Wiadomości

stat

Jestem za panią siostrę, nie za pan brat - rozmowa z Barbarą Piórkowską

Barbara Piórkowska z nowym wydaniem swojej książki pt. "Szklanka na pająki" (wyd. Baba).
Barbara Piórkowska z nowym wydaniem swojej książki pt. "Szklanka na pająki" (wyd. Baba). mat.prasowe

Pisarka, poetka, krytyczka literacka, performerka, aktywistka społeczna, uczestniczka i organizatorka inicjatyw artystyczno-społecznych, współtwórczyni spektakli poetyckich, dziennikarka, publicystka, trenerka twórczego pisania, współtwórczyni projektów pisarskich i edukacyjnych przedsięwzięć, nauczycielka i organizatorka Pracowni Kreacji Literackich i Blogów w Pałacu Młodzieży w Gdańsku, prowadząca warsztaty w Instytucie Kultury Miejskiej, przewodniczka spacerów literackich. Nagradzana, nominowana do nagród, tłumaczona na języki obce. W dniu drugiej premiery jej debiutanckiej książki rozmawiamy z Barbarą Piórkowską.



Lista ról, funkcji i zawodów Barbary Piórkowskiej jest imponująca... Jesteś obecna wszędzie, o takich ludziach mówi się "człowiek-orkiestra"... A teraz spotkamy się w trakcie "Narracji" w Oliwie, bo Piórkowska jest też uczestniczką zdarzeń...

Barbara Piórkowska: To wszystko rzeczywiście zdarza mi się robić w mniejszym albo większym natężeniu. Ostatnio robiłam sobie taką "spowiedź", listę związanych ze słowem zajęć, które wykonuję, i uzbierało mi się tego chyba ze trzydzieści... Jestem pełna podziwu dla samej siebie (śmiech). Dopiero pisząc jakiś życiorys artystyczny czy notkę o sobie do nowego wydania książki właśnie, człowiek widzi, co właściwie w życiu nazbierał i w jakich ilościach...

W której z tych wszystkich ról czujesz się najlepiej?

W roli pisarki, ale zmieniało mi się to etapami. Kiedyś byłam też dziennikarką. Później najlepiej się sprawdzałam w zawodzie nauczycielskim. Lubię to nawet do tej pory i chętnie dzielę się swoją wiedzą na temat pisania, czasem z młodzieżą, czasem z dorosłymi, przy różnych projektach. Jednak ostatnio, jak tak sobie podsumowałam różne rzeczy, to doszłam do wniosku, że najlepiej czuję się w pisaniu. I bardzo bym chciała tak poustawiać sobie inne zajęcia, żeby móc w spokoju to czynić. Zwłaszcza że pomysłów mam miliard na różne ciekawe książki...

Ale rzeczywiście jest tak w tym naszym życiu artystycznym, że często musimy dzielić przestrzeń tworzenia i zarabiania i nie jest to łatwe. Myślę, że to dotyka wielu artystów i wiele artystek - żeby się utrzymać, to trzeba pracować w jakimś "stabilnym" zawodzie. Pół biedy, gdy to się jakoś wiąże z tymi zainteresowaniami. Ale niestety osoby, które chcą tworzyć, muszą coś poświęcić. Myślę sobie tutaj o - niezwykłej dla mnie - postaci Stanisławy Przybyszewskiej, która absolutnie wszystko poświęciła dla procesu tworzenia, porzuciła wszystko: rodzinę, zarobkowanie nieartystyczne, mieszkała w uwłaczających warunkach, proces twórczy u niej odbywał się kosztem zdrowia, czyli absolutnie wszystkie sfery zostały podporządkowane tej jednej.

Przybyszewska jest z jednej strony wzorem, który można naśladować, ale z drugiej strony jej decyzje musiałyby być dostosowane do współczesnych czasów, w których kobieta jednak ma trochę więcej do powiedzenia niż w XX-leciu międzywojennym. Ja np. nie zamierzam zimą rezygnować z ogrzewania (śmiech).

