Farsa na afiszu, psychodrama na scenie

"Farsa z Walworth" to teatr w teatrze. Nawet Denis (Krzysztof Matuszewski, na pierwszym planie), który jako jedyny nie wciela się w nikogo innego, nie zawsze jest sobą.
"Farsa z Walworth" to teatr w teatrze. Nawet Denis (Krzysztof Matuszewski, na pierwszym planie), który jako jedyny nie wciela się w nikogo innego, nie zawsze jest sobą. fot. Łukasz Unterschuetz/trojmiasto.pl

W "Farsie z Walworth" humor pojawia się tylko po to, by przez jego pryzmat dramat bohaterów był jeszcze wyraźniejszy. Historia ojca i dwóch synów na emigracji, tylko na początku wywołuje śmiech. Potem chwyta widza za twarz i mocno trzyma aż do końca.



Tytuł sztuki i deski, na których jest wystawiana (Scena Kameralna w Sopocie) mogą sugerować, że "Farsa z Walworth" to utwór lekki i przyjemny. Ale wyreżyserowany przez Adama Orzechowskiego dramat Endy Walsha farsą jest tylko z nazwy. Komediowe są tu niektóre gagi, pomysły scenograficzne i sceniczne qui pro quo, wywołane wykorzystaniem konwencji teatru w teatrze.

Wszystkie te zabiegi zostały użyte przez Walsha tylko po to, by poprzez kontrast jeszcze grubiej nakreślić prawdziwy dramat opowiadanej historii. Bo to, co najpierw wydaje się niewinną opowieścią, później okazuje się terapeutyczną psychodramą. I to taką, w której terapia się nie udaje, a pacjent umiera.

"Farsa..." to historia Dennisa i jego dwóch dorosłych synów: Blake'a i Seana. Imigranci z Irlandii mieszkający w robotniczej dzielnicy Londynu, pomimo dekady spędzonej z dala od rodzinnego Cork, wciąż czują się w metropolii niepewnie. Ich życie podporządkowane jest codziennemu odgrywaniu scen z historii swojej rodziny i wspominaniu życia w Irlandii. Nawet w pobliskim Tesco kupują tylko to, co niezbędne jest do przygotowania ich niekończących się inscenizacji.

Świat zamknięty w klitce przy Walworth Road kręci się wokół Dennisa, szelmy i drobnego oszusta. Grający go Krzysztof Matuszewski raz ma w oczach diabła, innym razem błysk szaleństwa, ale świetny jest także w "scenach prawdy", gdy w swoją zmęczoną twarz wciera kolejne warstwy kremu, i gdy przyznaje się Seanowi do swojego udziału w rodzinnej tragedii sprzed lat.

To właśnie grający młodszego syna Piotr Chys stworzył chyba najciekawszą kreację. Zarazem zahukany i targany emocjami, boi się ojca i jednocześnie pragnie się wyrwać z Walworth, uciec od codziennego opowiadania zafałszowanej historii, którą tak naprawdę doskonale pamięta i cały czas przeżywa. Twardzielem w tej rodzinie jest Blake, starszy syn, który w rodzinnych przedstawieniach bierze na siebie wszystkie role kobiece. I to właśnie ta mnogość kreacji sprawia, że trudno ocenić Blake'a Grzegorza Falkowskiego. Gra brawurowo, ale jego postać to samograj: trudno powiedzieć, czy burza oklasków, jaką zebrał, była nagrodą za aktorstwo, czy za biegłość w zmienianiu kolejnych peruk.

"Farsa z Walwarth" to jedna z tych historii, które igrają z widzem. Teoretycznie już na samym początku zostaje on uprzedzony, że nic tu nie jest takie, jakie się wydaje. Ale po początkowym pozornym sukcesie, gdy widzowi wydaje się, że odkrył myśl dramaturga i bezpiecznie może śledzić rozwój akcji, dostaje obuchem w głowę. Czyli rozwój akcji jak u Hitchcocka? Nie, raczej manipulacja jak u Lyncha i Tarantino.

Dramat Walsha bez wątpienia wywołuje emocje, ale czy także refleksje? "Farsa..." to de facto historia rodem z rubryki kryminalnej, której jedynie wątek emigracji i zatrutych relacji między ojcem i synami próbuje nadać bardziej ważkie społecznie znaczenie.

"Farsa z Walworth"
Scena Kameralna Teatru Wybrzeże w Sopocie
premiera 14 grudnia 2007
autor: Enda Walsh
reżyseria: Adam Orzechowski
scenografia: Magdalena Gajewska
przekład: Małgorzata Semil
obsada: Piotr Chys, Grzegorz Falkowski, Krzysztof Matuszewski, Karolina Piechota

Opinie (2) 1 zablokowana

  • zaje... fajna sztuka

    byłem w ostatni weekend i niestety nie żałuję, dwie godziny dobrego aktorskiego rzemiosła (bo sprawność także ta fizyczna aktorów na najwyższym poziomie), scenariusz ciekawy, zaskakujący ale bez intelektualnych bredni i pustych monologów czyli to co lubią tygrysy najbardziej. W recenzji powyżej nie ma nic o Karolinie Piechocińskiej, która niestety nie pasowała do męskiego trio królującego na scenie i tutaj sugeruję zmianę na kogoś w rodzaju "kobiety pracującej" z Czterdziestolatka czyli z większym doświadczeniem i lepszym warsztatem aktorskim, a elementy komizmu można byłoby pociągnąć do końca sztuki.
    Pozdrawiam zespół i życzę więcej takich sztuk.

    • 2 0

  • Sztuka powaliła mnie na kolana. Zachwycająca gra aktorska ( Piotr Chys !!! Falkowski też ), postacie i osobowości, fabuła, fabuła w fabule ( którą trzeba uważnie śledzić ), ruch sceniczny. Geniusz ! Wzruszyło mnie naprawdę

    • 2 0

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Wydarzenia

Legenda Radmoru - wystawa
Legenda Radmoru - wystawa
wystawa
lis'20 7-29.08
Gdynia, Muzeum Miasta Gdyni
Do DNA
Do DNA
wystawa
lut 13-31.12
g. 11:00 - 18:00
Gdańsk, Narodowe Muzeum Morskie
John Faltin - fotograf Sopotu
John Faltin - fotograf Sopotu
wystawa
maj 10-17.10
g. 10:00 - 16:00
Sopot, Muzeum Sopotu

Sprawdź się

Sprawdź się

Fragment wiersza którego z polskich poetów znajduje się na Pomniku Poległych Stoczniowców?