fot. Stephen Zaubitzer
Zdjęcie kina Helikon Stephena Zaubitzera, które można było obejrzeć na wystawie „Kina Popularne: Gdańsk, Sopot” w ramach ubiegłorocznego Festiwalu Transfotografia.
Czy jest szansa, żeby 18 osób w kinie studyjnym nie było wielkim wydarzeniem, ale codziennością? W Krakowie to normalne, czy w Trójmieście nie mogłoby być podobnie?
Kilkudniowa wizyta w Krakowie, podczas której odwiedziłem jedno z kin studyjnych w centrum miasta, skłoniła mnie do przemyśleń na temat podobnych miejsc w Trójmieście. Jest ich u nas jak na lekarstwo – trzy obiekty Neptun Filmu i kino Żak oraz kilka DKF-ów to, w porównaniu z okolicami krakowskiego Głównego Rynku, bardzo mało. U nas mniejsze sale studyjne przenikają się z multipleksami. Prawie nigdy nie są oblegane tak, jak te w Krakowie, gdzie nierzadko wszystkie bilety są wyprzedane! Przyczyną nie jest raczej większy napływ turystów czy specyfika miasta, ale to, że kina znajdują się w centrum miasta, multipleksy okupują natomiast dzielnice poza nim.
- Czy kina studyjne w Gdańsku są potrzebne?
-
Zdecydowanie, są widzowie, którzy doceniają ich klimat i wyświetlane tam filmy
79% -
Tak, powinno być ich więcej, nie tylko w centrum miasta
18% -
Nie, w multipleksach można obejrzeć wystarczająco dużo filmów
3%
łącznie głosów: 239
W latach 80. i 90. małe kina wciąż dominowały. Ale chodziło się do nich nie tylko dlatego, że nie było innego wyboru. Przyciągały w nich klimatyczne lokalizacje (las przy Jaśkowej Dolinie, koszary we Wrzeszczu, Dolna Orunia), a także nazwy, które w młodym wieku brzmiały niczym czarodziejskie miejsca – Bajka, Delfin, Zawisza, Znicz, Kosmos czy Watra Syrena.
Wyprawa do kina była rytuałem – najczęściej w sobotę czy niedzielę rano, ale też popołudniami w ciągu tygodnia, kiedy upragniony film można było zobaczyć tylko w jednej sali kinowej w mieście. Kupowanie ciastek albo wafelków, które wyjmowane w sali może i szeleściły, ale w przytulnych, często starych fotelach przy filmach smakowały przepysznie. No i same filmy – nie w głowie były komputerowe animacje, oglądane przez specjalne okulary 3D, za to większą radość sprawiały nowe kreskówki Walta Disneya (rysowane tysiącami ołówków, a nie za pomocą programów graficznych) czy kolejne części Wojowniczych Żółwi Ninja. Niemałą atrakcją były filmy od lat 12, na które trzeba było przemknąć się pod kasowym okienkiem (w czasie kiedy rodzice kupowali bilety), a potem do ucha czytali napisy, gdy samemu czytało się jeszcze zbyt wolno.
Teraz kino to przede wszystkim popcorn, napoje, szybki wybór jakiegokolwiek filmu, setki rzędów foteli, tłumy ludzi wieczorami i dzieci, którym "zwyczajne" oglądanie filmów urozmaica się przeróżnymi zabawkami, gadżetami czy konkursami, które jednak nijak mają się do dawnych poranków filmowych.
Na początku XX wieku w samym centrum Gdańska było kilkanaście kin, pod jego koniec również kilkanaście, ale w całym mieście, a na początku XXI można je policzyć na palcach jednej ręki. Przez komercjalizację kultury mniejsze kina są wchłaniane przez coraz większe molochy. Kina studyjne symbolizują obcowanie z kulturą filmową, multipleksy kojarzone są raczej z rozrywką, mającą zapełnić wolny czas.
Czy jest sposób, aby zapobiec znikaniu kin studyjnych z mapy Trójmiasta? Nie sądzę, żeby jakiekolwiek przedsięwzięcia miały szansę zmienić ten trend. Mimo to uważam, że w Trójmieście (tak jak w Krakowie) znaleźliby się widzowie, którzy chcą takie kina odwiedzać. Tak, żeby wydarzeniem nie było 18 osób w sali kinowej (tylu doliczyłem się ostatnio, a przeważnie jest ich zaledwie kilka). Żeby tak, jak pod Wawelem, ludzie tłumnie odwiedzali kina studyjne, bo przecież tylko dzięki widzom mają one rację bytu.

















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.