Podjęcie decyzji o tym, czy jesteśmy artystą, czy nauczycielką, czy wykładowcą, czy budowlańcem, czy ochroniarzem w firmie - bo naprawdę przeróżne zawody artyści uprawiają - to jest kwestia indywidualna. Fajnie jest się rzucić na głęboką wodę, ale to w większości wypadków oznacza podjęcie takiej decyzji wewnętrznej: tak, robię to, robię to pomimo wszystko. I prawdopodobnie jakiś koszt tego będzie. Pisanie prozy u mnie np. kończyło się siedzeniem i pisaniem po nocach. Dopóki nie napiszę takiej książki, która będzie absolutnym bestsellerem i da mi bezpieczeństwo finansowe, to prawdopodobnie jakiś kompromis trzeba będzie z tym życiem zawierać. Ale to też jest chyba forma dojrzałości. My mamy takie wyobrażenie artysty czy artystki, pisarki, pisarza bardzo romantyczny: że on rzuca się na barykadę razem z ludem walczącym o wolność. A dzisiaj tak do końca nie jest. To rzucanie się na barykady ma wymiar indywidualny i dla każdego jest czymś innym.

Poświeceniem życia osobistego na przykład?

Tak, albo pisanie wbrew wszystkiemu. Bardzo często mamy w tej chwili kłopot z wydaniem książek, ze zrecenzowaniem twórczości. Często, gdy prowadzę warsztaty dla kobiet, stykam się z takim problemem: a gdzie dzieci, gdzie dom, gdzie czas na tworzenie? Nie ma tego czasu. Czyli tak naprawdę trzeba podjąć decyzję o tym, że to robimy mimo wszystko. To jest trudna decyzja, bo energia i czas to są zasoby ograniczone. Natomiast uważam, że jak już się te decyzje podejmie, to robi się na to przestrzeń. Tylko to jest kwestia tego rzucenia się na głęboką wodę, ale nie jak Przybyszewska, tylko w jakimś wymiarze odwagi osobistej, takiego "chcę to robić", łączę się z tym źródłem kreatywności, które gdzieś we mnie bije.

Ja próbuję godzić życie nieliterackie z literackim. Ma to swoje koszty, ale też niewątpliwie tę zaletę, że jak się już dostaniemy do tego źródła w nas, to chyba żyje się autentycznie lepiej, w zgodzie ze sobą. Nie muszę udawać, że jestem kimś, kim nie jestem, że się godzę wewnętrznie z tym, że mam prawo do swojej szajby, i jak chcę, to sobie piszę teksty w każdym miejscu, w dowolnej przestrzeni.

Mówisz, że proza wymagała od ciebie pisania po nocach. A z poezją jest inaczej?

Poezja jest z natury takim medium, które realizujemy szybciej, tekst wyraża jakieś nasze emocje, nie wymaga przygotowań ani wielkiej koncepcji. W przypadku prozy trzeba najpierw obmyślić, w jaki sposób tekst skonstruować, co tam ma być, porozmawiać wewnętrznie z bohaterami, bohaterkami, sprawdzić, które przestrzenie się nadają, sprawdzić, co my tak naprawdę chcemy zrobić i o czym to ma być w ogóle. A wiersze, uogólniając, pisze się od razu, pod wpływem chwili. Poezja też była takim oczywistym medium przy różnego rodzaju nieszczęściach historii - gdy nagle wybucha wojna albo powstanie, szybko rodzą się wiersze, które pełnią funkcję zagrzewającą do walki. Powieść wymaga czasu i wewnętrznej relacji z wieloma bohaterami czy wątkami.

A czy te wszystkie dodatkowe zajęcia nie odciągają cię od pisania? Napisałaś "Szklankę na pająki" w 2010 roku, a potem cztery lata milczenia. "Utkanki" zostały wydane dopiero w 2014.

Jest kilka powodów tego milczenia. Pierwszy - natury artystycznej. Ja po prostu mam tak, że każdą dużą rzecz, każdą prozę muszę wychodzić, wysiedzieć, wymiędlić. I to nie jest tak, że wymyślę pomysł, zrzucę go i potem niech się dzieje, co chce. Nie, mam trochę inny sposób pracy. Bardzo często poświęcam tym rzeczom sporo czasu przed samym procesem twórczym. One muszą dojrzeć, urodzić się. A gdy to się stanie, mozolnie powstały tekst sprawdzam i redaguję. Druga rzecz to proza życia - trzeba mieć czym zapłacić rachunki i zarobić na komfort pracy w spokoju. Może teraz będzie to wyglądało trochę inaczej, bo im jestem starsza, im bardziej dojrzewam wewnętrznie, tym więcej potrzebuję kontaktu z "tym czymś" autentycznym, co tam w środku pisarskiego serca żyje i bardzo prosi, żeby się z tym komunikować i spędzić więcej czasu przed komputerem. Jest to więc kwestia znalezienie balansu i równowagi między pisaniem i zarabianiem. Energią trzeba umiejętnie gospodarować, żeby znaleźć czas na te rzeczy najważniejsze, czyli na szczęście przychodzące z tworzenia.

