Wiadomości

stat

Prawa kobiet, rewolucja i gilotyna - o "Olimpii z Gdańska" Opery Bałtyckiej

Bezsprzecznie najjaśniejszym punktem "Olimpii z Gdańska" jest główna bohaterka dzieła, Stanisława Przybyszewska, w kolejnej bardzo dobrej kreacji Anny Mikołajczyk.
Bezsprzecznie najjaśniejszym punktem "Olimpii z Gdańska" jest główna bohaterka dzieła, Stanisława Przybyszewska, w kolejnej bardzo dobrej kreacji Anny Mikołajczyk. fot. Krzysztof Mystkowski / KFP

Choć w rzeczywistości ich losy nigdy się nie złączyły, w operze "Olimpia z Gdańska" stanowią nierozerwalną, pełną zaskakujących zbieżności całość. Stanisława Przybyszewska i Olimpia de Gouges nabierają charakteru dzięki odtwórczyniom głównych partii. Niestety, poza bogatą, choć nierówną muzyką Zygmunta Krauzego i kreacją Anny Mikołajczyk trudno wskazać mocne strony najnowszego dzieła zamówionego przez Operę Bałtycką.



Już wstęp muzyczny do opery nie pozostawia złudzeń. Agresywne, kąśliwe i nieprzyjemne dźwięki z czasem ustępują ciężkim, minorowym, złowieszczym brzmieniom. Nie ma więc wątpliwości, że opowieść o dwóch kobietach z różnych epok, zakochanych w jakobinie Maximilienie de Robespierze, jednym z ojców rewolucji francuskiej, musi zakończyć się niewesoło.

Nim jeszcze zobaczymy Stanisławę Przybyszewską na scenie, usłyszymy dźwięki maszyny do pisania, najważniejszego sprzętu w skromnym mieszkaniu Przybyszewskiej, na scenie sprowadzonej przede wszystkim do stołu i krzesła, przy którym zasiada pisarka i ich gigantycznej wersji, na którą wspina się po drabinach (gra wymiarami tych sprzętów, nasuwająca skojarzenia z narkotycznymi wizjami Przybyszewskiej, to jeden z najbardziej udanych zabiegów inscenizacyjnych spektaklu). Poza tym, scenografię Hanny Szymczak uzupełniają dwie pary drzwi w drewnianych ramach i schody prowadzące na podest zakończony wysoką drewnianą ścianą - bohaterką ostatnich scen spektaklu. Efektowne kostiumy przygotowała z kolei Marlena Skoneczko.

Opera rozgrywa się w dwóch wymiarach, związanych z miejscem pracy Stanisławy - stół i krzesło, służące jej do pisania, w scenografii Hanny Szymczak często przybierają monstrualne rozmiary.
Opera rozgrywa się w dwóch wymiarach, związanych z miejscem pracy Stanisławy - stół i krzesło, służące jej do pisania, w scenografii Hanny Szymczak często przybierają monstrualne rozmiary. fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Anna Mikołajczyk, wykonująca partię Stanisławy, po raz drugi mierzy się z ekstremalnie trudnym materiałem i po raz drugi jest motorem napędowym dzieła stworzonego specjalnie na zamówienie Gdańska i Opery Bałtyckiej w ramach cyklu "Opera Gedanensis". Jej wybitna kreacja Marie Curie w "Madame Curie" Elżbiety Sikory należała do najjaśniejszych punktów opery wyreżyserowanej przez Marka Weissa. Podobnie jest z operą Zygmunta Krauzego, wyreżyserowaną przez Jerzego Lacha, tyle, że o ile w "Madame Curie" imponowały także bardzo plastyczne sceny z chórem na scenie i fragmenty taneczne, tym razem artystka praktycznie znikąd nie ma wsparcia.

