Było ich dwóch - ojciec i syn. Ten pierwszy - najsłynniejszy polski symbolista, drugi - od zawsze nieco w cieniu genialnego rodzica, przez całe życie poszukiwał własnego stylu. Do końca roku dzieła Jacka i Rafała Malczewskich można podziwiać w gdańskiej Zielonej Bramie.
Zobaczymy tu kilkadziesiąt obrazów pędzla Jacka i Rafała Malczewskich, pozyskanych ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie, Warszawie i Radomiu, a także z kolekcji prywatnych. Organizatorom zależało na tym, by widz mógł obejrzeć i porównać twórczość ojca i syna - w obu przypadkach fascynującą, ale jakże od siebie różną!
Jacek Malczewski to właściwie polska legenda, symbol narodowy, który dla wielu do dziś pozostaje synonimem malarskiego geniuszu. Jego twórczość, opartą na literackich metaforach i głębokiej, wielopłaszczyznowej symbolice, można potraktować jako opowieść o losach Polski i Polaków. Ale to także niezwykły hołd złożony człowiekowi, bo to właśnie on jest w tych płótnach najważniejszy. Widać to doskonale w portretach, które Jacek Malczewski tworzył przez całe życie. W ramach gdańskiej wystawy zobaczymy m.in. obrazy przedstawiające jego córkę Julię i syna Rafała, ale także przedstawicieli artystycznej elity Krakowa: Piotra Hubala - Dobrzyńskiego czy Kazimierza Pochwalskiego.
Warto też zwrócić uwagę na niezwykłe autoportrety artysty. Malarz przedstawiał siebie w różnorodnych, często dziwnych strojach: rycerskiej zbroi, obręczy tortownicy na głowie czy jakuckiej czapce. Lubił też nadawać legendarnym postaciom własne rysy twarzy - jak chociażby na obrazie "Chrystus z Emaus".
Druga część wystawy poświęcona została Rafałowi Malczewskiemu, artyście niezwykle wszechstronnemu, choć przyćmionemu blaskiem sławnego ojca. Jako taternik, narciarz i ratownik TOPR, przez całe życie zakochany był w górach i tę wielką fascynację przelewał na płótna. Ale jego twórczość malarska to o wiele więcej niż zakopiańskie pejzaże. Rafał Malczewski wypracował własny, bardzo oryginalny styl, który do dziś pozostaje zagadką dla wielu badaczy i historyków.
Niektóre z malowanych przez niego krajobrazów cechuje niezwykła prostota, zbliżająca twórcę do prymitywistów - Witkacy nazywał te odrealnione kompozycje "hiperrealistycznymi". Często pojawiają się motywy zaczerpnięte ze świata techniki i przemysłu: wielkie kominy, z których bucha dym, ale także stacje kolejowe, pociągi, szyny. Postaci ludzkie jawią się jako zagubione, bardzo drobne punkciki, czasem sprawiające wrażenie mało istotnych na tle ogromu otaczającego świata.
Jedno jest pewne - zarówno ojciec, jak i syn potrafili stworzyć sobie charakterystyczny i oryginalny malarski język. Natomiast o tym, że to dwa zupełnie różne artystyczne światy, warto przekonać się samemu.
Wystawa potrwa do 31 grudnia . Bilety wstępu kosztują 10 zł i 5 zł (ulgowy).

















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.