Masz totalnie trzy różne inscenizacje, a wszystkie są stworzone w małej przestrzeni, stąd wniosek, że przestrzeń nie ma decydującego znaczenia.

              • 4 0

    • A on żyje (1)

      • 0 0

      • Angelo, chyba nikt nie wie, o co Ci chodzi...

        • 3 0

  • wielka szkoda (5)

    Szkoda, że recenzent nie rozumie spektakli, które mają trochę więcej pauz, czy poruszają bardziej złożony temat

    Chyba, ze chodzi tu po prostu o to, że reżyser jest bardzo młody i to czysta zazdrość?

    • 16 14

    • (2)

      Ale dlaczego sądzisz, że recenzent nie rozumie takich spektakli? Chyba p. Rudziński dość wyraźnie wyłożył, że rozumie to przedstawienie, tylko uważa je za nieudane. To chyba dwie różne rzeczy...
      Skąd ten pomysł dotyczący zazdrości?! I o co - o zawód czy wiek, bo nie możesz się zdecydować. Bardzo słabo, że wkładasz w usta p. Rudzińskiego takie dyrdymały...

      • 9 2

      • (1)

        P. Rudziński jako wady spektaklu wylicza bezruch aktorów, czy ciszę, które są w tym przedstawieniu bardzo wymowne i zdecydowanie współgrają z inscenizacją, dlatego moim zdaniem po prostu nie rozumie idei.

        Natomiast jeśli recenzent uważa, ze spektakl powinien w większości składać się z momentów ożywiających to wydaje mi się że ma dość proste, banalne wręcz pojęcie o sztuce.

        • 2 5

        • Ale czy nie rozumiesz, że ocenianie czegoś jako wymownego bądź nie, współgrającego bądź nie, jest skrajnie subiektywne? Ktoś może pójść na ten spektakl i mieć podobne wrażenia jak p. Rudziński, natomiast ktoś inny może mieć opinię podobną do Twojej. I kto ma rację? Każdy. Każdy ma swoją rację. Ty natomiast nie potrafisz zaakceptować tego, że p. Rudziński ma inne zdanie od Twojego, tylko zamiast się skupić na wyrażeniu własnej opinii i uargumentowaniu jej, piszesz, że skoro p. Rudziński nie myśli tak, jak Ty to oznacza, że się nie zna na takim teatrze! Litości!!!
          Aby upaść jeszcze niżej, zarzucasz mu zazdrość - albo o zawód reżysera, albo o młody wiek reżysera (swoją drogą - p. Rudziński nie jest wiekowy, aby zazdrościć komuś młodości).
          Na koniec proponuję wrócić do podstawówki i nauczyć się czytać ze zrozumieniem. P. Rudziński wymienia kilka elementów tego spektaklu (cisza, bezruch, wypowiedzi w 3 osobie), które są nadużywane i w efekcie powodują olbrzymi dystans. Przecież p. Rudziński nigdzie nie napisał, że spektakl powinien składać się wyłącznie momentów ożywiających, tylko sięganie po taką ilość dystansujących środków traktuje jako wadę akurat tego spektaklu.
          PS Mam nadzieję, że Twoje niebanalne pojęcie o sztuce jest poparte dorobkiem i/lub kierunkowym wykształceniem. W przeciwnym razie - trochę to blado wypada, że zarzucasz kierunkowo wykształconemu dziennikarzowi brak kompetencji, jeżeli sam ich nie masz.

          • 3 0

    • Nowatorski spektakl (1)

      Klasyka przedstawiona w ciekawy sposób z zaskakującym pomysłami reżysera. Harmonijnie,w ascetycznym rysunku całej sztuki połączona gra aktorów, ich"wyłączanie" i obecność fizyczna-z muzyką, światłem. Redaktorze,wróć na widownię. Wielu z nas może podjąć pytanie Iwana Ilicza - czy moje życie było dobre i co się właściwie kończy:życie czy...śmierć. Idźcie na sztukę.Warto.

      • 1 3

      • Zaskakujące pomysły reżysera - możesz konkretnie? Pytam z ciekawości.

        • 2 1

  • Opinia wyróżniona

    Poprawianie autora to

    najczęstszy błąd dzisiejszych ludzi teatru . Gdyby Tołstoj chciał napisać dramat mówiący o śmierci Iwana Ilijicza , to by napisał. Według pisarza ta tematyka najlepiej się wyraża w opowiadaniu, "i to by było na tyle".

    • 6 6

  • Warto!

    Gorzki i flegmatyczny spektakl o bezsensie życia i śmierci. Gra aktorska na wysokim poziomie. Przy ostatnich premierach Teatru Wybrzeże to miłe zaskoczenie.

    • 4 2

1

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Legenda Radmoru - wystawa
Legenda Radmoru - wystawa
wystawa
lis'20 7-29.08
Gdynia, Muzeum Miasta Gdyni
Był sobie łowca - opowieść o ludziach epoki lodowcowej
Był sobie łowca - opowieść o ludziach...
wystawa
lut 12-30.06
Sopot, Grodzisko
Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 11:00 - 18:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie

Sprawdź się

Sprawdź się

Jedynym w Polsce przeglądem spektakli musicalowych w Polsce jest...?