Wiadomości

stat

Monika Grzelak: Czerpię radość z drobiazgów

"Przepis na sukces? Konkretność, ciężka praca i pasja do tego, co się robi, bo ona sprawia, że pracuje się łatwiej."
"Przepis na sukces? Konkretność, ciężka praca i pasja do tego, co się robi, bo ona sprawia, że pracuje się łatwiej." mat. prasowe

Tańcem zajmuje się już od ponad dwudziestu lat. Zawodowo: tancerka, choreografka, instruktorka, sędzia tańca towarzyskiego, prywatnie: mama i kobieta, którą rozpiera energia do działania. Monika Grzelak opowiedziała nam o swoich planach, marzeniach i miłości do tańca, którą poczuła już jako mała dziewczynka.



Aleksandra Wrona: Jak zaczęła się pani przygoda z tańcem? Kiedy stał się pasją?

Monika Grzelak: Można powiedzieć, że zaczęła się dość standardowo: miałam cztery lata i zobaczyłam dziewczynki, które przygotowywały się do pokazu tanecznego. Miały kolorowe stroje z ozdobnymi kamieniami, wtedy wydawały mi się takie piękne. Bardzo chciałam mieć taki sam strój, więc mama zapisała mnie na zajęcia z tańca towarzyskiego. Mieszkałam wtedy w małej miejscowości, w której był tylko jeden klubik taneczny. Później, w czwartej klasie podstawówki, kiedy przeprowadziliśmy się do Trójmiasta, trafiłam do sportowego klubu tanecznego i przygoda z tańcem zaczęła się już na poważnie.

A kiedy zrozumiała pani, że taniec to coś więcej niż tylko hobby?

Długo nie myślałam o tańcu w takich kategoriach, chodziłam do normalnej szkoły podstawowej i średniej, taniec był cały czas gdzieś we mnie, ale traktowałam to jak zajęcia pozalekcyjne. Teraz dzieci mają szansę spróbować mnóstwa rzeczy - jazdy konnej, pływania, tenisa, ja trafiłam do klubu tanecznego i tak już zostało. Taniec mi się podobał, więc rodzice pomagali mi tę pasję rozwijać. Chodziłam też wtedy do szkoły muzycznej, grałam na flecie poprzecznym, wygrałam nawet Ogólnopolski Konkurs Młodego Muzyka. W szkole średniej te dwie pasje pochłaniały cały mój czas. Mieszkałam w Wejherowie, rano jechałam do Rumi do liceum, później do szkoły muzycznej w Gdańsku Wrzeszczu, następnie na trening do Sopotu, do domu wracałam około godz. 22, a jeszcze trzeba się było przygotować do szkoły i ćwiczyć grę na flecie.

Miała pani czas na sen?

Bardzo mało. Pamiętam, że po czterech latach szkoły średniej byłam bardzo zmęczona, ale satysfakcja z sukcesów, które zaczęły się pojawiać, mi to rekompensowała. Był to też moment, kiedy zaczęliśmy wyjeżdżać na zagraniczne szkolenia. Dostaliśmy się też do finału Mistrzostw Polski, to też obligowało do większej ilości treningów. Nie wiem jak, ale jakoś udawało mi się to pogodzić.

Po liceum przyszedł czas studiowania ekonomii. To dość nietypowy wybór jak na artystkę. Ma pani ścisły umysł?

Tak, zawsze byłam bardziej matematyczno-fizyczna. Chciałam studiować architekturę, budownictwo lądowe albo geodezję, nawet udało mi się dostać na budownictwo lądowe na Politechnice Gdańskiej, ale miałam świadomość, że nie połączę tak absorbujących studiów z tańcem. Wybrałam ekonomię z myślą o tym, że założę kiedyś własną szkołę tańca.

"Miałam cztery lata i zobaczyłam dziewczynki, które przygotowywały się do pokazu tanecznego. Miały kolorowe stroje z ozdobnymi kamieniami, wtedy wydawały mi się one takie piękne. Bardzo chciałam mieć taki sam strój, więc mama zapisała mnie na zajęcia z tańca towarzyskiego."
"Miałam cztery lata i zobaczyłam dziewczynki, które przygotowywały się do pokazu tanecznego. Miały kolorowe stroje z ozdobnymi kamieniami, wtedy wydawały mi się one takie piękne. Bardzo chciałam mieć taki sam strój, więc mama zapisała mnie na zajęcia z tańca towarzyskiego." mat. prasowe
Osiągnęła pani wiele sukcesów: wicemistrzostwo świata, wielokrotne mistrzostwa Polski... Który z nich był dla pani osobiście najważniejszy?

Na pewno turniej w Slagharen, podczas którego zajęliśmy drugie miejsce w kategorii Rising Stars. Może nie jest to najbardziej medialne zwycięstwo, ale biorąc pod uwagę reprezentowany tam poziom tańca towarzyskiego i prestiż tego turnieju, był to dla mnie duży sukces, który oznaczał, że jesteśmy w pierwszej dwudziestce par na świecie. To był pierwszy poważny sukces międzynarodowy. Później na pewno ważny był dla mnie złoty medal na Mistrzostwach Polski w salsie, ponieważ wiele lat walczyliśmy o to, żeby go zdobyć. Zdobyliśmy wtedy medale za salsę, mambo i formację, to było niesamowite. Oczywiście, wicemistrzostwo świata w mambo również było dla mnie ogromnym przeżyciem. To od strony turniejowej, natomiast w świecie salsy, oprócz turniejów są też festiwale międzynarodowe, na których dużym sukcesem jest zatańczenie na głównej scenie gali festiwalu. Udało mi się to zrobić na największych głównych galach na świecie: w Paryżu, Berlinie, Hamburgu, Los Angeles, Puerto Rico, Singapurze... to bardzo satysfakcjonujące.