Autorzy libretta, Krystyna i Blaise de Obaldia, sprytnie łączą wątki dwóch kobiet - Stanisława pisze książkę o walczącej o prawa kobiet autorce Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki - Olimpii de Gouges. Obie łączy namiętność do Maximilliena de Robespierre'a i w obu przypadkach jest to uczucie gwałtowne, burzliwe i niespełnione. Dzieje się tak dlatego, że obie nie zgadzają się z hasłami Robespierre'a, zachęcającego kobiety do wspierania rewolucjonistów w domach, wychowując ich dzieci. Olimpia domagała się równości płci, swobód obywatelskich dla kobiet, w tym prawa do edukacji czy możliwości udziału w polityce, co dla jakobinów było niedopuszczalne, bo miało według nich prowadzić do chaosu w państwie. Stanisława w pełni popiera i identyfikuje się z postulatami Olimpii, pisząc powieść o niej nieco wbrew swojej wielkiej platonicznej miłości do Robespierre'a. Ten zresztą nawiedza ją, podobnie jak inni bohaterowie powieści, podczas częstych, wspomaganych morfiną, snów.

W "Olimpii z Gdańska" Maximillien de Robespierre (Jan Jakub Monowid, po prawej) jawi się jako intrygujący, oddany sprawie tyran, zakochany w Saint Juście (Przemysław Baiński), ale nie pozostający też obojętnym na uczucia Olimpii i Stanisławy.
W "Olimpii z Gdańska" Maximillien de Robespierre (Jan Jakub Monowid, po prawej) jawi się jako intrygujący, oddany sprawie tyran, zakochany w Saint Juście (Przemysław Baiński), ale nie pozostający też obojętnym na uczucia Olimpii i Stanisławy. fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Nieco w tle konfliktu obu kobiet z Robespierre'm rozgrywają się ich dramaty rodzinne. Obie skonfliktowane są ze swoimi ojcami - Olimpia z Markizem Pompignan, a Stanisława ze Stanisławem, jednym z najsłynniejszych pisarzy Młodej Polski. Obie więc niezrozumiane przez ukochanych mężczyzn (ojca i Robespierre'a), zmuszone są do konfrontacji swoich ideałów z miłością. Jednak tytuł gdańskiej opery, dając pierwszeństwo Olimpii, jest nico mylący. To opera poświęcona Stanisławie Przybyszewskiej, w której Olimpia jest raczej echem Przybyszewskiej niż pełnoprawną uczestniczką. To właśnie polska pisarka (mieszkająca u schyłku życia w Gdańsku) zmuszona jest podjąć podwójnie trudną decyzję - czy poświęcić ideały swoje i Olimpii dla Robespierre'a, czy też zachować je za cenę śmierci Olimpii przez ścięcie na gilotynie.

Niestety, libretto, choć błyskotliwie wymyślone, jest bardzo słabo napisane. Od odtwórczyni roli Stanisławy Przybyszewskiej wymaga wielkiego kunsztu, choć i tak w wielu miejscach brzmi pretensjonalnie i fałszywie. Pomimo to, Anna Mikołajczyk bardzo dobrze radzi sobie z licznymi trudnościami, ubierając śpiewane frazy w dodatkową dramaturgię. Jednak dopiero pod koniec opery, w scenie z Robespierre'm, może w pełni ukazać dramat swojej bohaterki (ich spotkanie i późniejsza egzekucja jest też zdecydowanie najlepiej wyreżyserowaną i zainscenizowaną sceną całej opery). Dobre wrażenie pozostawia też Monika Ledzion, jako Olimpia de Gouges stanowcza, silna i bohaterska, choć nie ma zbyt wielu szans, by pokazać swoje umiejętności wokalne.

Kluczową postać Maximilliena de Robespierre'a kreuje Jan Jakub Monowid. Sam pomysł, by w roli bezwzględnego, charyzmatycznego tyrana o podobno piskliwym głosie obsadzić wysokiego kontratenora, jest bardzo udany. Dzięki temu Robespierre jest intrygująco (pomimo swojej władzy i wzrostu), przedziwnie niemęski. Tę dwuznaczność jego postaci podkreślono również w scenie z Saint Justem (dobrze dysponowany wokalnie i aktorsko Przemysław Baiński) o wyraźnym zabarwieniu homoerotycznym. Jednak Jan Jakub Monowid ani wokalnie, ani aktorsko przez większość spektaklu nie wypada przekonująco. Zmienia się to dopiero w kulminacyjnej scenie Robespierre'a ze Stanisławą Przybyszewską.