Przeczytaj też: Przyjaciele i artyści pomagają gdańskiej pisarce

Może dlatego, że pisanie to robienie czegoś dla siebie? A te wszystkie inne aktywności to po prostu społecznikostwo?

Ja już w liceum angażowałam się w jakieś idee i sprawy, i wydawało mi się, że to jest normalne, że nie można tylko siedzieć na tyłku i narzekać. Niedawno dopiero odkryłam, że nie wszyscy tak mają, i bardzo się zdziwiłam. W społecznikostwie jest tylko jedno "ale": w takim układzie należy pamiętać także o sobie, swoich potrzebach i odpoczynku. I to właśnie przegapiłam w tych wszystkich działaniach - przestrzeń dla siebie, która jest bardzo ważna, która nas ładuje, która daje nam energię, siłę na robienie innych rzeczy, i która musi istnieć, żebyśmy mogli też zregenerować się przed akcją. Nie da się tak jak wańka-wstańka, non stop być w ruchu.

Ale mimo to, jesteś w ciągłym ruchu. Na przykład jeśli chodzi o aktywność na polu feministycznym. Wystarczy przeczytać kilka zdań z twoich książek, żeby stwierdzić, że są one feministyczne. Czy sama określiłabyś siebie jako feministkę walczącą, czy raczej teoretyczkę?

Po prostu konsekwentnie robię swoje. Przedstawiam swoje poglądy przez sztukę - ani to teoria, ani walka. Wydaje mi się, że większość kobiet, które poważnie myślą o swoim byciu w tym świecie i odpowiedzialności za swój los, jest feministkami. Jestem za panią siostrę, nie za pan brat. Artystką, nie artystą. To jest dla mnie oczywiste.

Uważasz, że ta walka w języku jest sensowna faktycznie?

Nie wiem, czy to w ogóle jest walka. I też nie do końca bym to w ten sposób ustawiała. Dla mnie to jest po prostu zdroworozsądkowe, że gdyby to, co żeńskie, i to co męskie, było traktowane na równi, to tylko wtedy ma sens jakiś układ świata w ogóle. Męskocentryczna perspektywa się kończy, ale przeginanie w drugą stronę, czyli postrzeganie świata z punktu widzenia matriarchatu, to też już historia. Dlatego trzeba wypracowywać nową drogę: dialog, balans. Tylko harmonia daje rzeczywiste możliwości wzrastania razem w relacjach. Chciałabym, żebyśmy my kobiety i my mężczyźni, mieli szacunek dla siebie i dla naszych potrzeb, dla naszych zainteresowań i uczuć. Wtedy by było na tym świecie okej, a skoro nadal tego nie ma, to wciąż jest co zmieniać.

Czy kobietom się tworzy według ciebie trudniej?

Wydaje mi się, że tak. Kiedy ja osiem lat temu wydałam "Szklankę na pająki", to była pierwsza książka o Gdańsku napisana z perspektywy dziewczynki, która wzrastała w przełomowym czasie przemian ustrojowych, co się autobiograficznie pokrywało z tym, co ja przeżyłam. Kiedy przyszłam z podstawówki do liceum, to był akurat rok 1989, i wraz ze zmianą szkoły zmienił się cały system, całe postrzeganie wszechświata. Zapewniam, że to bardzo wpłynęło na emocje i na to, jakie problemy później moje pokolenie miało. Ta zmiana wciąż pokutuje w nas, myślę, że myśmy sobie jeszcze z tym nie poradzili do końca. Wiele osób z tego pokolenia nie ma poczucia bezpieczeństwa, nie wierzy w to, że świat może być miejscem stabilnym, bezpiecznym, wciąż nie potrafi nikomu zaufać i biegnie za niedogonionym. Choć równie dobrze to mogą być też uniwersalne cechy ludzkiej kondycji.

