fot. Liliana Morawska
Grzegorz D. Stunża, pedagog mediów, uważa, że powszechna dystrybucja dóbr kultury na zasadach wolnej kultury to kwestia czasu: - Do głosu dochodzą ludzie, którzy wychowali się na swobodzie przekazywania informacji i dostępie do nich. Dla nich założenia wolnej kultury są oczywistością.
- Wolna kultura pozwala autorowi samodzielnie podjąć decyzję, na ile chce uwolnić swoje dzieło od ograniczeń prawa autorskiego. Z kolei dla publicznych instytucji kulturalnych mógłby to być rodzaj manifestu: dzielimy się kulturą, bo wierzymy, że powinna być ona dostępna dla wszystkich. Rozmowa z pedagogiem mediów, Grzegorzem D. Stunżą, asystentem w Pracowni Edukacji Medialnej Uniwersytetu Gdańskiego i autorem bloga EdukatorMedialny.pl.
Łukasz Stafiej: Od czego wolna kultura jest... wolna?
Grzegorz D. Stunża: Przede wszystkim od ograniczeń w dystrybucji jej wytworów, które narzucają przepisy prawa autorskiego. Pojęcie to zdefiniował kilka lat temu amerykański prawnik Lawrence Lessig w książce pt. "Wolna kultura", diagnozując jednocześnie zamknięcie współczesnej kultury. Zwolennicy społecznego ruchu rozwijanego przez ludzi o podobnych do Lessiga poglądach, postulują powszechny, a przynajmniej mniej restrykcyjny w określonych sytuacjach, dostęp do treści i idei wytworzonych przez człowieka. Walczą także o możliwość korzystania z nich w celu wytworzenia nowych.
- Czy słyszałeś o ruchu wolnej kultury?
-
tak, popieram jego założenia
47% -
obiło mi się o uszy, ale nie znam jego postulatów
8% -
nie, pierwsze słyszę
45%
łącznie głosów: 97
Zdania są podzielone. Radykałowie mówią, że prawo autorskie nie powinno w ogóle funkcjonować. Z kolei ci nawiązujący do hakerskich ideałów wolności informacji chcą, by utwory oddane społeczeństwu, po przetworzeniu również musiały być społeczeństwu zwrócone. Inni - tak jak sam autor pojęcia "wolna kultura" - nie są przeciwnikami prawa autorskiego, ale zwolennikami jego modyfikacji. Dają twórcom alternatywę w postaci szeregu tzw. wolnych licencji przygotowanych przez założoną przez Lessiga organizację Creative Commons. Pozwalają one autorowi samodzielnie podjąć decyzję, na ile chce uwolnić swoje dzieło od ograniczeń prawnych i np. dopuścić do przetwarzania go w celach komercyjnych.
Instytucja Gdańsk 2016 wydała właśnie publikację pt. "Otwartość w publicznych instytucjach kultury", która jest pierwszym w Polsce przewodnikiem po wolnych licencjach dla m.in. muzeów czy galerii. Co założenia wolnej kultury mogłyby zmienić w działalności takich placówek?
Przede wszystkim, instytucje mogą w ten sposób poszerzyć swój obszar działania. Większa liczba odbiorców, a więc każdego z nas, mogłaby mieć dostęp do treści, które są wytwarzane za publiczne środki. Korzystanie z wolnych licencji mogłoby się również wpisywać w działalność społeczną. To najlepszy sposób, aby bez ograniczeń rozpowszechniać kulturę, udostępniając treści. To mógłby być rodzaj manifestu przez działanie: dzielimy się kulturą, bo wierzymy, że powinna być ona dostępna dla wszystkich. Dzięki temu wszyscy możemy na tym zyskać.
Czy wszystko tworzone za pieniądze publiczne powinno być publikowane na wolnych licencjach?
To temat dyskusyjny, ale na pewno warto sobie zadać pytanie: czy lubimy dwa razy płacić za to samo? Jeśli jakieś wydarzenie artystyczne jest organizowane za pieniądze publiczne, to można zapytać, czy na przykład forma archiwizacji takiego wydarzenia - książka, płyta czy film - nie powinna być dostępna za darmo w formie cyfrowej kopii. Dodatkowo, wolne licencje pozwalałyby na dalsze przetwarzanie, w zakresie ustalonym przez twórcę i instytucję, utworu i szersze angażowanie odbiorców w proces twórczej partycypacji.
Przecież dzięki prawom autorskim twórcy zarabiają na życie.
To prawda. Jednak coraz więcej jest twórców, którzy rozumieją zmiany i wiedzą, że dzięki dzieleniu się np. częścią swojej twórczości, są w stanie dotrzeć do większej liczby odbiorców. Inni są przeciwni - dla nich sztuka jest wyrazem ich indywidualności i nie chcą jej bezinteresownie oddawać w ręce innych.
Czy ruch wolnej kultury ma szansę szerzej się u nas przyjąć?
Publikacja Gdańsk 2016, a nawet wcześniejsze działania związane z hasłem przewodnim gdańskiej kandydatury do Europejskiej Stolicy Kultury - "Wolność Kultury, Kultura Wolności" pokazują, że pierwsze kroki na gruncie trójmiejskim zostały postawione. Świadomość społeczeństwa w tej kwestii szybko się zmienia. Przykładem jest choćby podejście młodych muzyków do swojej twórczości. Sam gram w zespole i kilka lat temu jako jedni z nielicznych udostępniliśmy swoje piosenki na licencji Creative Commons. Obecnie coraz więcej zespołów z tego korzysta, a ich utwory są dostępne za darmo w sieci.
Czy nie wchodzimy tutaj na grząski grunt piractwa?
Rozpowszechnianie treści bez zgody autora jest nielegalne. Jednak wolne licencje zakładają prawną zgodę na udostępnianie objętych nimi treści. A to z piractwem nie ma nic wspólnego.
Czy wolne licencje to przyszłość dystrybucji dóbr kultury?
Potrzeba na to czasu, ale myślę, że tak. Jest to nierozłącznie związane z przemianą pokoleniową. Do głosu dochodzą ludzie, którzy od dziecka mieli dostęp do komputerów. Oni wychowali się na swobodzie przekazywania informacji i dostępie do nich. Dla nich założenia wolnej kultury - choć niektórzy nawet nie mają pojęcia o jej istnieniu - są oczywistością.
www.gdansk2016.eu/otwartosc.

















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.