Wojtek Mazolewski był w Czechosłowacji, Irek Wojtczak w Katowicach (ale w towarzystwie Amerykanów), a Olo Walicki siedział u siebie w domu na Kaszubach. Każdy z nich nagrał płytę zupełnie inną, tak jak zupełnie inne były okoliczności ich powstawania i osobowości tych jazzowych muzyków.
Wojtek Mazolewski Quintet, "Wojtek w Czechosłowacji", Mystic 2011
Album ten, wydany niejako z zaskoczenia, jest efektem zachwytu, jakim zapałał kwintet do rytmów afro-karaibskich. "Czechosłowacja" jest także reakcją zespołu na zaskakującą popularność utworu "Newcomer (Sunny Take)" znanego ze "Smells like tape spirit", którym WMQ rozpoczął podbój listy przebojów radiowej Trójki. Nos Wojtka Mazolewskiego podpowiedział rozwiązanie niemal oczywiste - nagraj płytę ze specami od muzyki tanecznej. Padło na Niewinnych Czarodziei - Maceo Wyro i Envee.
"Wojtek w Czechosłowacji" nie jest jednak pełnowymiarowym albumem kwintetu, a jedynie międzylądowaniem przed kolejną płytą. Z jedenastu utworów tylko siedem pochodzi z nowej sesji (w tym jeden to minutowy skit Maceo). Siłą rzeczy nie jest więc to spójny album, ale raczej spontaniczny prezent dla fanów, szkatułka z pamiątkami z wakacyjnej podróży (do Czechosłowacji). Znalazła się w niej garść bujających słonecznych "regałów", w tym "Chase the devil" znany z repertuaru Maxa Romeo, dwa delikatne "odjazdy".
"Wojtek w Czechosłowacji" to w zasadzie tylko przystawka przed kolejną odsłoną kwintetu. Mazolewski narobił mi smaka na pełnowymiarową płytę karaibską z powiększoną sekcją dętą i perkusyjną, ale... pozostawił z niedosytem. Na nowy album kwintetu jednak jeszcze poczekamy, teraz w kolejce jest Pink Freud.
Olo Walicki, "Ewa Film Music", OWA Production 2011
Sprzedaż płyt na całym świecie spada na łeb na szyję. A gdy album wyląduje na półce z muzyką filmową, to nie ma dla niego ratunku. Olo Walicki zdecydował się zaryzykować i opublikował kompozycje stworzone na potrzeby ścieżki dźwiękowej do filmu "Ewa" Adama Sikory i Igmara Villqista.
Wspólnym mianownikiem i muzycznym sensem dla czternastu krótkich kompozycji zawartych na albumie jest film, ale płyty słucha się przyjemnie nawet bez jego znajomości. Walicki zadbał o sugestywne brzmienia, przywołujące konkretne emocje. To płyta raczej melancholijna, niespieszna. Przeplatają się na niej trzy wątki przewodnie: abstrakcyjne partie przywodzące na myśl współczesną kameralistykę, niezbyt nachalną elektronikę i - trochę chyba zbyt nachalne - wokalizy sopranistki Kiry Boreczko-Dal.
Do nagrania ścieżki dźwiękowej Walicki zaprosił znanych muzyków jazzowych: Sławka Jaskułke, Michała Gosa, Wacława Zimpla i Piotra Pawlaka. Uważny słuchacz odnajdzie na "Ewie" kilka smaczków. W klubowym utworze "Your Mad Quest", przypominającym trochę niemieckie Lali Puna, śpiewa tajemnicza La So - nie zdziwiłbym się, gdyby to była znana z pierwszych dwóch płyt Kobiet Ania Lasocka. Pod numerem jedenaście zaś znajdziemy utwór "Mirelka Dance", który został wykorzystany w klipie "Gdańsk - Myassto Wolności".
Fonda/Stevens Group feat. Ireneusz Wojtczak, "Trio", Not Two 2011
Polscy artyści często zapraszają amerykańskich jazzmanów na gościnne trasy po kraju. Rzadziej spotyka się sytuację odwrotną, gdy nasi są doceniani i zapraszani do współpracy. Dlatego właśnie postanowiłem napisać o płycie firmowanej przez dwóch nowojorczyków: Joe Fondę (kontrabas) i Michaela Stevensa (fortepian), z którymi wystąpił mieszkający w Sopocie Ireneusz Wojtczak. Na wydanej przez krakowskie Not Two płycie usłyszymy jeszcze perkusistę Harvey Sorgena oraz altosaksofonistę Maćka Obarę. Płyta zawiera zapis koncertu, który odbył się dwa lata temu w Katowicach.
Album o mylącym tytule "Trio" zawiera niczym nieskrępowaną fantazję muzyków na temat tego, jak wygląda nowoczesny jazz. Znajdziemy tu elementy swingu i klasycznych kompozycji, szaleńcze free-wyścigi i radosny funkowy rytm z refrenem ("Fast").
Radość jest zresztą wspólnym mianownikiem tej płyty, choć bynajmniej nie chodzi tu o pustą wesołkowatość czy robienie sobie żartów. To kawał świetnej muzyki, granej w stu procentach na serio, a jednocześnie z ogromnym dystansem. Dużo dobrego można by pisać o umiejętnościach poszczególnych muzyków, każdy z nich ma głowę gorącą od pomysłów, a palce szybkie jak błyskawice. Ale największy atut tej muzyki umieszczono w nazwie zespołu. Chodzi naturalnie o słowo "group", muzycy grają bowiem jako fantastycznie zgrany kolektyw, a muzyka dosłownie wydaje się płonąć na scenie. A jednym z pięciu płomieni jest saksofonista i klarnecista Ireneusz Wojtczak.





















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.