Symboliczne, poetyckie zakończenie spektaklu, to jeden z lepszych momentów najnowszej gdańskiej opery z cyklu "Opera Gendanensis".
Symboliczne, poetyckie zakończenie spektaklu, to jeden z lepszych momentów najnowszej gdańskiej opery z cyklu "Opera Gendanensis". fot. Krzysztof Mystkowski / KFP
Statyczna, pozbawiona przez większość spektaklu dramaturgii, uboga inscenizacja Jerzego Lacha, skupiona jest przede wszystkim na tercecie bohaterów i możliwie prostym oddaniu niuansów libretta. Większość scen "z powieści Stanisławy Przybyszewskiej" dzieje się więc w innej płaszczyźnie niż te z udziałem ich autorki. Dla dokładniejszego odróżnienia przestrzeni czasowej, wszystkie zdarzenia z życia Olimpii w okresie rewolucji francuskiej, śpiewane są w jej ojczystym języku, po francusku. Poza dwiema ostatnimi scenami, w tym doskonale zainscenizowaną egzekucją z niezwykle efektownym wykorzystaniem gilotyny, spektakl wygląda nieciekawie, jest źle oświetlony i wyreżyserowany (słabo wypada też niepotrzebna wstawka taneczna w wykonaniu tancerzy Bałtyckiego Teatru Tańca w choreografii Elżbiety Czajkowskiej-Kłos).

Warto więc skupić się na bogatej, urozmaiconej muzyce Zygmunta Krauzego, złożonej z kąśliwych, niemal jazzowych dysonansów i oryginalnych wstawek muzycznych (np. akordeonu), płynnie balansującej między harmonią a dysharmonią (wykorzystano m.in. rozstrojone pianino). W wielu momentach bardzo ściśle (zbyt ściśle w mojej opinii) muzyka związana jest jednak z librettem dzieła, akcentując poszczególne frazy lub zagłuszając śpiewaków (np. podczas wykonywanych przez Chór Opery Bałtyckiej cytatów z Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki). Jednak wraz z czasem spektaklu, opera łagodnieje, staje się łatwiejsza w odbiorze, pomimo posępnych, coraz niższych tonów. Wieńczy ją bardzo dobry akcent muzyczny. Szkoda, że kierująca Orkiestrą Opery Bałtyckiej Maja Metelska nie potrafiła wydobyć potencjału zespołu orkiestry, grającego tę bardzo trudną muzykę Zygmunta Krauzego bez energii i blasku, do jakich przyzwyczaiła już wielbicieli Opery Bałtyckiej.

Opinie (32) 1 zablokowana

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

STOP Hejt! Przemyśl swoją opinię

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

26

października

Gdynia meets Broadway - Edy... Gdynia, Sala Koncertowa Portu Gdynia

27

października

Artur Andrus i Dorota Miśki... Gdańsk, Filharmonia Bałtycka

31

października

Mazolewski/Porter Gdańsk, Stary Maneż

Rozrywka

Hevelka, Michał Szpak i pokazy ognia. Planuj tydzień
Planuj tydzień: najciekawsze wydarzenia
Imprezy dla fanów piwa: darmowa Hevelka i Trójmiejskie Bitwy Piwne
Imprezy dla fanów piwa

Kulinaria

Rodzice małych dzieci w kociej kawiarni. Nie wszyscy szanują regulamin
Rodzice robią problemy w kociej kawiarni
Jesień w trójmiejskich restauracjach
Jesień w trójmiejskich restauracjach

Planuj z nami tydzień

Hevelka, Michał Szpak i pokazy ognia. Planuj tydzień
Planuj tydzień: najciekawsze wydarzenia

Sprawdź się

Jedna z najbardziej unikalnych w Polsce kolekcji zbiorów archeologicznych, pochodząca z Afryki, zawiera...?