Jaki jest przepis na sukces według Moniki Grzelak?

Ciężka praca i dużo, dużo, dużo pracy. Trzeba być też zorientowanym na konkretny cel, bo widzę po sobie, że kiedy nie wiem, do czego dążę, to moja energia gdzieś się rozprasza. Konkretność, ciężka praca i pasja do tego, co się robi, bo ona sprawia, że pracuje się łatwiej.

Tworzy też pani choreografię dla innych tancerzy. Co panią inspiruje?

Inspiruje mnie mnóstwo bardzo różnych rzeczy. Zazwyczaj pracuję tak, że najpierw wybieram muzykę, a później układam do niej kroki, nie odwrotnie. Proces tworzenia choreografii jest złożony, wpływają na niego tancerze, muzyka, historia, którą chce się opowiedzieć, rekwizyty, kostiumy... Czasem inspiruje mnie coś z zewnątrz, po wizycie w Barcelonie i oglądaniu prac Gaudiego moje choreografie były bardziej miękkie, kiedy zajmowałam się biznesem ułożyłam choreografię Wall Street, kiedy miałam zwariowany okres w życiu powstała choreografia Freak. Podziwiam ludzi, którzy potrafią kreować bardzo abstrakcyjnie, ja też staram się tworzyć coraz bardziej kalejdoskopowe choreografie, nie prowadzić narracji, ale pracować obrazami i emocjami.

Rok temu świętowała pani 20-lecie pracy artystycznej, taki jubileusz skłania do podsumowań. Jakie refleksje pani wtedy towarzyszyły?

Więcej refleksji miałam chyba przed jubileuszem. Zaczęłam dostrzegać, że dla nowego pokolenia rzeczy, które są dla mnie oczywiste, są zupełnie nieznane. Dotarło do mnie, że kiedy tańczyłam w "12 ławkach", moi uczniowie mieli po 10 lat. Nie znają ani mojej działalności, ani działalności mojego pokolenia. Znalazłam na kasecie video swój pokaz z 1995 roku, akurat trafiła się taka okrągła rocznica, że postanowiłam niektóre rzeczy odkopać i odświeżyć. To była dla mnie fajna podróż w przeszłość, a moja młodzież stała się trochę bardziej świadoma, bo ja tak wciąż robię, robię i robię i mi się wydaje, że wszyscy wiedzą, co do tej pory zrobiłam, a niekoniecznie tak jest.

Przenieśmy się z przeszłości do przyszłości. Jakie są pani marzenia i plany zawodowe?

Może kiedyś nabiorę odwagi, żeby stworzyć własny spektakl. Na razie jeszcze do tego nie dojrzałam, onieśmielają mnie dokonania moich znajomych w tej dziedzinie, choć wiem, że kiedyś chciałabym to zrobić. W zeszłym roku zrealizowałam też fajny, ogólnopolski, salsowy projekt z Małgosią Kulpą i cieszę się, że udaje się go kontynuować. Marzy mi się też serial taneczny, bo niestety ten, nad którym zaczęliśmy prace, nie powstał, oraz więcej współpracy z telewizją. Bardzo dobrze wspominam "Kochaj i tańcz".

W jaki sposób odpoczywa pani od tańca?

Niewiele mam na to czasu, bo rano pracuję na etacie mamy, potem na etacie managera, później wcielam się w instruktora i choreografa, a następnie znów wracam na etat mamy. Staram się dbać, żeby mieć jakąś intelektualną odskocznię, chociaż dwa razy w tygodniu pójść na angielski, skoczyć na siłownię, żeby popracować innymi mięśniami, spędzać czas z rodziną, choć to raczej forma aktywnego odpoczynku.

A gdyby ktoś pani podarował taki zupełnie wolny dzień, bez żadnych obowiązków?

Hmm... to zależy, na jakim etapie bym była. Z moim mężem uwielbiamy podróżować. Właśnie szukamy miejsca na urlop i im bliżej tego wolnego, tym bardziej zmienia nam się koncepcja. Najpierw chcieliśmy spędzić go aktywnie, ale teraz skłaniamy się raczej ku leżeniu na plaży w jakimś ciepłym miejscu. Kiedy jestem po całym tygodniu warsztatów, marzę o tej plaży, ale kiedy się już na niej znajdę, to po dwóch dniach leżenia zaczyna mnie nosić, już chcę gdzieś iść, coś zrobić, zwiedzić. Lubimy z mężem dobrze zjeść, odwiedzać restauracje, próbować nowych rzeczy. Lubię też czytać książki. Czerpię radość z drobiazgów, małych przyjemności, nie muszę skakać ze spadochronem ani robić nic ekstrawaganckiego.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (18)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Klikając "wyślij", akceptujesz regulamin dodawania opinii.
zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.

- jeżeli uważasz, że dana opinia nie powinna się tu znaleźć, zgłoś ją do moderacji.

09

lipca

Tadeusz Kantor w Zbrojowni.... Gdańsk, Zbrojownia Sztuki

05

lipca

Wystawa Równoległa rzeczywi... Gdynia, Muzeum Miasta Gdyni

25

czerwca

Colours of Art Sopot, Państwowa Galeria Sztuki

Rozrywka

Live Nation, czyli jak wkurzyć ludzi świetnym koncertem Guns N'Roses
Organizator koncertu G N'R wkurzył ludzi
Nowa moda. Fidget spinner opanował Trójmiasto
Nowa moda. Fidget spinner

Kulinaria

Japoński street food z Mesoboxa
Japoński street food z Mesoboxa

Planuj z nami tydzień

Planuj tydzień: muzyczny początek lata
Planuj tydzień: muzyczny początek lata