Historia "Szklanki na pająki" jest niesamowita: dostała same świetne recenzje, była nagradzana, czytana w radiowej Trójce, a jej autorka nie otrzymała za nią wynagrodzenia z wydawnictwa. Brzmi to wręcz niewiarygodnie. Jak to się stało?

Twórca czy twórczyni, gdy wydaje swoją debiutancką książkę, chce być przede wszystkim doceniony. Artyści są trochę próżni, chcą cieszyć się z recenzji i pozytywnego odbioru tekstu przez czytelników i czytelniczki, sprawy finansowe zostawiają "na potem". Nie każdy potrafi być wrażliwcem i jednocześnie rekinem biznesu. Ja się po prostu bardzo wstydziłam tego, jak zostałam potraktowana. Byłam przecież pisarką z niesamowitym dziełem, a nie dostałam zapłaty za swoją pracę - to żenujące. Musiałam sobie poradzić z tymi uczuciami i zdobyć się na odwagę, by powiedzieć, że sukces mi nie wyszedł.

Była to kwestia źle podpisanej umowy czy jakichś luk prawnych?

Nie, umowa była bardzo dobra, sprawdzona przez prawnika, wszystko od tej strony było w porządku. Po prostu później wydawnictwo nie wypłaciło wynagrodzenia, tak jak zresztą wielu innym osobom, bo z tego, co słyszę, to jest, niestety, powszechna praktyka. O zapłatę trzeba się upomnieć. Jeśli tworzymy i poważnie traktujemy proces twórczy, to on jest dokładnie taki sam jak każda inna praca. Pisząc kolejne słowa, spędzamy godziny w samotności i w robocie, która wymaga trudu, bywa ciężka i ma swoją cenę.

Przeczytaj naszą recenzję "Szklanki na pająki": Tajemnica wielkich stóp Aleksandry

Niewiarygodne, bo to mógł być bestseller, książka była świetnie odbierana...

Jeśli chcemy mocno dostać wycisk, to choćby nie wiem, co się działo i sprzyjały okoliczności - to i tak go dostaniemy. Gdy nawet podświadomie myślisz, że jesteś ofiarą - to nią automatycznie jesteś i nie da się całej winy zrzucić na okoliczności zewnętrzne.

Zapytam w takim razie przewrotnie: czy uważasz, że gdyby na twoim miejscu wtedy był facet, to by mu się udało wywalczyć swoje? Bo to taka typowa rola kobiety - rola ofiary.

Dziękuję ci za to pytanie, to ciekawa kwestia. Wydaje mi się, że to nie zależy od płci. Gdyby to była silniejsza osoba, to po prostu poradziłaby sobie inaczej. Ważna jest raczej pewność siebie. Ja po wydaniu "Szklanki..." chorowałam, miałam kłopoty z depresją, później skomplikowało mi się życie prywatne i znów dopadła mnie - tym razem poważniejsza - choroba, nie miałam więc przestrzeni ani siły na to, żeby walczyć o wypłaty. Ale trzeba nad sobą pracować, np. na terapii. A teraz, kiedy doszłam do siebie, to logiczną konsekwencją jest uporządkowanie swoich spraw.

"Szklanka na pająki" wydanie drugie - Wydawnictwo Baba 2018 r.
"Szklanka na pająki" wydanie drugie - Wydawnictwo Baba 2018 r.
Twój pomysł na uporządkowanie tej sprawy, czyli drugie wydanie tej książki uważam za świetny pomysł. I wydaje mi się, że dziś paradoksalnie ta książka będzie miała jeszcze lepszy odbiór, bo będzie lepiej zrozumiana.

Też mam takie wrażenie. Część osób przeczyta tę książkę po raz kolejny. Niektórzy już to zrobili i mówią, że dostrzegają w niej zupełnie co innego niż przy poprzedniej lekturze. "Szklanka..." rośnie wraz z czasami. Myślę, że jako ludzie, jako społeczeństwo dojrzeliśmy do opowieści o kłopotach z rodzinną historią i radzeniu sobie z nimi za pomocą terapii. W tej chwili te kwestie są chyba jakoś lepiej odbierane, trochę bardziej już oswojone i przerobione.

Poza tym wtedy, te osiem lat temu, byłam jedna. W tej chwili z kolei nie ma problemu z przedstawieniem tej kobiecej perspektywy. Mam poczucie, że "Szklanka..." utorowała drogę szczeremu mówieniu o kobiecym doświadczeniu, o tym, co jest ważne w życiu kobiety, a ważne są: ciało, pewnego rodzaju wrażliwość, emocje.

