O czym najbardziej lubią pisać młodzi prozaicy? O imprezach, różnego rodzaju używkach, nieudanych związkach i trudnej drodze do dorosłości, na końcu której czeka jedno wielkie rozczarowanie. Wszystkie te elementy znajdziemy w debiutanckiej powieści Artura Wieczyńskiego "I w ogóle".
Artur Wieczyńki, "I w ogóle", Wydawnictwo Poligraf
Na szczęście czekało mnie miłe rozczarowanie. Wieczyński nie sili się na patetyczne metafory, nie zanudza amatorską psychoanalizą bohaterów. Pisze za to prosto i szczerze, a przez to od razu zyskuje przychylność czytelnika. I choć historia, która opisuje, nie jest wyszukana, "I w ogóle" czyta się z niekłamaną przyjemnością.
Duża w tym zasługa stworzonego przez Wieczyńskiego bohatera, kilkunastoletniego Teodora, którego dzieciństwo nie należy do najłatwiejszych. Ojciec wychowuje go za pomocą najstarszej metody świata, czyli skórzanego pasa, w domu się nie przelewa, a szkoła stanowi długie pasmo niepowodzeń.
W życiu Teodora ciągle jest coś nie tak. Niby kończy podstawówkę, ale z dalszą edukacją ma spory problem. Niby znajduje pracę, ale staje się ona jego przekleństwem - to właśnie starsi współpracownicy Teodora urządzają mu pierwszą porządną libację, z której nigdy nie uda mu się tak naprawdę wyjść. Alkohol będzie od tej pory jego jedynym prawdziwym przyjacielem, a zarazem wymówką, by nie brać odpowiedzialności za swoje decyzje.
Teodor traci kolejne szanse na lepsze życie: zdradza dziewczynę, na której mu zależy i zapija się niemal na śmierć, wyjeżdża do Warszawy, by znaleźć lepszą pracę, ale znajduje tam jedynie niewyczerpane źródło łatwo dostępnych używek. Stacza się na samo dno, nieustannie oszukując siebie i wszystkich dookoła, że już wkrótce całe jego życie się zmieni. Nie zmienia się jednak nic, a zakończenie książki wyraźnie sugeruje, że chwilowa abstynencja jest tylko nieistotnym epizodem.
Bohater i fabuła wykreowana przez Wieczyńskiego, przywodzą na myśl genialną "Pętlę" Marka Hłaski. W obu przypadkach mamy do czynienia z prozą mocną, dosłowną i bezpośrednią jak łyk czystej wódki prosto z gwinta. Nie ma tu miejsca na sztuczne ozdobniki, na stylistyczne pięknostki, na cackanie się z czytelnikiem. "I w ogóle" to prosta historia jednego człowieka, a zarazem całego pokolenia, które zupełnie się zagubiło w dorosłości i w swoich marzeniach o lepszym jutrze. Kto wie, może gdyby Marek Hłasko urodził się kilkadziesiąt lat później, pisałby właśnie w taki sposób.




















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.