Jakobe Mansztajn "Wiedeński high life", Wydawnictwo Portret, Olsztyn 2009.
Ech, być nastoletnim chłopakiem w podartych dżinsach, za winklem popalać papierosy, rozkoszować się gorzkawym smakiem tanich dropsów i chłonąć każdy kolejny dzień upalnego lata. Tworzyć swój własny, podwórkowy high life, jak w wierszach Jakobe Mansztajna.
Któż z nas nie pamięta tych chwil młodości? Pierwsze wino wypite z kolegami, pierwsze wagary, pierwszy koncert w odległym mieście, pierwszy seks. Ile z tych momentów zostanie w naszych głowach, a ile po prostu rozmyje się wraz z upływem czasu? I na ile ukształtują nasze przyszłe życie?
Gdyby ktoś zapytał, o czym są wiersze z "Wiedeńskiego high life'u", odpowiedziałabym bez wahania: o dojrzewaniu. Po kolei śledzimy trzy etapy życia bohatera lirycznego, z których ułożono kolejne rozdziały tomu: dzieciństwo ("Koledzy z podwórka nieśmiertelność"), śmierć przyjaciela ("Clue tego zdania to trup"), miłość i wchodzenie w samodzielne życie("Różowy króliczek duracell"). Prosty układ, każdy z nas nosi w sobie tego typu opowieść. Fragmenty wspomnień, które kołaczą się gdzieś po głowie i nie zawsze układają się w jedną, sensowną całość. Z czasem zacierają się, bledną, zanikają.
Mansztajn chwyta te drobne reminiscencje i splata je w serię niejednoznacznych, osobistych utworów. Jest więc piaskownica, jest gra w kapsle i przygody wśród "rusztowań gałęzi". Zgrana kompania chłopców, dla których centrum wszechświata to "trzy carmeny, trzy pomarańczowe oranżady w proszku". Jest też pierwsza "prawie dwudziestominutowa" miłość. Upalne, leniwe lato, które kiedyś się przecież skończy, tak samo jak dziecięca przyjaźń. Twarze kolegów, "po których jeszcze słychać milczenie albo nie słychać nic" z czasem stają się coraz bardziej obce. Zakończeniem tego etapu jest śmierć przyjaciela i jego pogrzeb: "grób jest głęboki/na dwa i pół metra(prawdziwy kolos wśród dziur)/i trumna, co błyska, jeszcze się błyska w czerwono-czarnym słońcu".
Młody chłopiec staje się mężczyzną, wychodzi "do centrum na świętego/ducha, gdzie są super kluby i ludzie/ potrafią się niekiedy porządnie rozerwać". Dni mijają, energię czerpie się z kawy i papierosów, i czasem tylko w głowie pojawia się rozsądna idea, aby "odstawić miękkie narkotyki i trzeźwym wyjść na miasto". Coś się zmieniło? Wiele, choć tak naprawdę nic. Na miejscu księgarni powstaje cukiernia, na dachach kamienic panoszą się gołębie, " klatka schodowa wciąż śmierdzi kotami/a winda i czas przynajmniej raz w tygodniu/zatrzymują się, gdzie chcą."
W tym mieście, bliskim, choć zupełnie obcym, bohater przypomina trochę postać z dymu papierosowego, eteryczną, niedookreśloną, próbującą opowiedzieć o codziennych dramatach, rozgrywających się bez użycia słów. Szuka odpowiednich środków wyrazu, urywa zdania i buduje je od nowa, by nadać im właściwy sens. Bez dosłowności, bo dosłowność zabija poezję.
Wiele z tych wierszy to naprawdę bardzo dobre, dojrzałe utwory. W kilku z nich można się wręcz zakochać - dla mnie "Zniknięcie" jest absolutnym numerem jeden: w tym spokojnym monologu, wypowiedzianym nieco zrezygnowanym tonem, czają się podskórne emocje, które czynią tę poezję efektowną, choć nie efekciarską. Taki jest właśnie "Wiedeński high life".






















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.