Tematy na pewno są mniej kontrowersyjne niż mogły być wtedy. Ale to, co dziś się broni najbardziej w tej powieści, to jej język - rodzaj poetyzowania. Nie ma w niej nowomowy, która tak bardzo dziś jest modna, dlatego też ta książka się w ogóle nie zestarzała.

Tak, ja mam wrażenie, że ten język rośnie. Może wtedy nie wszyscy byli gotowi na takie eksperymenty. Ja byłam najpierw poetką i wskoczyłam w prozę w taki poetycki sposób, i jest to dziś przyswajalne i akceptowalne. Stało się nawet takim rodzajem metody, dziś w prozie można robić wszystko.

Czym różnią się te dwa wydania? Nowe wydanie - po redakcji, z nową okładką, w nowej szacie graficznej - co dokładnie zostało zmienione? Format jest taki sam.

Była redakcja, była korekta. W tej starej "Szklance..." były takie drobne błędy rzeczowe, np. Word przeinaczył nazwę Skarżyńskiego na Skarżyckiego i redakcja warszawska tego nie wyłapała. Poza tym jest taka jak była, tylko wyczyszczona, z kosmetyką, z małym makijażem. No i oczywiście z nową, uczciwą wydawczynią.

Z nowym wydaniem wiąże się jeszcze taka niesamowita historia - przy robieniu redakcji korzystałam z uwag śp. Tadeusza Skutnika, czyli znanego gdańskiego dziennikarza. Ja mu kiedyś tę powieść wręczyłam, on ją przeczytał, pozytywnie zrecenzował w "Dzienniku Bałtyckim" i oddał mi egzemplarz, który mu podarowałam, z uwagami redakcyjnymi, które poczynił.

Chciałabym cię jeszcze zapytać o inny ważny temat twojej twórczości - swoisty patriotyzm lokalny. Bo jest w "Szklance..." Żabianka z ulicą Rybacką, gdzie potem zorganizowałaś koncert w ramach Streetwaves, jest Zaspa z ulicą Pilotów. O Gdańsku piszesz w "Utkankach". Byłaś oprowadzaczką po Gdańsku i po Zaspie podczas spacerów literackich. Na ile Gdańsk to jest dla ciebie ważny temat?

Gdańsk jest moim miastem, w którym się urodziłam. Urodziłam się tam, gdzie większość osób mojego pokolenia, czyli w Szpitalu przy ulicy Klinicznej. Moja rodzina przywędrowała z Wołynia, ze Wschodu, o czym też jest "Szklanka...", i to są bardzo skomplikowane losy wojenne, czyli to, że nie jesteśmy gdańszczanami z pokolenia na pokolenie, tylko przybyszami z "historiami przywleczonymi", o czym z kolei było w "Utkankach".

Przeczytaj też: Matka Stocznia po skrobance. Gdańsk oczami Barbary Piórkowskiej

Dużo czasu mi zajęło zdobycie poczucia, że jestem mieszkanką tego miasta, tu mam swoje korzenie i tu jest moja współczesna historia. Bo mnie cały czas gdzieś wywalało, właśnie tam na ten Wschód. Do dziś zresztą bardzo lubię tam jeździć, nawet jeśli to jest wschód Polski, i ciągnie mnie w tamtym kierunku. To widać odzywają się geny i ta pamięć genetyczna, o której też dość często mówię w swoich książkach. Natomiast mieszkam tutaj, żyję tutaj.

Przeczytaj też: Salcia Hałas: fascynuje mnie życie wewnętrzne falowca

Stefan Chwin zawsze się śmieje ze mnie i mówi, że stałam się specjalistką od gdańskich blokowisk. To jest fakt. Wychowywałam się na Żabiance, potem lata spędziłam na Zaspie, teraz mieszkam na Ujeścisku. Daleko mu do romantycznej atmosfery Oliwy czy Wrzeszcza. To miejsce, które jeszcze nie ma swojej historii i dopiero trzeba ją opisać. Blokowiska to taka przestrzeń, którą trzeba było opisać i słusznie zauważają naukowcy, że nadal nie jest tak do końca opisana, mimo że zabrały się też dziewczyny za pisanie o tym: Monika Milewska napisała "Latawiec z betonu", Salcia Hałas "Pieczeń dla Amfy", wcześniej jeszcze Wojciech Stamm "Czarną matkę" o historiach z Przymorza. Ale to jest wciąż do eksploatowania.

