www.ggm.gda.pl
Jedną z części wystawy w Gdańskiej Galerii Miejskiej jest jest dream machine.
Projekcje filmów, obiekty, murale, muzyka i wreszcie tajemnicza dream machine. Wyliczając trudno uwierzyć, że to wszystko pomieściła niewielka przestrzeń Gdańskiej Galerii Miejskiej przy ulicy Piwnej. Na wystawie Ani i Adama Witkowskich "Sleep-walk" możemy oglądać wszystkie z wymienionych wyżej projektów.
Sleep-walk - spacer podczas snu - to dosłowne tłumaczenie tytułu wystawy gdańskiego tandemu twórczego, Ani i Adama Witkowskich. Jednak wbrew temu tytułowi ekspozycja nie dotyczy marzeń sennych, ani zjawiska somnabulizmu(lunatyzmu), a stanowi rodzaj podróży w głąb umysłu i odcięcie od rzeczywistości, które to działania artyści utożsamiają z pojęciem snu.
- Chcemy przypomnieć, o tych codziennych, wewnętrznych wyprawach i poszukiwaniach. Nie analizujemy snów, nie staramy się wyjaśnić czym jest déja vu, nie opowiadamy koszmarów - wyjaśniają artyści.
W Gdańskiej Galerii Miejskiej oglądamy różne prace, nie łączące się ze sobą stylistycznie i zestawione ze sobą w sposób wydawać by się mogło chaotyczny, ale jednocześnie potwierdzający zakorzenienie twórczości Witkowskich w ideach dadaizmu, które deklarują. Oczywistym ukłonem w stronę tych ostatnich jest mural na ścianie galerii zatytułowany "I Am a Beautiful Monster - Tribute to Francis Picabia" wykonany według okładki tomiku poezji i prozy tego czołowego przedstawiciela ruchu Dada.
Zaraz obok zawisła instalacja pt. "Portrety trumienne" złożona z 16 kawałków białej pleksi, ciętej w kształty odsyłające do trumiennych portretów funeralnych, popularnych w Polsce w XVII i XVIII wieku. Artyści nawiązując do tego typu przedstawień wykreowali ich odmianę odpowiadająca współczesności - czystą, sterylną, a może wyblakłą pod wpływem działania czasu, i tym samym wyzutą z cech indywidualizmu.
Z portretami sąsiaduje projekcja filmu "Let's dance" przedstawiającego dziewczynę uwięzioną w symbolicznej krainie lodu, w którym główną rolę odgrywa tancerka - Urszula Zerek - poruszająca się w zimnej przestrzeni zaaranżowanej na ekranie emitującym obraz ruchliwej, jakby śnieżnej materii, stanowiącej grunt dla umownych styropianowych scenografii. Całość uzupełnia muzyka autorstwa Adama Witkowskiego, płynąca z głośników w obudowach z wypolerowanej srebrnej blachy.
Kolejny film, rzucany na przeciwległą ścianę, mieści się w kręgu działań found footage - bazuje na zapętleniu ostatnich klatek z filmu "Droga do szczęścia". I tu znowu wracamy do wspomnianego już dadaizmu, bo tego typu prace są swoistym filmowym "ready made", czyli dziełem utworzonym z innego dzieła. Ostatnią pracą w pierwszej sali galerii jest instalacja "Już dobranoc" z użyciem fragmentu pieśni pasyjnej z Wielopola.
Niewątpliwą atrakcją wystawy jest replika dream machine, ustawiona w mniejszej sali galerii. Ta zabawka, znana też jako flicker, została przywrócona niedawno pamięci mas dzięki filmowi dokumentalnemu pt. "FLicKer", a także przez publikacje na jej temat magazynów takich jak "Przekrój" czy "Machina". Wynalazca tego urządzenia - pisarz, malarz, performer, a także twórca muzyki - Brion Gysin, to jedna z najważniejszych postaci ery bitników. Historia głosi, że Gysin jadąc pewnego razu pociągiem poddał się działaniu rytmicznie mrugającego światła wpadającego przez okno, wprowadzając się tym samym w stan swoistej hipnozy. Stąd narodził się pomysł na skonstruowanie flickera, którego obecność na wystawie autorzy "Sleep-walk" tłumaczą potencjalną możliwością przestrojenia mózgu na odmienny stan świadomości, a także jak sami mówią - "przez obecność dream-machine w galerii kwestionujemy realność otaczającej ją przestrzeni, przedmiotów i dźwięków".
Korzystając z urządzenia możemy posłuchać muzyki w wykonaniu The Hafler Trio& Thee Temple Ov Psychick Youth z 1989 roku, przeznaczonej do wspomagania jego działania. Zanim jednak zdecydujemy się na przygodę z maszyną kolorowych snów, pamiętajmy, że osoby chore na epilepsję nie mogą z niej korzystać, ponieważ może ona wywoływać atak choroby.
Choć ta wystawa według autorów nie ma traktować o historiach, które tworzą się gdy nasz umysł śpi, to efekt jest dokładnie odwrotny. Witkowscy fundują widzowi oniryczny seans, pełen smutnej refleksji, obrazów przemijania i zniszczenia. Mówiąc o sprawach doczesnych, stosują środki wyrazu, które odrealniają ich opowieści i chcąc - nie chcąc - przenoszą nas w klimat surrealistycznego snu na jawie. Nastroju ta propozycja raczej widzowi nie poprawi, ale kto powiedział, że sztuka jest po to by bawić...
















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.