Są takie koncerty, które cieszą swoim poziomem. Są też koncerty, które ciekawią, inspirują, oburzają albo - co chyba najgorsze - pozostawiają obojętnym. Są jednak jeszcze takie koncerty, które wymykają się wszelkim potocznym pojęciom opisującym przeżywanie, są obcowaniem z czymś większym, lepszym i wyprzedzającym. Takie właśnie uczucia towarzyszyły mi podczas światowej prapremiery symfonii Vivo XXX Pawła Mykietyna.
Powstałe dla uczczenia 30. rocznicy powstania "Solidarności" dzieło, to 70-minutowa muzyczna interpretacja skojarzeń związanych z tamtym czasem, jego dramatyzmem, niepokojem, ale też z pięknem odwagi i zjednoczenia. Paweł Mykietyn posłużył się całą gamą środków, by symbolika zawarta w utworze była jak najbardziej sugestywna. Oprócz wielkiej orkiestry symfonicznej i chóru, można było usłyszeć barwy i dźwięki generowane elektronicznie; były odgłosy radia, a nawet pieśni ludowe.
Ktoś mógłby stwierdzić, że forma przerasta tutaj już trochę treść, że mnogość użytych technik przywodzi na myśl bardziej kolaż, niż spójny utwór. W moim przekonaniu jednak każdy element tej muzycznej układanki był dla całości niezbędny, a jego umiejscowienie - głęboko przemyślane.
Mykietyn z ogromną konsekwencją i świadomością celu realizował swój plan: już podczas pierwszego, druzgocącego swoim pięknem 10-minutowego tutti, zahipnotyzował słuchaczy, by po przejmującej walce całej orkiestry z przenikliwym piskiem, przywodzącym na myśl ingerencję cenzury, wyciszyć całość piękną pieśnią z okolic Babiej Góry.
Z pewną regularnością wracały poszukiwania właściwej stacji w radiowej, nie stylizowane na szczęście na dźwięki z okresu PRL-u, ale jak najbardziej współczesne. Na szczęście, bo kompozytor uniknął w ten sposób pułapki parodii, prostego wspominania folkloru tamtych lat. Podobnie zresztą z użytymi pieśniami ludowymi - śpiewaczka jeszcze dwukrotnie kontrowała spokojem swojej opowieści burzę dźwięków oddających dramatyzm stanu wojennego, najpierw przyśpiewką z okolic Skierbieszowa, następnie przepiękną i długą pieśnią kurpiowską.
To, że Mykietynowi udało się zachować przy tym spójność, jest wynikiem ewidentnie zauważalnego przekonania o istotności tych środków. W tej muzyce nie było pośpiechu, wyrachowanych proporcji. Jedna przyśpiewka trwała minutę, inna wielokrotnie dłużej. Wszelkie pozamuzyczne odgłosy pojawiały się tak często, aż mogły zabrzmieć w świadomości odbiorcy właściwym sensem, nie powodując już uczucia dyskomfortu "obcym" dźwiękiem.
Gdy pod koniec dzieła nastąpiła retrospekcja obłędnego początku, można było odnieść wrażenie, że cały utwór był jedynie narastaniem, wyczekiwaniem na to, że organizm coraz bardziej domagał się tego powrotu. I rzeczywiście - ostatnie 10 minut utworu już nie było słuchaniem, było organicznym przeżywaniem czegoś absolutnie niezwykłego i wzruszającego.
Niezwykłe i wzruszające jest też to, że tak wspaniałe dzieło będzie już zawsze kojarzone z Gdańskiem. Myślę, że powinniśmy być z tego absolutnie dumni.




















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie nie związane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.