Przeczytaj też: Opowieść o falowcu. "Latawiec z betonu" Moniki Milewskiej


Czy to prawda, że piszesz kolejną książkę - o przeżyciach z czasu przeżytej choroby?

Tak, myślałam, że ta książka jeszcze długo nie powstanie, bo doświadczenia związane z chorobą były rzeczywiście bardzo mocne i nie jestem gotowa nimi epatować na prawo i lewo. To jest taka moja przestrzeń jeszcze wewnętrznie do przerobienia. Jednak przy pierwszym podejściu do tematu okazało się, że tekst już chce się napisać. Na pewno bardzo tu uproszczę język, czyli będzie mniej poetycki niż w "Szklance...", ale pozostaję sobą i na pewno nie zrezygnuję z pewnych właściwych mi sposobów mówienia o świecie. Powieść też będzie miała żeńską bohaterkę, a właściwie bohaterki, bo znowu to się układa w historię rodową, która sięga daleko, daleko poza obecne czasy. Gdy sobie myślę: "dosyć tego babrania się w przeszłości", to za każdym razem okazuje się, że trafiam na tak fascynujące tematy rodzinne czy historyczne, że po prostu chcę w ten swój własny sposób to ogarnąć - zatem pewnie i tym razem się o to pokuszę. I mam nadzieję, że na wiosnę 2019 r. książka będzie skończona. Czyli publikacja w przyszłym roku. A jak już wiadomo, jak się kobieta uprze, to proces wydawniczy można znacznie przyspieszyć...

Drugie wydanie "Szklanki..." wydała w swoim wydawnictwie Baba - Sylwia Kubryńska. Jak do tego doszło?

Gdy zastanawiałam się, jak "Szklankę..." wznowić, to nastąpiła pewna synchroniczność - Sylwia sama do mnie zadzwoniła. Mocno w to wierzę, że wszystko zależy od naszego nastawienia i jak się wyśle w świat wolę, to taka intencja "pracuje". Jeśli jesteśmy otwarci na różne rzeczy, to one po prostu przychodzą, czasem w sposób, którego się w ogóle nie spodziewamy. Zaskakują i okazuje się, że życie nagle jest cudowne.

A jakie są twoje pozostałe plany na dalszą twórczość? Powiedziałaś, że masz mnóstwo nowych pomysłów na kolejne książki...

Tak, co wychodzę na miasto, to mam kolejny pomysł (śmiech). Tak naprawdę wszystko się ogranicza do czasu, w którym mogą powstać, jest go wciąż mało. Ale te książki i pomysły pojawiają się i myślę, że pójdę za tym głosem, bo jak ma się słynne mickiewiczowskie "czterdzieści i cztery" lata, to jest też taki dla kobiety czas, żeby przestać robić rzeczy, na które już się nie ma ochoty, i czas, żeby się zabrać za siebie, za życie.

A na razie musimy wypromować "Szklankę...", zapraszamy na spotkanie autorskie do Sztuki Wyboru - to miejsce zostało wybrane przeze mnie nie bez przyczyny - moi rodzice mieli w Garnizonie wesele, i tak mnie jakoś tam zaciągnęło... A promocja książki jest takim trochę innym weselem czy ślubem, takimi dla autorki niezwykłymi chrzcinami.

Zobacz również inne spotkania autorskie w Kalendarzu Imprez.


Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (73)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

15

grudnia

Actus Humanus Gdańsk,

15

grudnia

Menażki - Studenckie Spotka... Gdańsk, Wydział Nauk Społecznych UG

28

grudnia

Filmowe podsumowanie roku 2018 Gdańsk, Kino Watra

Rozrywka

Alternatywny jarmark gwiazdkowy z rękodziełem i piwem
Alternatywny jarmark gwiazdkowy

Kulinaria

Szef kuchni z gwiazdkami Michelin otworzy lokal w Gdańsku
Szef z gwiazdkami Michelin w Gdańsku
Alternatywny jarmark gwiazdkowy z rękodziełem i piwem
Alternatywny jarmark gwiazdkowy

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: dużo dobrych koncertów
Planuj tydzień: dużo dobrych koncertów